fbpx

1/2 IM Ślesin – zadowolony, ale nie usatysfakcjonowany

Published on: 25 sierpnia 2020

Filled Under: Bez kategorii, Triathlon

Views: 987

Tags: , , , , , ,

Kazachstan, Dubai w Emiratach Arabskich, Mistrzostwa Świata w RPA, Dania, Szanghaj, Taupo w Nowej Zelandii – po tych wszystkich jakby nie patrzeć egzotycznych miejscach przyszedł czas na zrobienie pierwszej połówki w Polsce. Co prawda kolejnym przystankiem na mojej triathlonowej mapie świata miał być St Petersburg, ale Ślesin też pozwolił dostarczyć niesamowitych emocji, ponownie wejść w głąb samego siebie, żeby próbować zyskać dodatkowe pokłady energii w pokonywaniu własnych granic, a przede wszystkim spędzić czas z bliskimi ludźmi w niewyobrażalnej sportowej atmosferze.

Dziwne czasy nam nastały, a jeszcze kilka miesięcy temu mało kto wróżył, czy w ogóle uda się nam startować w tym roku. Pozamykane baseny wróżyły krach pływackiej formy, brak konkretnego celu był dosyć demotywujący dla sporej rzesz triathlonistów. W życiu wyznaje zasadę, żeby nie narzekać na otaczające warunki – wszystko dzieje się po coś i zawsze znajdzie się jakieś rozwiązanie. Może nie być ono idealne, ale jak to mówią dla chcącego nic trudnego. Na początku pandemii otwarcie mówiłem o tym, że takie zwolnienie w treningu, brak zawodów – a raczej odsunięcie „sezonu” o kilka tygodni do przodu może wyjść na dobre dla nas. Wszystko zależało od nas – jak wykorzystamy daną sytuację.

Sam treningowo nie zwolniłem, pomijając fakt nie możliwości biegania przez dwa tygodnie, kiedy byłem zamknięty w domu na kwarantannie po powrocie z 70.3 w Nowej Zelandii. Cały okres mocno przepracowałem pływacko na gumach, a zastępnikiem mocniejszych treningów kolarskich stały się wirtualne zawody – początkowo na Zwifcie, a następnie organizowane przez Garmin ściganie się po trasie realnych zawodów. Daleki byłem wtedy od powszechnego podniecania się prędkościami na trasie przy której stały wirtualne. To, że ktoś był super kozakiem w zaciszy własnego kwadratu szybko zostało zweryfikowane przez pierwsze zawody w realu, gdzie te magiczne waty i prędkości zniknęły z liczników magików.

Sam z Kalachem pracowałem mocno nad tym, żeby podnosić poprzeczkę treningową i w całym lock downie i przełożeniu czasu na trenażer widziałem dla mnie możliwość na wejście na lepszy kolarski poziom.

Tyle tytułem wstępu.

Chciałem wystartować na połówce – wybór nie był za dużo i Ślesin raczej nie był dla mnie pierwszym miejscem jakie bym wybrał na sprawdzenie samego siebie. Pamiętam swoje wcześniejsze wizyty w tej przepięknej miejscowości, ale trasa kolarska nie była wtedy dla mnie jakaś taka szybka, jak to wszyscy mówią. Sporo zakrętów, przejazd pod tunelem, powrót do miasta – to były moje pierwsze skojarzenia i jakoś niedowierzałem, że można tam wykręcić niezłe czasy …. Prawdopodobnie wybrałbym Malbork, z płaską, mało techniczną trasą, jednak początek września to start Kalacha na Mistrzostwach Polski na pełnym dystansie, a wtedy przede mną inne zadania w Malborku :) Padło więc na Ślesin – nie pozostało nic innego jak trenować, a potem jak mądrze powiedział Jacek Tyczynski:

To co wytrenowane to tylko szansa – teraz czas stoczyć długą walkę ze sobą, żeby móc ją wykorzystać.

Do Ślesina przyjechałem wypoczęty i czułem, że jestem dobrze przygotowany. Trochę obawiałem się tego, jak organizm będzie reagował na wysokie temperatury. Na to nic nie mogłem poradzić – nie zmienię pogody – postanowiłem skupić się wyłącznie na tym, na co mam wpływ – odpowiednie nawodnienie przed startem, treningi w podobnych warunkach, czy zakupienie lodówki i przygotowanie zimnych napoi, które podawały nam Renata z Justyną na punktach żywieniowych.

Ostatni trening pływacki przed zawodami pokazał mi, że jestem w całkiem niezłej dyspozycji – zrobienie życiówki na 50 i 100m nieźle mnie podbudowało, choć to Kalach najbardziej zmotywował mnie do tego, żeby z wody wyjść z takim czasem jaki wynikałby z tego co pływałem na basenie.

Jak nie wyjdziesz z wody poniżej 30 minut to przez tydzień będę mówił do Ciebie fujara

Z takimi słowami się nie dyskutuje. Trzeba walczyć, a wiedziałem, że widząc na zegarku 29 doda mi to dodatkowego kopa na dalszą część wyścigu.

Do wody wskoczyłem w 4-tej „trójce”. Usłyszałem, jak Mateusz krzyczał do mnie i od razu zacząłem mocno walczyć o miejsce w stawce. Już pierwsze metry pokazały mi, że będzie dobrze. Od początku czułem właściwy flow w wodzie a kilka metrów dalej przy pierwszej bojce wyszedłem na prowadzenie małej grupki. Nie było szukania nóg, bo to moje bąbelki (choć podobno ich nie robię) były wykorzystywane. Przy kolejnej boi dogoniłem kolejnych zawodników i dalej postanowiłem robić swoje. Czułem, że to jest mój dzień na dobre pływanie, i chciałem wykorzystać to jak najbardziej.

Czasem korciło, żeby spojrzeć na zegarek, finalnie jednak ani razu nie sprawdziłem między czasu kolejnych wpadających setek. Jeszcze przed mostkiem doszedłem dwie osoby i dalej zorganizowaliśmy sobie takie małe indywidualne zawody. Cały czas czułem, że mogę przyśpieszać. Mocno pracowałem nad kadencją, właściwym pociągnięciem i odpowiednim ułożeniem głowy. Te małe detale nad którymi myślałem pozwoliły mi w końcu dotrzeć do wyjścia z wody.

Zegarek zatrzymałem z czasem 29 minut 24 sekund – uff … nie jestem fujarą :) To 2 minuty poprawy od poprzedniego najlepszego pływania na połówce, a 4 minuty od Astany, w której w debiucie zrobiłem swój najlepszy jak na tamtą chwilę wynik na 1/2. Urwać już na początku 4 minuty z życiówki – to nieźle wróżyło :)

Ekspresowo zrobiłem strefę zmian uzyskując najlepszy czas ze wszystkich zawodników. Pełen motywacji wskoczyłem na rower i mocno zacząłem cisnąć w korby. Chciałem już wyjechać i znaleźć się na pętli rowerowej poza miastem. Wiedziałem gdzie są newralgiczne miejsca dzięki temu, że dwa tygodnie wcześniej, razem z Rafałem zrobiliśmy w Ślesinie zakładkę na trasie kolarskiej.

Cztery pętle wydawały się fajnym rozwiązaniem bo co jakiś czas wracaliśmy do miasta, gdzie można było zaczerpać energii od kibiców. To chyba jedyny plus czterech pętli, bo jednak każdy powrót do miasta, przejazd pod wąskim tunelem, kiepskiej jakości droga ze studzienkami, czy leżącymi podjazdami to jednak spore wytrącenie z rytmu. Początkowo narzekałem na to i byłem przekonany, że „miejski” etap trasy kolarskiej będzie sporo wolniejszy, to jednak koniec końców, ten kawałek trasy finalnie był o 1 km/h wolniejszy od całej polnej części, a to jedynie obniżyło średnią prędkość o 0.2 km/h więc nie tak źle, jak można było się spodziewać.

Pierwsze dwie pętle pojechałem zgodnie z założeniami, jednak już na drugiej zacząłem słabnąć, a najbardziej dawał mi się we znak wiatr, w miejscu w którym oczekiwałem, że będzie wiać w plecy. To część z super asfaltem i przy zmianie kierunku wiatru można by tam całkiem nieźle zyskać na czasie. Cóż – wola niebiosów była inna, i tam mocno musiałem walczyć. Może nie był to duży wiatr, ale ja ewidentnie sobie z nim nie radzę.

Widząc jak szarpie tempo podjechało do mnie dwóch zawodników i zaproponowało, żebym usiadł na koło. Na moją odpowiedź, że chyba żartują powiedzieli „to nara” i wspólnie pojechali dalej …

Chcesz być uczciwy to bądź…

Usłyszałem od Olgi po zawodach, kiedy wywiązała się dyskusja na temat draftingu. Zawsze o tym mówiłem, i będę mówić dalej – za każdym razem kiedy widzę oszustwo uważam, że warto o tym otwarcie mówić, a nie zamiatać sprawy pod dywan. Każdy ma własne sumienie – jeżeli stanie na podium, czy radość z dobrego wyniku nikomu nie przeszkadza, kiedy wie, że nie zrobił tego na „czysto” to jego sprawa. Sam za każdym razem puszczam korby jak tylko mnie ktoś wyprzedza. Może i na tym tracę na wyniku, ale wolę być ok sam ze sobą niż frajerem.

Czwarta pętla była juz dla mnie dużą walką. Bolały mnie plecy i nie zawsze mogłem leżeć na lemondce. Waty już odbiegały od założeń, a czas leciał i leciał. Wtedy pomyślałem sobie, że na Ironmana to jeszcze długo i długo nie …

Finalnie rower skończyłem z kiepskim czasem 2:42 i tu mógłbym się wkurzać, jednak patrząc na waty to pojechałem swój najmocniejszy wyścig w życiu, więc jednak jest powód do zadowolenia. Wiem na co muszę zwrócić w przyszłości uwagę – konieczna zmiana pozycji – bardzo dużo jednak tracę na aero, a obecnie jestem bardziej rozciągnięty, więc można spróbować agresywniejszej pozycji. Do tego praca nad kadencją – po raz pierwszy pojechałem rower ze średnią kadencją 70 … normalnie zawody jeździłem 80-85. Siłowa jazda na moich chudych nóżkach to nie najlepszy powód, o czym zaraz będę mógł się przekonać na biegu.

Na samym powrocie do miasta doszła mnie na rowerze Asia, z która zawsze ścigamy się wspólnie na biegowych zawodach. To już chyba taka nasza tradycja, że w pewnym momencie Asia do mnie dobiega i już do końca biegniemy razem. Mimo, że nie mam siły to jakoś nie pozwalam się wyprzedzić i tak wspólnie dążymy do mety … czy teraz mogło być inaczej?

Jeszcze na rozgrzewce powiedziałem do Asi, że fajnie było by razem wbiec na metę …. hmm … to teraz trzeba było gonić, skoro Pomorka wyszła z T2 z 10 sekundową przewagą. Szybko zacząłem biec, ale na szczęście gdzieś włączył mi się hamulec, żeby stopniowo gonić, a nie zajechać się na pierwszym kilometrze. Koniec końców wyszło tak, że pierwszy był za szybki, ale juz po dwóch kilometrach wyszedłem na prowadzenie i stopniowo budowałem przewagę.

Na biegowej trasie ponownie mieliśmy do pokonania cztery pętle, a a każdej z nich podbieg, którym wybiegaliśmy z wody. O ile na początku zawodów nie robił on na mnie większego wrażenie, to już na 3-cie pętli dawał się mocno we znaki. Wtedy udało mi się zbudować prawie 1.5 minuty przewagi nad Asią i już powoli zaczynałem czuć efekt niskiej kadencji na rowerze. Mięśnie zaczynały boleć coraz mocniej, a ja stopniowo zaczynałem zwalniać.

Nie wiem czy to też efekt uapłu, bo jakoś mocniej nie odczuwałem, żeby było mi gorąco, ale możliwe, że to też mogło mieć wpływ. Na pewno mieliśmy niesamowity support od Justyny, Renaty, Mileny oraz Doroty i Jarka Kalaszczyńskich, którzy na punktach żywnościowych ratowali nas lodem, zimną colą, i lodowatą wodą. Polać się taką zimnicą to naprawdę game changer.

Trochę zabrakło mi woli walki – tempo spadało, tętno jak na rozbieganiu, a ja sobie dreptałem tak drugą część dystansu, aż doszła mnie Asia na dwa i pół kilometra przed metą. Najpierw krzyknąłem do niej żeby już mnie wyprzedziła, a ja bym sobie wtedy odpuścił … a chwilę później jak byliśmy ramię w ramię na nawrotce wyszedłem jak zawsze do przodu próbując walczyć. Poprosiłem tylko, żebyśmy się jeszcze nie ścigali do mety, na co Asia jak zawsze powiedziała, że nie ma siły, a mnie dalej motywowała do mocniejszego biegu. Okazało się, że z mojego dreptania w drugiej części dystansu po 5 min udało mi się zebrać na trzy ostatnie kilometry w tempo 4:30-4:40 … nadal daleko od założeń, ale siła jednak była, tylko chyba głowa nie wystarczająco walczyła wcześniej.

Na ostatnim kilometrze udało mi się na chwilę odstawić Asię i to mnie trochę uśpiło. Kiedy byliśmy już na dywanie biegłem sobie bez wyraźnego finishu w stronę mety, aż tu nagle słyszę, krzyk „DOJDZIESZ GO” i dokładnie na lini mety Asia pojawiła się o krok przede mną. Tak przegrać to jak wygrać – w końcu jestem dżentelmenem, a Panie przodem! Dzięki Asia! To był niesamowity bieg dzięki Tobie, a nasze marzenie z rozgrzewki się spełniło.

Koniec końców, czas biegu to 1:39 – stanowczo za wolno jak na moje możliwości i z tego jestem nie zadowolony. Jedyne co mnie cieszy to, że udało się powalczyć na końcu trasy dzięki Asi, ale środek dystansu stanowczo do poprawy!

Finalnie na mecie zameldowałem się z wynikiem 4:54:47 .. to mój trzeci wynik na połówce. Do życiówki zabrakło 7 minut … jeszcze wychodząc na bieg była ona w zasięgu ….

Czy jestem zadowolony z wyniku padało pytanie na mecie. Jak to mawiał jedne z moich szefów, kiedy robiliśmy dobre wyniki w sprzedaży:

Happy but not satisfied

Z wyniku jestem zadowolony, ale nie jestem usatysfakcjonowany. Jak na takie warunki to wyszło w miarę nieźle – w końcu 5 godzin złamane. Trasa kolarska nie do końca pode mnie, cieszy jednak najlepsze pływanie i rower pod względem mocy. Bieg całkowicie do poprawki, ale wiem nad czym pracować. Małymi krokami do celu, a wiem, że stać mnie na kilkanaście minut szybszy wynik. Cóż … nie tym to następnym razem. Teraz konsekwentnie robić swoje i być cierpliwym, i wierzę, że i rower pokaże nie tylko dobre waty, ale i one przełożą się na prędkość i wynik na mecie.

Bardzo dziękuje wszystkim za doping, Kalachowi za przygotowanie, a naszym dziewczynom z supportu za możliwość przeżycia w tych upalnych warunkach. Rafał – graty za wyścig – trochę za wcześnie mnie na tym rowerze doszedłeś. A teraz zbieram się na zakładkę i widzimy się w Malborku!

PS. Pomysł zawodów w sobotę jest genialny! Można na spokojnie wieczorem spędzić czas i odpocząć a nie gonić szybko do miasta i pracy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *