Gdynia Sprint – doskonały trening w przygotowaniach do 1/2 IM

Published on: 16 sierpnia 2019

Filled Under: Bez kategorii

Views: 1303

„Myślałem, że nie startujesz już na tak krótkich dystansach” usłyszałem wielokrotnie w miniony weekend, kiedy twierdząco odpowiadałem na pytanie, o to czy startuje w Gdyni. Zdziwienie pojawiało się, gdy dodawałem, że na sprincie a nie na połówce. Mimo, że mój trening całkowicie skupiony jest na dłuższym dystansie, to uważam, że start na krótkich i szybkich zawodach takich jak 1/8 IM czy sprint to świetny bodziec treningowy w przygotowaniach do dłuższych dystansów. Na sprincie w Gdyni startuje co roku, co pozwala mi zobaczyć jak wygląda mój rozwój, a jednocześnie skupić się w niedzielę na kibicowaniu Kalachowi i wszystkim pozostałym znajomym, a tych w tym roku było całkiem sporo – tracker wibrował dosłownie co kilka sekund …

Gdynia zawsze witała nas dobrą słoneczną pogodą … spokojna woda zatoki pozwalała na szybkie pływanie, a żar lejący się z nieba dodawał dziegciu podczas podbiegu na Świętojańskiej … nie tym razem …

Kiedy szedłem rano do strefy zmian dopieścić Malbeca deszcz powoli zaczął siąpić z nieba, a wiatr coraz bardziej się nasilał. Woda falowała rozbryzgując się wysoko o falochron przy Obserwatorium Astronomicznym kilka metrów od naszego wyjścia z wody. Od razu przypomniało mi się pływanie sprzed roku, kiedy w Mistrzostwach Ameryki na Olimpijce, zamiast 25-26 minut płynąłem blisko 37, a fale w wielkim jeziorze Erie zniszczyły mnie kompletnie zabierając ze mnie wszystkie pokłady energii. Pomyślałem wtedy, że nie będzie łatwo w wodzie, jednak byłem świadomy tego ile wypracowałem przez miniony rok na pływaniu, więc za specjalnie nie obawiałem się tego etapu zawodów. Bardziej w mojej głowie rodził się lekki strach przed mokrą nawierzchnią na rowerze …

Już wtedy zmieniłem w głowie nastawienie … nie ważny był czas na mecie … ważne było to, żeby bezpiecznie dojechać do T2, oczywiście jednocześnie nie odpuszczając w walce na trasie … trzeba było dostosować się do panujących warunków, a te tego dnia nie były nam zbytnio przyjazne. Wracając ze strefy zmian do hotelu puściłem sobie nutkę Nie ma fal Dawida Podsiadło i pozytywnie nastrajałem się do startu, do którego została tylko godzina.

Rozgrzewka już w pełnym deszczu. Nie przeszkadzało mi to jednak, a noga kręciła się dość luźno. Mimo, że start w Gdyni nie był żadnym z moich ważnych, to byłem dość mocno wypoczęty … śmiem twierdzić, że nawet bardziej niż przed głównymi zawodami. Większość treningów z mocniejszymi akcentami, po to, żeby sam tydzień przed Gdynia mocno luzować – dać treningowi nabrać mocy sprawczej!

Na krótki dystans jakim jest sprint nie ma co tworzyć założeń. Ma być ogień od startu do mety. Tu nawet nie ma po co patrzyć na zegarek – trzeba się jak najszybciej rozpędzić i trzymać piąty bieg do samego końca, odpalając nitro na finishu … z takim nastawieniem wyszedłem z hotelu na start z gdyńskiej plaży. Czasu na rozpływanie nie było, ale może to i dobrze? Wystarczy mi tylko wejść do wody i zalać piankę, a z falami i tak przyjdzie czas jeszcze powalczyć. Ustawiłem się całkowicie z przodu – drugi rząd. Lał descz, a my czekaliśmy tak blisko 10 minut – w piance to nie przeszkadza, i tak jesteśmy mokrzy, ale było czuć jednak chłód. Woda w morzu była cieplejsza, niż warunki na zewnątrz…

IMG_9112

10 … 9 … BOOM … wystrzeliła armata, a my na pełnej petardzie ruszyliśmy biegiem do wody. Huk był tak duży, że wytrącił Kalachowi komórkę z rąk, kiedy kręcił mój start … W Gdyni można całkiem sporo pobiec, a większość ludzi kładzie się stanowczo za wcześnie. Mieliśmy pierwszą boję i już było wiadomo, że to nie będzie łatwe pływanie. Czułem się jak sardynka zamknięta w puszce – każdy walczył o złapanie swojego rytmu, a jednocześnie dobrej pozycji w wodzie razem z czołówką. A może tak naprawdę wszyscy walczyli o przetrwanie?

Fala dawała mocno popalić – ciężko było złapać jakikolwiek rytm. Początkowe 200 metrów płynęliśmy w głąb zatoki i tu za każdą próbą złapania nawigacji, czy płynę na dobrą bojkę dostawałem wodą w twarz. Po kilku ruchach udało mi się zsynchronizować z falą i złapać dobry kierunek, jednak pojawił się drugi problem – dla mnie nawet trudniejszy. Wpłynęliśmy w ławicę meduz … a ja boje się jak coś wodno-żyjącego pływa obok mnie. Taka mała wewnętrzna panika, że mnie poparzą jak w Hiszpanii. Przypomniałem sobie szybko, jak Łukasz mówił, że te nie parzą, więc w jakiś sposób próbowałem o nich zapomnieć kiedy ręka próbując mocno pociągnąć wodę napotykała na jedną wielką galaretę.

ENE243_124_2019

Złapaliśmy boje nawrotową i tu zaczęła się zabawa. Wala z głębi zatoki, więc próba oddychania na lewo… tu niespodzianka, bo jednocześnie była też cofka, więc dostawaliśmy wodą zarówno z lewej jak i prawej strony. Synchronizacja z tym co się dzieje trwa kilkanaście sekund i na nowo próba złapania odpowiedniej kadencji i rytmu. Na szczęście sporo trenowałem na basenie wysokiego łapania powietrza dzięki temu w miarę komfortowo pokonałem ten dystans, a dobrze zaczęło się płynąć jak byliśmy na ostatniej prostej już w porcie. Tam wyprzedziłem kilka osób i już bylem na lądzie zdejmując piankę.

Zegarek zatrzymałem równo na 13 min (GPS pokazał 774 pływania, co dało średnią 1:42/100m). Sam czas dupy nie urywa – moim założeniem było popłynąć coś w okolicy 11-11:30 jednak na panujące warunki to wynik całkiem niezły. Porównałem się do osób, z którymi startowałem rok temu na tej samej trasie, jak i na innych zawodach i straciłem relatywnie najmniej ze wszystkich więc pływanie mogę ocenić na bardzo dobre.

Pływanie 13:16
M35-39 – 6/120 (5%)
overall 53 /765 (7%) 

Ekspresowa strefa zmian i już wybiegaliśmy na rower. Z wody wyszedłem chwilkę za Kubą Krysiakiem, a na rower wsiadaliśmy już jednocześnie. Pierwsze metry na mokrej i śliskiej kostce nie należały do przyjemnych. Nie było co się tu za bardzo rozpędzać, ani próbować zakładać butów. Najważniejsze to wyjść bez kraksy z pierwszego zakrętu gdzie wszyscy patrzą. Cały czas słyszałem Dawaj RunEat od kibiców, dla których wielkie chapeau bas za kibicowanie w takich warunkach!

ENE243_17073_2019

Trasa rowerowa w Gdyni nie należy do najprostszych. Jest dość techniczna. Dwie pętle po 10 kilometrów, sporo zakrętów, które przy padającym deszczu były niczym skórka banana z dziecinnych bajek. Co chwila ktoś leżał – poza kontrolowaniem tego, żeby samemu nie złapać poślizgu, trzeba było uważać, żeby nie wjechać w kogoś, kto właśnie położył się na środku zakrętu…

Oczywiście jak zawsze byłem wyprzedzany, ale tym razem nie przez dziesiątki, a pojedyncze osoby, co motywowało mnie do jeszcze mocniejszego ciśnięcia w korby. Nie zapiałem nawet butów, nie patrzyłem na licznik – po prostu napierałem ile wlezie. Nie przeszkadzał mi nawet deszcz … miałem wielką frajdę z tego, że ścigam się przy trudnych warunkach bo takie dają najwięcej doświadczenia i najbardziej oddają później.

ENE243_12701_2019

Czułem jak bolą mnie czwórki i przez chwile pomyślałem, że jak ja mam później mocno pobiec. Jednak szybko wyłączyłem myślenie o biegu – liczy się tu i teraz – na rozmyślanie o bieganiu przyjdzie pora jak zrzucę worek wybiegając z T2 …Hej … jakie rozmyślanie – to przecież sprint – nie ma co myśleć, tylko napierdzielać do przodu!

ENE243_986_2019

Rower minął błyskawicznie, a ja już zeskakiwałem z Malbeca kilka metrów przed belką … zachowawczo – dość mocno wiało i było bardzo ślisko. Wchodząc już w T2 zakręt, mocny podmuch wiatru podniósł mi rower – prawie wyrwał, a ja dalej biegłem z nim w powietrzu …

Rower 36:58 (20.6 km)
MOC: 215W vs 160W w 2018r (+34%)
M35-39 – 33/120 (28%)
overall 137 /765 (18%) 

Pierwszy raz wybiegłem bez czapki i okularów – w sumie padało i nie były mi one do niczego potrzebne… choć może okulary by się przydały i ukryły choć trochę moje zmęczone oczy :)

Lubię bieg w Gdyni … dzielę go zawsze na etapy … pierwszy kilometr niesiony przez doping kibiców na skwerze Kościuszki .. tam zawsze jest szybko … nie patrzyłem na zegarek – chciałem dać z siebie wszystko … Chciałem pobiec poniżej 20 minut … na treningu, nie wejdę na takie prędkości po mocnym rowerze, dlatego krótkie dystanse świetnie sprawdzają się jako mocny treningowy bodziec.

IMG_8553

Otworzyłem 3:53 i już byłem w moim drugim ulubionym, a także znienawidzonym punkcie. Podbieg na Świętojańskiej – miejsce gdzie zawsze jest ktoś kto doda Ci motywacji … cały czas wyprzedzałem, jednak zwolniłem … nawet za mocno bo kolejny kilometr wypadł w 4:33 … powinien być jakieś 15 sekund szybciej, no ale wiedziałem, że mam jeszcze przed sobą długi zbiegi i 3 km do mety gdzie będzie trzeba powalczyć, żeby to odrobić.

Na zbiegu puściłem luźno nogę i dochodziłem kolejnych zawodników, cały czas wyprzedzając. Jak debil na punkcie odżywczym złapałem wodę i z przyzwyczajenia się nią oblałem … nie to, żeby padał deszcz i byłem cały mokry … odrobina więcej wody jeszcze przecież nikomu krzywdy nie zrobiła …

Dobiegłem do promenady – spoglądając na zegarek usłyszałem, żebym się zbierał a nie gapił w polara … Stał tam Kalach i mocno zagrzewał, żebym wyprzedzał dalej i rozpędzał się. Trzeci i czwarty kilometr 2-3 sekundy poniżej 4 min. Zostało mi 1.5 km i długa prosta do mety, ze sprzyjającym w plecy wiatrem.

IMG_8501

Tu już nic się nie liczyło – cały czas słyszałem Kalacha, który mnie opierdzielał przypominając o luźnych rękach i cały czas rozpędzaniu się. Nie było nikogo przede mną … Z zamkniętymi oczami napierdzielałem do przodu.. 500 metrów przed metą stoi Tomek krzycząc, żebym się uśmiechnął … jeszcze jakieś pomysły Panie Bruski :) ?

Widzę już dywan, zbieram się jeszcze bardziej … Na pełnej petardzie przekraczam linię mety, zbijając jeszcze piątki ze spikerami … FUCK YEAH !!! Złamałem 20 minut … na zegarku 19:50 !!! Wszystko siedzi w głowie!!!

ENE243_17817_2019

Bieganie 19:59 
M35-39 – 11/120 (9%)
overall 55 /765 (7%) 

Meta 1:13:46 
M35-39 – 6/120 (5%)
overall 49 /765 (6%) 

Na mecie okazuje się, że jestem 6ty w swojej kategorii wiekowej … WOW :) Nigdy nie ścigałem się na miejsca, ale to miłe kiedy dałeś z siebie wszystko wiedzieć, że codzienna praca przynosi efekty! Szczególnie, kiedy rok wcześniej byłem bodajże 18 ty….

Konsekwencja … i nie poddawanie się w trudnych chwilach … klucz do sukcesu … Mimo, że to było 1:13 wysiłku to daje w kość … ja już tęsknię za kolejną połówką, a ta już coraz bliżej :) Tymczasem uciekam trochę potrenować i zbudować jeszcze więcej siły na rowerze … Do usłyszenia ze Szklarskiej!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *