fbpx

IronMan California – wiatr, który ryje banie

Published on: 4 listopada 2022

Filled Under: Bez kategorii, Triathlon

Views: 1841

Tags: , , ,

Pamiętam jak pierwszy raz usłyszałem o triathlonie – w Poznaniu miała odbywać się ćwiartka – pomyślałem wtedy, że 950 metrów jakoś przepłynę (choć nigdy nie uczyłem się pływać), 45 kilometrów to jakoś się przejedzie a dyszka biegu na koniec nie powinna już sprawiać problemu. Pierwsze treningi triathlonowe szybko zweryfikowały, że bieganie po rowerze to zupełnie inna para kaloszy. Ale nie o tym dzisiaj … wszystkie te dystanse wydawały się wykonalne. Kiedy pierwszy raz myślałem o Ironmanie (jeszcze nie rozważając startowania) – 3800 pływania wydawało się jakimś kosmosem. W ogóle nie mieściło mi się w głowie, że można tyle przepłynąć, za jednym razem. Nie przedłużając jednak, wracamy do Sacramento River … z której właśnie wyszedłem podczas debiutu na dystansie długim. 

IronMan – prolog (KLIK)

IronMan – ruszamy na trasę (KLIK KLIK)

Zatrzymałem czas i po raz pierwszy nie spojrzałem na czas po wyjściu z wody. Byłem całkowicie przestawiony na zadaniowość – rozpiąć piankę, wspiąć się po pomoście na wysokość ulicy. Przypominało to trochę sierakowską serpentynę – kilka zakrętów na podbiegu i już przebiegałem ze zdjętą do połowy pianką wśród tłumu kibiców. Byłem w szoku jak świeżo się czułem po pokonaniu takiego dystansu w pływaniu. Oczywiście pływanie z prądem rzeki miało w tym swoją zasługę, jednak swoje trzeba było robić. Taki też był mój cel, żeby po wyjściu z wody nie czuć się w ogóle zajechanym. Pamiętam też swój pierwszy raz z Nieporętu kiedy startowałem na zawodach Aquaspeed. Po wyjściu z wody nogi miałem jak z waty, w łydki próbowały mnie łapać skurcze i wtedy sobie pomyślałem – ja pier&*%# – teraz jeszcze trzeba dobiec do roweru, a potem strzelić 180 kilometrów i przebiec maraton? Fuck no – to nie dla mnie … 

CZAS PŁYWANIA: 51:01
TEMPO: 1:20 min / 100m
MIEJSCE OPEN: 296/2609
MIEJSCE W KATEGORII: 34/321

W Sacramento wiedziałem co mam robić, a świetne samopoczucie z pływania pozwalało spokojnie realizować swoje założenia. Po pokonaniu pomostu można było podbiec do “streeperów” – czyli ludzi, którzy dosłownie w 3 sekundy zdejmują z Ciebie piankę. Kładziesz się na ziemię – dwóch gości łapie za nogawki, trzeci podaje Ci rękę i już jesteś w biegu trzymając piankę pod pachą. Kolejne zadanie to dobieg do strefy zmian. Do pokonania było blisko 1200 metrów biegu po ulicach Sacramento – nie było żadnego dywanu, konkretnie wyznaczonej trasy biegowej – widać było strzałki namalowane na ziemi, ale ogólnie to trochę takie YOLO. Pierwszy nie byłem, więc mogłem podążać za szybszymi pływakami. Tu przez cały dobieg mocno wyprzedzałem. Czułem się niesamowicie lekki w biegu. Jednocześnie też powoli zaczynałem się telepać z zimna. Bieg na pewno rozgrzewał, jednak niska temperatura otoczenia razem z mocnym wiatrem potęgowały uczucie chłodu. Zdecydowałem się w T1 założyć rękawki, skarpetki i rękawiczki. W ogóle całe T1 podczas IM wygląda trochę jak w slow motion. Teoretycznie działasz szybko, ale widać, że jest to wolniejsze niż w przypadku sprintu. Dajesz sobie pozwolić na te kilka sekund straty, żeby mieć komfort w dalszej części wyścigu. Założenie rękawiczek czy skarpetek na zmarźnięte ciało nie jest łatwe. Wybiegając z namiotu podbiegłem jeszcze do toalety (mimo pierwszego sukcesu dnia – udało mi się wysikać podczas pływania). Szybki sik (strój Sisu z rozpinaną górną częścią był strzałem w dziesiątkę). Kilka sekund później biegłem już z Malbekiem w kierunku belki.

Zdecydowałem się też nie jechać w butach startowych, a zabudowanych szosowych. Z jednej strony one dużo lepiej trzymają stopę, z drugiej – dużo większy jest w nich komfort termiczny. Chwilę zajęło mi włożenie stopy w buty oraz ich zapięcie – na szczęście pierwszy kilometr był dość “wolny” – płyty, zawodnicy przygotowujący się do trasy, sporo zakrętów. Mimo, że pierwsze 45 kilometrów pokonywaliśmy w większości ze sprzyjającym w plecy wiatrem, to zimno było przeogromne. Przez dobrą pierwszą godzinę trzęsłem się z zimna, a czwórki bolały mnie jak bym jechał z intensywnością testu FTP. Cieszę się, że głowa mi w tym momencie w ogóle nie szwankowała. Miałem przed sobą dwa zadania: trzymać założone Waty, nie podpalać się oraz patrzeć na czas – co 5 minut łyk picia, co 15 minut żel, choć przez pierwszą godzinę żel jadłem co 25 minut z uwagi na pierwszy bidon z Vitargo (60g węgli). Cel odżywiania jaki miałem to ok 110/120 g węglowodanów na godzinę – dokładnie tak jak testowałem podczas treningów. 

Trasę, można powiedzieć, że znałem już jak własną kieszeń – wiedziałem kiedy będzie trzeba bardziej zwrócić uwagę na nawierzchnię, a kiedy jak najbardziej wykorzystywać pozycję Aero. Pierwsze 10 kilometrów to wyjazd z miasta – w większości z bardzo fajnym asfaltem, jednakże z rondem lub zakrętem co jakiś czas. Następne 5 kilometrów to szybki fragment wzdłuż rzeki z dobrze wiejącym w plecy wiatrem. Ciekawe jest to, że generalnie w Sacramento bardzo mało wieje – praktycznie wszystkie treningi jakie robiłem były zupełnie bezwietrzne, a jeżeli wiało to w przeciwnym kierunku niż w dniu zawodów – czyli pierwsza część pod wiatr, następnie odpoczynek z wiatrem. Nie tym razem amigos … teraz powrót zapowiadał się na solidną robotę, ale to za chwilę. 

Mniej więcej na 15 tym kilometrze wjeżdżaliśmy na najgorsze 5 kilometrów trasy – wąskiej, dość krętej i z fatalnym asfaltem. Tu praktycznie nie było mowy o jechaniu w pozycji czasowej, chyba, że ktoś chciał stracić zęby, o bidonach nie mówiąc. Plusem tego fragmentu było w miarę dobre osłonięcie od bocznego wiatru. To tu wypadały bidony jeden po drugim, dlatego tez trzeba było uważać, żeby nie zaliczyć dzwona, czy to przez dziurę, czy przez czyhającą bidonową minę. Po uporaniu się z tym fragmentem, ostry zakręt w prawo i można cisnąć ile fabryka dała. Mniej więcej 10 kilometrów prostej z coraz mocniej wiejącym wiatrem (jeszcze w plecy …, ale i czasem z boku). Dopiero tu powoli zaczynało mocniej operować słońce, które dawało jakiekolwiek podniesienie odczuwalnej temperatury, ale o tym, żebym zdejmował rękawiczki, czy rękawki nie było jeszcze mowy. Czułem się bardzo dobrze – cały czas realizując założenia – jechałem mniej więcej 70% FTP – dużo więcej będzie potrzeba siły na czekającym na nas powrocie. 

Długa prosta – po lewej i po prawej stronie winnice. Tu aż głupio było trzymać głowę spuszczoną w dół. Dobrze, że wcześniej udało mi się przejechać trasę już kilkukrotnie i napoić głowę tymi widokami. W takich momentach jestem mega wdzięczny za to, że bawię się w triathlony. Te przeżycia, niesamowite widoki – doświadczenia – coś co daje mi energię do działania. Nie odbiegając jednak od trasy – po 10 kilometrach szybkiego odcinka, ostry zakręt w prawo i ok 3-4 kilometry mierzenia się z bocznym wiatrem. Tego odcinka obawiałem się najbardziej – bałem się, że będzie mną rzucać na dysku i nie poradzę sobie z mocnymi podmuchami wiatru. O dziwo i tu czułem się bardzo dobrze, cały czas jadać w pozycji AERO. Czuć było jak mną rzuca na prawo i lewo, jednak wykonywanie wcześniej treningów niezależnie od warunków oswoiło mnie z nimi. Choć pisząc “takimi” jestem daleki od prawdy, bo przy takim wietrze jeszcze nigdy nie jeździłem. 

Kolejny zakręt ostro w lewo i znów przyjemny podmuch wiatru w plecy – jeszcze kilka kilometrów – skromny mini podjazd i na 3 kilometry ponownie skręcaliśmy w lewym kierunku wzdłuż rzeki, mierząc się z podmuchami bocznego wiatru. Na liczniku mniej więcej godzina i dziesięć minut, a mi zaczyna się masakrycznie chcieć sikać. Nie sprzyja temu ponownie słaby fragment asfaltu, który trzęsąc powoduje jeszcze większy ucisk. Po 45 kilometrach dojeżdżamy do pierwszej nawrotki. Nie jest tak źle pomyślałem – wiedziałem, że teraz będzie ciężej bo całość pod wiatr, bądź z bocznym, ale chyba tego co za chwilę się wydarzy to nikt się nie spodziewał. Nawrotka i “ruszamy” w drogę powrotną do stadionu. Celowo piszę ruszamy w cudzysłowie, bo miałem wyrażnie, że stoję w miejscu. Kręciłem po 200 W jadąc 18km/h … Zaczęło się to do czego mentalnie przygotowywałem się przez kilka miesięcy – to będzie długi dzień. Przestałem zwracać uwagę w tym momencie na czas – warunki nie są sprzyjające – dalej pilnowałem założeń co do generowanej mocy. Jednocześnie chęć sikania wylewała mi się już chyba oczami – zastanawiałem się czy nie zatrzymać się gdzieś w krzaki, ale bałem się kary. O leżeniu na lemondce przez następnych kilka kilometrów nie było mowy, aż w końcu udało mi się dojechać do punktu żywieniowego i skorzystać z toalety. 

Tu wielkie słowa uznania za wolontariuszy na punktach – zabierali od nas rowery, odwieszali na wieszak, bądź trzymali, aż każdy zrobi swoje. Pytali, czy dolać picia – byli niesamowicie pomocni. Z pustym pęcherzem ruszyłem w dalszą nierówna walkę z wiatrem. O dziwo to nie ja byłem wyprzedzany, a sam przeskakiwałem ludzi. Przed zawodami mocno stresował mnie fakt nienajlepszej prognozy pogody – wiatr zawsze był dla mnie ciężki i całkowicie sobie na nim nie radziłem. Przypomniałem sobie jednak to co kiedyś powiedział mi Kalach: “Zacznij traktować wiatr nie jak wroga, a jak partnera treningowego”. I z takim podejściem starałem się jechać przez całą trasę. Rozmawiając przed startem z Dominikiem także usłyszałem, że na to nie mam wpływu – przygotowany jestem, a resztę trzeba brać jaka jest. 

Cały powrót to naprawdę mocne trzymanie roweru, żeby nie odlecieć gdzieś w rów i ponowna walka z pęcherzem. Nie wiem czy to przez zimno, czy przez to, że dużo piłem, a może przez Vitargo, ale sytuacja z parciem na sikanie powtarzała się – cisnęło mnie tak mocno, że ciężko było mi trzymać pozycję. Na szczęście punkty żywieniowe były położone blisko siebie – co jakieś 10-12 kilometrów – tym sposobem miałem dość częste nie planowane postoje. Co by uciąć już ten wątek, zatrzymywałem się do końca trasy na każdym punkcie. Porównując licznik, który stopowałem, żeby widzieć dobrze waty oraz realny czas jazdy, razem z zegarkiem, gdzie miałem całkowity czas – na postojach straciłem 21 minut – to przy 180 kilometrach roweru są zabrane 2 km/h ze średniej – jak to mówią życie …

O dziwo powrót nie dłużył mi się jakoś – byłem skupiony na tym, aby robić swoje – no może przez ostatnie 10 kilometrów myślałem, żeby zobaczyć Anetę na nawrotce. Tam pokazałem kciuka w górę, że jest ok i teraz ta przyjemniejsza część trasy gdzie będzie wiało w plecy. Tu spotkałem Matiego, który robił swój trening – to też bardzo fajnie mnie zmotywowało, że ujrzałem znajomy kask – Mati poznał mnie po skarpetkach xD. Prędkość / waty – cały czas na tym samym poziomie – czas jedynie się przestał zgadzać, bo teraz spędzałem kilka chwil na sikaniu. To co działo się na odkrytych punktach żywieniowych to był jakiś armagedon. Wolontariuszom ciężko było utrzymać rowery – mój z dyskiem wyrywało z rąk. Druga pętla była jeszcze bardziej wietrzna – wiał wiatr 50 km/h z porywami nawet do 70 km/h – serio nie fajne … znaczy fajne, jak wieje w plecy xD. 

Cieszę się, że podczas całej części kolarskiej ani przez chwilę nie pomyślałem – PO CO MI TO? Nie chciałem pierdolnąć roweru na bok. Nawet przez sekundę nie przeszło mi przez myśl, żeby odpuść. Jestem niesamowicie dumny z tego, jak bardzo wspierała mnie w tym głowa. Nie było mojego starego krytyka, który mówił – RunEat, ale będziesz miał beznadziejny czas. Był głos, który motywował i mówił – jest super – realizujesz założenia – rób dalej swoje. Wtedy zrozumiałem, że IronMan to nie jest ściganie się z czasem – oczywiście – finalnie na mecie liczy się wynik, i ktoś kto ogląda czasy, może powiedzieć – ale słabo. Podobnie patrząc na trackery z kanapy nie wiedząc całkowicie jakie panują warunki na trasie. Wtedy zrozumiałem, że Ironman to ściągnie się z dystansem. Do pokonania 226 kilometrów (140 mil …). Samochodem jedzie się kilka godzin, a tu człowiek sam z siebie, z własnej nie przymuszonej woli stawia czoło niesamowitemu wyzwaniu. O własnych siłach przesuwa tę kropkę na mapie do przodu. Z każdym kolejnym naciśnięciem na pedały jest bliżej strefy zmian. 

Niesamowicie dużo energii dawało mi wtedy to, że wiedziałem, że moi przyjaciele zarywają noc. To, że usłyszałem, że “czuję moralny obowiązek nie spania i sprawdzania co się z Tobą dzieję”. Za każdym razem jak przekraczałem maty pomiarowe czułem pewnego rodzaju ulgę. Wszyscy, którzy śledzą aplikację wiedzą, że konsekwentnie zbliżam się do celu. Dojeżdżając do beznadziejnej Babel Slough Road – powiedziałem sobie wewnętrznie – jesteś gość! Nigdy wcześniej nie przejechałeś więcej. Do pokonania zostało mi jeszcze 15 kilometrów. Po tej części byłem też wtedy szczęśliwy, że nie było żadnej usterki technicznej. Zacząłem myśleć o tłustych frytkach (pierwszy raz tak miałem) i o tym, że przede mną jeszcze “tylko” maraton. Czułem się jakoś niesamowicie pewnie, choć wiedziałem jak bardzo może boleć maraton. Nie wiedziałem też jak zachowają się moje nogi po tak długim rowerze, szczególnie, że ostatnie blisko 2 godziny jechałem na dość niskiej kadencji, mocno spięty zapierając się na lemondce, a jednocześnie generując dużo mocniejsze waty. 

180 kilometrów pyknęło na jakieś półtora kilometra od stadionu. Byłem wtedy przeszczęśliwy i powoli zacząłem przestawiać głowę na bieg. Powtarzałem sobie wcześniej ułożony plan odżywiania, choć przyznam, że ciężko już jest wtedy myśleć jakoś mocno racjonalnie, nie mówiąc o jakiejś bardziej zaawansowanej matematyce. Przed stadionem znów spotkałem Anetę i Matiego, szybka rundka dookoła i już zeskakiwałem z roweru biegnąc do T2. Czułem się dokładnie tak samo jak po pływaniu – nogi gotowe do kolejnego zadania – bardzo pozytywne zaskoczenie. 

CZAS ROWERU: 6:14:55 (5:58:21)
ŚREDNIA PRĘDKOŚĆ: 30.4 km/h
ŚREDNIA MOC: 180 W
MIEJSCE OPEN: 593/2609
MIEJSCE W KATEGORII: 92/321

Na grupie sporo ludzi zastanawia się jak bardzo warunki na trasie wpłynęły na wynik końcowy. Oczywiście to jest tylko dywagowanie, jednak większość porównując swoje moce przelotowe z poprzednimi treningami szacuje, że wiatr zabrał nam około 30-40 minut. To jednak nie tylko wpływ na czas, a jednocześnie ogólne zmęczenie i napięcie karku, pleców, co później może wpłynąć na wydajność i ekonomikę biegu. Czysto hipoteczne myślę, że przy lepszych warunkach i bez tak częstych postoi w toalecie spokojnie można było tu urwać ok 50-60 minut. Ciekawostka: czasy kolarskie jak i ogólne z zawodów porównywalne były z wynikami tych samych zawodników na Hawajach.  

Worek z rzeczami na bieg znajdował się przy rowerze. I znów wchodzimy w słow motion. Usiadłem, założyłem buty – po raz pierwszy biegłem w zwykłych sznurówkach a nie triathlonowych. Na spokojnie zawiązanie butów – włożenie żeli do kieszonek. Kolejna toaleta i wybiegłem dalej robić swoje na moim ukochanym bieganiu. Nie dalej jak 100 metrów od wybiegnięcia ze stadionu stoją Aneta, krzycząca – JEST ZAJEBIŚCIE i Mati:

Mati: Jak się czujesz?
RunEat: Mózgojeb ten wiatr
Mati: Chcesz coś? Colę?
RunEat: Metę …

A do mety jeszcze kilka godzin i 42 kilometry biegu … Do usłyszenia w następnym odcinku.  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *