Afryka w Polsce – Chodzież Triathlon

Published on: 22 sierpnia 2015

Filled Under: Bez kategorii, Triathlon

Views: 2668

Tags: , ,

Triathlon ma w sobie jedną rzecz, która z jednej strony jest dla mnie niesamowita i napędza do kolejnych startów, a z drugiej często działa na nerwach. Tym czymś jest nieprzewidywalność.

Każdy start jest inny – nie da się porównać ze sobą strefy zmian, czy też samej trasy. Nie istnieje tu coś takiego jak atest – każda z dyscyplin często tylko w przybliżeniu jest równa swojemu zakładanemu dystansowi. Ciężko też jest tu mówić o konkretnych założeniach na wynik – przyzwyczajony do kontrolowania tempa z biegu, w przypadku pływania nie ma za bardzo jak zobaczyć czy przypadkiem nie płynę za wolno – zegarek schowany pod piankę, gps pod wodą często się gubi, nie mówiąc już o najważniejszym aspekcie – ręce cały czas pracują w kołowrotku – nie ma czasu na patrzenie się na czasomierz – trzeba po prostu zapierdzielać.

_18K3252

Rower – eh … – tu o trzymaniu założonego tempa chyba nie ma mowy, raz podjazd, raz zjazd więc to co się straci pod górkę, powinno się z nawiązką odebrać na zjeździe – to tu właśnie dla mnie tkwi największa niewiadoma całego triathlonu. Sam rower nie patrząc na jakim dystansie startujesz – czy to sprint, olimpijka czy połówka irona stanowi najdłuższą część zawodów i to tu można najwięcej zyskać. A jak można zyskać to można też stracić, ale o tym za chwile :)

7L3W6471

No i na koniec bieganie – niby najprostsze, bo tu przecież wiadomo jak kontrolować tempo i jak podczas startów w biegowych zawodach nie mam z tym najmniejszego problemu to podczas triathlonu jakoś ciężko jest mi się skupić na założonym tempie – często biegnę na tyle na ile pozwalają nogi, choć podświadomie wiem, że można by z tego było jeszcze trochę uciąć.

_O0C1625

Tyle słowem triathlonowego wstępu, czas przenieść się do Afrykańskich klimatów, które jeszcze kilka dni temu były z nami. Chodzież triathlon, który wchodzi w skład Volvo Triathlon Series był jednym z tych startów, który od początku był pewną pozycją w moim kalendarzu startowym na ten sezon. Chodzież to rodzinne miasto mojego triatlonowego brata, więc wiedziałem, że jadąc tam na pewno będę mógł odpowiednio odpocząć a jednocześnie spędzić kilka dni w przyjaznej rodzinnej atmosferze :) Arek też zapewniał, że to super szybka trasa – krótkie strefy zmian – szybki rower (tak okłamać brata?!) i na koniec najszybsza biegowo triatlonowa trasa w Polsce – tu akurat się nie mylił :) 

image4

Do Chodzieży przyjechałem już w czwartek wieczorem więc do samego startu były dwa dni na odpoczynek i zapoznanie się z okolicą. W piątek rano atestowałem trasę biegową – pętla w okół jeziora jest płaska jak stół – jest dosłownie jeden króciutki podbieg, ale nawet nie trzeba o nim myśleć – fakt wchodzi trochę w nogi, ale to dosłownie kilka sekund.

image3

Wieczorem jeszcze ostatni trening w otwartej wodzie i można było dalej odpoczywać. Po solidnie przeprowadzonym obozie czułem, że forma jest jak należy – biegało mi się ostatnio wręcz wyśmienicie więc tylko odliczałem dni na ten start. Miałem apetyt na złamanie 2 godzin 30 min – w końcu robiąc tylko to co w Sierakowie na samych strefach zmian powinienem zaoszczędzić spokojnie z 3-4 minuty, więc cel wydawał się prosty do osiągnięcia. Jedyne co mogło przeszkodzić to pogoda. Nie oszukujmy się warunki całkowicie nie nadające się do startowania w zawodach – jeszcze, żeby start był o 9 to jak Cię mogę – my jednak zaczynaliśmy o 10:45, tak więc wszystko wskazywało, że na bieg będziemy wyruszać w okolicy 12:45 tak więc w sam skwar. Już sama rozgrzewka dała się we znaki i dosłownie o 5 minutach truchtania lało się z nas. Nie muszę chyba dodawać, że zakładanie pianki na spocone ciało nie należy do najłatwiejszych :)

Na pływanie miałem jeden cel – odważnie – widać, że pływa mi się coraz lepiej, ale nadal mam gdzieś z tyłu głowy wyrzuty sumienia, żeby po nikim nie przepłynąć, nikogo nie podtopić, nie przywalić z łokcia. Postanowiłem zaryzykować i ustawić się gdzieś koło Arka, który z wody wychodzi jako jeden z pierwszych. Brat gdzieś zdryfował lekko w bok, a ja okazało się, że znalazłem się koło Kuby Deca – późniejszego zwycięzcy tych zawodów.

_O5B8055

Start zawodów to jedna z tych rzeczy, która powoduje, że chce mi się triatlonować … odliczanie, nastrojowa muzyka i wystrzał armaty – to chyba dużo fajniejsze dla kibicujących, ale to właśnie te elementy nakłoniły mnie do triatlonu. W Chodzieży mi trochę tego zabrakło – nie było strzału, nawet trąbki – po prostu odliczanie i ruszyli.

Moja odważna pozycja z przodu miała ryzyko, że zaraz ktoś mnie dopłynie i zacznie płynąć po mnie. Nic takiego nie miało miejsca – pierwsze 200 metrów mocno do przodu, później złapałem swój rytm i praktycznie całą pętlę płynąłem swoje – miałem nawet wrażenie, że płynę szybko jak na siebie. Po wyjściu z wody zegarek zatrzymałem na 18 min 31 sekundach, co było najgorszym z moich czasów pływania na ćwiartce – zegarek jednak pokazał mi ponad 1000 metrów pływania więc z samego etapu pływackiego byłem zadowolony. Tych 30 sekund straty do Sierakowa nawet nie liczyłem bo to do odrobienia w samej T1. Zaraz po wyjściu z wody Gosia – żona Arka krzycząca DAWAJ KERMIT i zanim się obejrzałem byłem na rowerze … a byłem na nim później długo.

_O5B8283

Trasa rowerowa w Chodzieży to dwie pętle – praktycznie równo 45km. Dwie nawrotki, kilka ostrych 90 stopniowych zakrętów, dwa ronda i dwa razy dwukilometrowy podjazd. O ile nie lubię, a raczej nie umiem jeszcze jeździć pod górę to ten z perspektywy rowerzysty nie wydawał się na jakiś ciężki – nie widać było nie kończącej się drogi pod górę, w jakich miałem przyjemność trenować w Szklarskiej. Jednak mój rower na tych zawodach pozostawił wiele do życzenia. Pojechałem najgorzej ze wszystkich swoich zawodów tracąc do Sierakowa ponad 12 minut (masakra).

7L3W5032

Na pierwszej pętli w części w której wyjeżdżaliśmy z miasta praktycznie cały czas ktoś mnie wyprzedzał. Na podjeździe to ja wyprzedziłem jakąś dziewczynę i nagle słyszę jak krzyczy do mnie „NO DAWAJ !!!” O ile miałem siłę na wyprzedzenie to już dalej nie miałem siły ciągnąć tak samo szybko do góry i po chwili sytuacja wróciła do wyjściowej i koleżanka po fachu była już przede mną i tylko mi się oddalała. Nie mam pojęcia co się zadziało – kręciłem tymi nogami ile się da, a pojechałem tempem o kilometr szybszym niż treningowe. Łukasz przed startem pisał do mnie, żebym spróbował pojechać 34-35km/h i odważnie – no to spróbowałem :) A wyszło jak wyszło … Wniosek jest jeden – w zimę nie schodzę z trenażera, a na treningi muszę zacząć wychodzić w grupie, żeby zacząć mocniej kręcić nogą.

_O0C0560

Aha! Jeszcze jedna rzecz – w pewnym momencie na trasie kolarskiej zabrakło wody – przy drugiej nawrotce nie miałem już co złapać więc ostatnie 11 kilometrów pokonywałem już bez picia. Problem braku picia na trasach czy to biegowych czy triatlonowych coraz częściej ma miejsce. Myślę, że organizatorzy naprawdę powinni zamawiać nadwyżki picia – woda się nigdy nie zmarnuje, a w przypadku takich temperatur jakie miały ostatnio miejsce to trzeba by potroić ilość napojów dla zawodników.

P54A0441

Z całego tego masakrycznego roweru jest jedna rzecz, z której jestem zadowolony. Udało mi się z niego zeskoczyć wyjmując nogi z butów w trakcie jazdy. Dzięki temu udało się zaoszczędzić kilkanaście sekund w T2. Ale, że w przyrodzie nic nie ginie, to szybko te sekundy oddałem szukając jak ostatni gamoń swojego miejsca na rower – notabene stojąc przy nim. Wiedziałem gdzie mam podbiec – ale nie wiem co w tej mojej głowie siedziało, że szukałem miejsca 688, mając numer startowy 588.

EZ3A9037

Nie będę owijać w bawełnę – schodząc z roweru byłem już lekko zrezygnowany. Wiedziałem, że nawet na czas podobny do Sierakowa nie mam co liczyć i na samym biegu zabrakło mi trochę motywacji do walki. Pierwsze dwa kilometry jeszcze pobiegłem w miarę przyzwoicie – po 4:30 (miałem biec na samopoczucie, a później cisnąć). Później już z tego całego ciśnienia do mety wyszło bieganie po 5:00 z bólem w nogach poprzez obcierające buty.

_O0C1627

Udawało się czasem przyśpieszyć kiedy mijałem swoich kibiców. Kasia z Maćkiem, którzy wydzierali się, żebym przyśpieszał – to moja konkurencja, teraz mam pokazać wszystkim jak się biega … to naprawdę daje kopa i jesteś w stanie walczyć. Wyobraźcie sobie, że Kasia tak głośno krzyczała, że słychać ją było na odcinku 300 metrów … Gdyby takich Kaś było 10 – 12 to można by spokojnie obstawić całą trasę i wtedy to aż boje się, jak by się biegło :)

_O0C1739

Zaraz za Kasią na końcu pierwszej pętli i rozwidleniu na metę stała Gosia, która też nie szczędziła gardziołka :) Usłyszałem tez mamę Arka, która krzyczała pięknie Łukasz – poczułem się wtedy trochę tak, jak by moja mama była ze mną i wspierała mnie w mojej walce.  Wtedy też analizowałem sobie, że jeżeli Arek zrobił co miał zrobić to jest już na mecie, a ja lecę wtedy walczyć z drugą pętlą. Plan już miałem jeden – ostatni kilometr lecę już w trupa – jak tylko zobaczyłem tabliczkę „4” co oznaczało, że jestem na 9 kilometrze przyśpieszyłem i gnałem już na maksa do mety – naprawdę chciałem już żeby ta walka się skończyła. Samotny wbieg na metę – Gosia dopingująca na ostatnich metrach i koniec. Czas masakryczny – 2 godziny 42 minuty – dziesięć minut gorzej jak w Sierakowie. Na mecie byłem bardziej wyczerpany niż po maratonie.

EZ3A9523

Byłem zły – najbardziej na rower – nawet coś przebąkiwałem, że jak ktoś chce to niech go sobie zabierze ze strefy. Ja już na niego nie chcę wsiadać. Zbierało mi się nawet na wymioty jak nigdy. Chodzież tak mnie zmasakrowała, że na 2 dni odechciało mi się triatlonu. Mówiłem nawet, że do żadnego Przechlewa na początku września nie jadę. Na szczęście mięło kilka dni i chęć do startu ponownie mi wróciła. Na całe szczęście triathlon jest nieprzewidywalny więc może w Przechlewie nie będzie tak źle – chyba gorzej jak w Chodzieży być już nie może … :)

image9

Na koniec chciałem bardzo podziękować Gosi i Arkowi za przyjęcie mnie pod skrzydła i za wsparcie na trasie wszystkim kibicom. Jeżeli biegniesz i ktoś biegnący koło Ciebie mówi do Ciebie, że masz tu chyba niezły fanklub to oznacza, że kibice naprawdę dali z siebie wszystko :)

Do Chodzieży jeszcze wrócę – za rok i rozliczę się z nią – najpierw na rowerze, a później na biegu !!!

A Wam jeszcze obiecuję, w przyszłym tygodniu zaległą relację z Gdyni – wyjazdy powoli dobiegły końca więc jest czas, żeby usiąść trochę w domu i nadrobić blogowe zaległości.

Jak zawsze – jeśli się podobało poproszę o lajka poniżej – wtedy wiem, że Chce Wam się to czytać :)

Nie poddajemy się – walczymy – kryzysy się zdarzają, ale tylko dzięki temu, że je przezwyciężamy stajemy się lepsi :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *