fbpx

IronMan California – prolog

Published on: 31 października 2022

Filled Under: Bez kategorii, Podróże, Triathlon

Views: 2183

Tags: , , , ,

“Nigdy nie mówi nigdy” – od tego chyba powinienem zacząć opowieść o tym, jak przekroczyć linię mety IronMana. “Nigdy” nie marzyłem, aby pójść w tym kierunku – przecież przebiegnięcie samego maratonu wydawało się jeszcze kilka lat temu nieosiągalnym wyzwaniem, nie mówiąc już o pokonaniu “tylko” maratonu po 180 kilometrach roweru, o 3.8 kilometrach pływania nie wspominając. Tylko maratonu, bo na samej końcówce morderczej jazdy pod wiatr, jedyne o czym myślałem, to żeby zacząć moje ukochane bieganie. No dobra – myślałem jeszcze wtedy o tłustych frytkach i o tym, że moi najbliżsi właśnie zarywają noc patrząc czy kropka na trackerze dalej się przesuwa. Pisząc to mam łzy w oczach, bo mimo, że minął już blisko tydzień emocje mam wrażenie wcale ze mnie jeszcze nie zeszły. 

Szczerze przyznam, że ten dystans nigdy mnie nie kręcił. Nigdy do tej pory też nie myślałem o Konie. Obserwując często znajomych na trackerach miałem wrażenie, że zawody trwają wieczność. Potrafiłem zrobić jednego dnia dwa treningi, zjeść śniadanie i obiad, posprzątać mieszkanie, zrobić pranie, a nawet uciąć drzemkę, a ktoś cały czas był jeszcze na rowerze. IronMan to naprawdę długi dzień i o ile przygotowania do samych konkurencji sportowych są ważne, to wydaje mi się, że gro pracy jaką trzeba wykonać przed stanięciem na linii startu to trening głowy. Przed każdym startującym kilka – kilkanaście godzin, gdzie każdy z nas skazany jest na towarzystwo samego siebie. Musisz siebie polubić – musisz mieć swoje alter ego, które w ciężkich momentach będzie Ci pomagało iść dalej, a nie podbudzało głowę do odpuszczenia. 

Pomysł na to, żeby wystartować na długim dystansie przyszedł mi rok temu, kiedy wracaliśmy z roadtripu po Włoszech. To były niesamowite wakacje, na które wybraliśmy się po starcie w 70.3 Venice Jesolo. Starcie, na którym popłynąłem poniżej wszelkiej krytyki, zgubiłem całe odżywianie na początku etapu kolarskiego i jedyne co mi wyszło to wykrzesanie z siebie i z własnej głowy siły na to, żeby przebiec “aż” półmaraton. Moi przyjaciele nawet byli przekonani wtedy, że zejdę z trasy. Tej furtki na szczęście nie otworzyłem i mam nadzieję, że póki zdrowie będzie pozwalać, zawsze, nawet mimo tego, że coś nie idzie, będę docierać do linii mety. Sport – dla mnie w szczególności triathlon to coś co wymaga ode mnie tego, żebym był fair w stosunku do siebie, fair w stosunku to Was wszystkich, którzy mi kibicujecie. Nie wyobrażam sobie odpuszczenia, bo cyferki na zegarze pokażą “słaby” czas. Dla mnie sam fakt, że przepadłem dla triathlonu to już wystarczająca nagroda, biorąc pod uwagę, że jeszcze kilka lat temu nie byłem w stanie przebiec kilometra. Dziś mam za sobą pokonanie dystansu IronMana i to serio jest powód do dumy. To coś co daje głowie niesamowity zastrzyk adrenaliny, endorfin i sam nie wiem czego jeszcze, ale naprawdę to jest coś co zmienia człowieka. 

Wracając jednak do samego pomysłu – jadąc samochodem do Polski przeglądałem zawody na świecie. W oczy wpadł mi właśnie IronMan California – wyścig, który miał odbyć się dokładnie tydzień później. Po słabym dla mnie sezonie 2021 potrzebowałem nowego wyzwania. Wyzwania, które z jednej strony będzie budziło we mnie ekscytację, pozytywnie motywując do konsekwencji w działaniu, ale i wyzwania, którego po trochu będę się bać. Czegoś co jest nieznane, czegoś do czego będę podchodził z respektem. Finalnie zawody w ubiegłym roku się nie odbyły z uwagi na huragan i potężną ulewę – uznałem jednak, że to jest właśnie miejsce w którym chciałbym przeżyć te niesamowite emocje. Kilka dni później w momencie jak tylko ruszyły zapisy – kliknąłem guzik na stronie potwierdzający, że chcę przystąpić do tego wyzwania. Nikt tego nie zrobił za mnie – nikt nie otworzył przeglądarki – nikt nie potwierdził chęci uczestnictwa. To była całkowicie moja – świadoma decyzja na co się piszę. Był jeszcze cały rok na przygotowania – wyznaczyłem wtedy sobie jasny cel na sezon 2022. 

Warto tu wrócić do 2019 roku, kiedy Kalach debiutował w IronManie w Malborku, zdobywając złoty medal Mistrzostw Polski. Na mecie powiedział, że jeszcze długo nie pozwoli mi na Ironmana. Jakby tego było mało, rok temu podczas kibicowania na zawodach w Gdyni, drugi Łukasz wykrzyczał mi – NIE CHCESZ NIGDY TEGO ROBIĆ! Na powtórkę nie trzeba było długo czekać – te same słowa usłyszałem w tym roku. Generalnie wszyscy straszyli mnie tym dystansem. Straszyli tym, że dużo więcej trzeba trenować, że treningi są dużo dłuższe. Ostrzegali, że będę chodził zmęczony. A jednak, obserwując wyjadaczy długiego dystansu – rósł we mnie tylko głód przygotowań. Czekałem na te kosmiczne Ironmanowe weekendy – dni gdzie rano idziesz pływać – o sensownym odpoczynku nie masz nawet co myśleć, bo już trzeba iść na rower, a potem na bieg … czekałem, czekałem i to nie nadchodziło. 

W wakacje podpytywałem Kalacha, kiedy zrobimy długi rower – gdzieś rosła we mnie obawa przed kilkugodzinnym rowerem. Łukasz jasno mi odpowiedział – “Remiś – chcesz jutro zrobić 5h roweru, czy dotrwać do IronMana, który masz pod koniec października?”. I tu myślę, że pojawia się bardzo ważna kwestia – zaufanie. W przygotowaniach do takiego dystansu, choć tak naprawdę do czegokolwiek, ważne jest zaufanie do trenera i oddanie się jego wizji. Tu nie ma co dywagować, naciskać – na więcej / mocniej. Cierpliwie trzeba robić swoje. To nie jest tak, że dziś otwierasz dzienniczek treningowy, odpalasz licznik i w 100 dni przygotujesz się do pokonania 226 kilometrów. WOW – to serio robi wrażenie – to jak zrobić pielgrzymkę z Warszawy do Częstochowy… używając do tego własnych rąk i nóg. Do tego przygotowujesz się latami. Masz za sobą lepsze i gorsze sezony, ale robota którą robisz na treningach – ona zawsze zostaje. Swoje kilometry masz wypływane, wyjeżdżone i wybiegane. To nie jest tak, że idziesz od zera do Ironmana. Liczy się cała Twoja historia. Te wszystkie porażki i sukcesy – to one determinują Twój najbliższy cel. 

Ponad rok temu zacząłem też pracę z psychologiem – szczerze polecam! To serio żaden wstyd – czasem lepiej nawet pogadać o dupie Maryni z nieznaną Ci osobą, niż dusić w sobie coś co nie pozwala zrobić Ci kroku na przód. Nie pozwala, bo nawet nie wiesz co Cię blokuje. Rozmowa z psychologiem nie ma nic wspólnego z leżeniem na kozetce. Przynajmniej nie w mojej formie, bo spotkania mieliśmy online. Dość szybko można było zdiagnozować, że to moja chęć ciągłego parcia do przodu i perfekcjonizm mnie blokował. Kiedy coś nie szło, w mojej głowie pojawiał się krytyk, który blokował mnie przed tym, żeby zapomnieć o tym co było, a rozpocząć rozdanie od nowa. Po części to właśnie start we Włoszech pomógł mi przewalczyć w głowie to podejście wiecznego niezadowolenia z siebie. To, że wyszedłem wtedy na bieg i pobiegłem go całkiem sensownie pokazało, że pozytywnym podejściem można osiągnąć naprawdę sporo. Ciekawym zadaniem jakie dostałem na jedną z prac domowych było zjedzenie orzeszka … jednego orzeszka, a nie całej paczki od razu …. Konkretnie jednego orzeszka włoskiego. Wyzwaniem było jednak to, że orzeszek przypominający mózg miał być jedzony przez 5 minut, a zacząć gryźć miałem go dopiero po 2 minutach trzymania go w buzi. Zapewniam Was, ze 180 kilometrów na rowerze przy tym to pikuś. Dzięki tym cotygodniowym spotkaniom stałem się bardziej świadomy siebie – bardziej świadomy swojego ciała, oddechu, a przede wszystkim głowy, która w końcu zaczęła mnie wspierać, a nie krytykować. 

Głowy, która w czerwcu przeszła przez sporą lekcję, kiedy to podczas wymarzonej ucieczki z Alcatraz strzeliła mi szytka tuż przed wstawieniem roweru do strefy zmian. To właśnie wtedy od razu zmieniłem nastawienie – okej Runeat – nie pojedziesz na rowerze, ale wyciśnij z tego startu ile możesz – wykorzystaj to pływanie – przecież to o nie najbardziej chodzi w tych zawodach. Swoją drogą – nadal na moje liście #ToDo wisi relacja z tego wyjazdu – #facepalm. To właśnie w czerwcu po zawodach podjechałem do Sacramento na dwa dni. Objechałem sobie wtedy trasę kolarską oraz przebiegłem większość trasy biegowej. Taka nawet jednorazowa przejażdżka po trasie spowodowała to, że wracając już na zawody czułem się “jak w domu”. Po 3 miesiącach pamiętałem największe dziury na drodze, wiedziałem jak będzie przebiegać bieg i w których momentach może być ciężko. Pozwoliło to też na odpowiednie wizualizacje podczas treningu, a sam trening mógł być dobrze dostosowany do trasy. 

Pływanie, Rower, Bieg, Głowa – czułem, że te cztery składowe zaczynają ze sobą odpowiednio współpracować. Start w połówce w Erkner, gdzie po 4 latach zrobiłem życiówkę, dały potężny zastrzyk pewności siebie – jednak nie pozwoliłem, aby to zaczęło grać pierwsze skrzypce. Dalej sumiennie trenowałem. Nie było ani jednego momentu podczas ostatnich trzech miesięcy, żebym odpuścił. Nie było zmęczenia materiału, nie było zmęczenia głowy. Naprawdę jarałem się tymi przygotowaniami. Ok – podczas ostatnich 3 tygodni weekendy były trochę wyjęte z życiorysu, ale to tylko z uwagi na to, że najdłuższe rowery robiłem na zewnątrz, a przy niskich temperaturach dopiero koło 11/12 często zaczynałem trening. Doliczając rozciąganie, dojazdy, w zasadzie zaraz po treningu można było iść spać. 

Wspominając o długich treningach – do całych przygotowań należy dodać jeszcze jeden ważny element bez którego nie wyobrażam sobie dobrze rozegranego Ironmana. To trening jedzenia. To dziesiątki zjedzonych na treningu żeli, solidne porcje makaronów na wieczór przed długimi treningami. To symulowanie warunków startowych. Udało mi się wytrenować organizm do przyjmowania nawet 120 gramów węglowodanów na godzinę bez żadnych problemów żołądkowych. Jadłem prawie na każdym treningu – to nie jest coś co zaskoczy w jeden, czy dwa tygodnie. To miesiące odpowiedniego odżywiania. Przy tym też dałem sobie wyzwanie na 100 dni bez alkoholu, słodyczy, chipsów i paluszków (a te uwielbiam). Dość szybko poczułem jak zmienia się moje ciało i jak lepiej się czuje. Kocham czerwone wino i paluszki żerańskie. Wydawało mi się, że ciężko będzie wytrwać aż tak długo. Mówi się, że nawyk tworzy się po 21 dniach. I coś w tym jest – w zasadzie po miesiącu już mnie w ogóle do tego nie ciągnęło, a na końcówce nie miałem nawet tak, że odliczam, żeby móc już napić się winka. Oczywiści – moment kiedy zamoczyłem usta w czerwonym Malbecu po starcie był fajny, ale spokojnie mógłbym bez tego żyć. I to fajne też dla głowy bo nauczyłem się, że nie trzeba od razu zjadać całej czekolady. Można jeść małymi porcjami, bo w końcu jutro też jest dzień i można dalej kosztować i cieszyć się kawałkim czekolady. 

Pod tym mostem byliśmy po 1.9 km pływania, a potem biegliśmy nim na mniej więcej 14 i 30 kilometrze maratonu.

Cały okres przygotowań mam wrażenie, że dużo we mnie zmienił. Zacząłem jeszcze bardziej cieszyć się drobnymi rzeczami. Doceniać zdrowie i wsparcie od rodziców, firm z którymi współpracuję, a co najważniejsze od moich przyjaciół. Jestem niesamowicie wdzięczny Anecie, która przyleciała na start mnie wspomagać i Mateuszowi, który zmienił swoje plany podróży po Stanach, aby razem ze mną być tego dnia. Ich wsparcie zarówno przed jak i podczas samych zawodów było nieocenione. 

Do Sacramento dotarłem na 10 dni przed startem – trochę w myśl tego, że do dobrej aklimatyzacji potrzebujesz jednego dnia na jedną godzinę zmiany czasu, choć bardziej tu chodziło o to, żeby mieć back up do tego, żeby rower w przypadku zagubienia dojechał na czas. Wracając do aklimatyzacji, mam wrażenie, że kiedyś duże lepiej ją znosiłem. O ile sam jet lag nie sprawiał mi kłopotów, to jednak widziałem po parametrach tętna spoczynkowego czy HRV, że zanim wróciło to do normy, minęło 5 dni. Na ostatnich treningach jakościowych czułem się mocny – wszystko szło zgodnie z założeniami – co pozwalało lepiej być nastawionym na sam start, którego jak nigdy nie mogłem się doczekać. W ostatnich dniach pojawiły się jednak dwie rzeczy, które nie pomagały mi w wyczekiwaniu. Prognozy pokazywały na dzień zawodów bardzo mocny wiatr (a ja nie cierpie nie cierpiałem jeździć pod wiatr). Mocno musiałem pracować z głową nad tym, że nie mam na to żadnego wpływu – będzie gorszy czas i to trzeba brać na klatę, a sam muszę się dobrze przygotować na warunki jakie panowały tego dnia na trasie. 

Została już tylko jedna rzecz do zrobienia – dobrze zjeść przed zawodami. Nie będę teraz się nad tym za bardzo skupiać – puszczę o tym osobnego posta, jednak wspomnieć muszę o innej rzeczy związanej z jedzeniem, a mianowicie o zębach. W nocy z czwartku na piątek zaczął mocno boleć mnie ząb – tak, że leki przeciwbólowe nie pomagały. Na dzień przed startem zamiast jeść wylądowałem na fotelu dentystycznym z trzema opcjami. Zostawić (nie dotrwał bym minuty dłużej z bólu), wyrwać – to oznaczało zerowe szanse na start, albo leczyć kanałowo. W pierwszym gabinecie jakim byłem, obsługa była tak pomocna, że dentysta, który mnie leczył przyszedł specjalnie z urlopu – pewnie też bym przyszedł patrząc na to ile można było na tym zarobić … 

Potem sprawy potoczyły się już bardzo szybko – jedzenie, wstawienie roweru do strefy, poranne rytuały startowe i zanim się obejrzałem wsiadaliśmy do żółtego szkolnego autobusu, który zawoził nas na start. To już też pozwoliło podgrzać atmosferę (na zewnątrz były 3C), bo do przewiezienia 3000 zawodników i pewnie drugie jak nie trzecie tyle kibiców podstawionych było tylko kilka busów. Na start dotarliśmy na 30 minut przed wystrzałem startera. Nie było czasu na rozgrzewkę … szybkie założenie pianki, uściskanie bliskich ze łzami w oczach i już stałem w strefie startowej. Justyna zapytała mnie, czy czekając myślałem o tym, żeby zrezygnować. Nic z tych rzeczy – byłem już wtedy spokojny – głowa wyłączona ze świata zewnętrznego. Tylko trochę trzęsłem się z zimna i tym sposobem 32 sekundy po 7 rano wbiegłem do American River rozpoczynając niesamowite doświadczenie … przeżycie, ktorym nic nikomu nie musiałem udowadniać – przeżycie, które były dla mnie niesamowitą lekcją życia.

Musicie mi wybaczyć ten długi prolog, jednak tym właśnie jest IronMan. Same zawody to już celebracja tego, co przez wiele miesięcy, czy lat wypracowałeś. To treningi dyscyplin sportowych, trening mentalny, trening żywienia – to wiele tygodni jak nie lat przygotowań do tego jednego wymarzonego dnia.

I tym samym zapraszam Was na kolejny wpis, gdzie przeniesiemy się już na trasę IronMan California.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *