Mistrzostwa Świata 70.3 IM RPA – część 2

Published on: 14 września 2018

Filled Under: Triathlon

Views: 2940

Tags: , , , ,

Wracamy na trasę Mistrzostw Świata w połówce w Port Elizabeth. Za mną pływanie takie na trzy z plusem. Przede mną 90 kilometrów roweru i półmaraton na dokładkę. Dzień wcześniej Kasia krzyknęła do mnie, co bym się szykował na walkę … pewnie chciała mnie nastraszyć, jednak patrząc na wyniki dziewczyn to faktycznie szalu w średnich nie było … no pomijając Danielę …. 

Wiedziałem czego się spodziewać po pierwszych kilometrach trasy. Dzień po przylocie, podczas rozjazdu zrobiliśmy blisko 60 km na rowerze (z czego czterdzieści po trasie, zaliczając pierwszy podjazd i najbardziej newralgiczne jej punkty). Patrząc na profil najbardziej obawiałem się pierwszych kilometrów – długi 11 kilometrowy podjazd nie wdawał się za bardzo we znaki, jednak patrząc na wyniki dziewczyn coś tu nie pasowało.

Rower to moja najsłabsza część, ale wiedziałem, że ostatnio czułem się w nim co raz mocniejszy. Założeniem miało być atakować podjazdy w granicy 180-190 W, a na płaskim trzymać w granicach 160-170 W. Śmieszne wartości dla większości, ale to moje cyferki i z nimi musiałem się zmierzyć.

Od początku roweru padało – czasami nawet lało, ale o dziwo ten deszcz w ogóle mi nie przeszkadzał. Tu przypomniała mi się setka, którą jechałem w Zakopcu podczas deszczu, a na moje kilkukrotne pytania, czy na pewno mam iść, Kalach z uśmiechem na twarzy odpowiadał – TAK – co zrobisz jak będzie padać na zawodach? Nie wystartujesz?

Nie bałem się deszczu – jechałem tak jak by nie padało – nawet nie specjalnie zwalniałem na zakrętach – co ma być to będzie pomyślałem. Pierwszych jedenaście kilometrów ciągnęło się lekko pod górkę, ale nadal tego nie czułem – trzymałem nawet większe waty niż założenia, bo w okolicy 200. Założenia to jedno, ale stwierdziłem, że nie mam nic do stracenia – najwyżej mnie w pewnym momencie sieknie – będę dłużej celebrował trasę :) Jedyne co mi po głowie chodziło to to, żeby nie złapać gumy. Wtedy to był by klops … A no i jeszcze cały czas mi się sikać chciało….

264_m-100838990-DIGITAL_HIGHRES-2249_022993-20327115

Kiedy znalazłem się na “górze” poczułem ulgę – dobra RunEat – najgorsze przed Tobą, jesteś już na najwyższym puncie trasy. Teraz kilka długich prostych, z lekkimi rolling hills jak to mawia Magda, a później tylko nawrotka i już będzie powrót. Nadal trzymałem się zasady dzielenia trasy na odcinki. Nie myślałem o 90 kilometrach. Moje punkty to maty czasowe, które dzień wcześniej pokazywały nam jak idzie dziewczynom. Czekałem na 38 km  – tam była nawrotka i wiedziałem, że jak już będę wracać “do domu” to będzie mi łatwiej…. Ah jaki byłem w tym naiwny.

Kiedy na 28 kilometrze skręciliśmy ostro w lewo czekał na nas mocny zjazd do wybrzeża. Przepiękny widok. Wyobrażałem sobie, co musiały widzieć dziewczyny, gdy byla ładna pogoda. Jednocześnie dotarło do mnie, że czeka mnie tu powrót. Dobra – jeszcze tylko 10 kilometrów i nawrotka. Tu się zaczęła dopiero jazda. Pierwszy podjazd blisko 2 kilometrów, drugi trzy kilometrowy. Aga Jerzyk mówiła, że miejscami trzeba było wstawać w bloki i nie kłamała. Cisnąłem na ile byłem w stanie i cały czas mogłem trzymać założenia. Góra dół, góra dół. Kiedy wtoczyłem się już pod górę przy 38 kilometrze, poczułem ulgę – nic już mnie więcej nie zaskoczy… czyżby?

AAAA … nie mówiłem, że cały czas próbowałem się wysikać jadąc na rowerze. Tu cieszyłem się, że pada, bo przynajmniej nikt nie pozna … Nie udało się, ani teraz, ani do końca trasy.

Na nawrotce wylali świeży asfalt – specjalnie dla nas. Niezła musiała być tam wcześniej rzeźnia. A propos asfaltu, to już nigdy w Polsce nie będę narzekać na jakość dróg. Trasa w RPA to mniej więcej 75 kilometrów niezłej trzęsiawki. Co chwila ktoś łapał gumę, a ja tylko odpychałem od siebie tę myśl.

271_m-100838990-DIGITAL_HIGHRES-2249_029585-20327122

Po nawrotce długi zjazd i podjazd. Miałem średnią około 30km/h – 3 kilometry zjazdu praktycznie z zamkniętymi oczami leżąc z przodu i podniesioną dupą, a na liczniku średnia spada … co jest do cholery ???? Okazało się, że licznik stracił GPSa. Walić to – prędkość mi do niczego nie potrzebna, ważne że waty działają, a te cały czas pokazywały zadowalający wynik. Nawet jak to piszę to zastanawiam się co we mnie wstąpiło, że odważyłem się jechać tak szybko z górki w deszczu. Patrząc teraz na zegarek, który cały czas rejestrował równolegle jazdę zjeżdżałem po 60-70 km/h.

Czekałem na ten moment, żeby powrócić do długiej prostej, na której byliśmy zanim zjechaliśmy do wybrzeża. Tam już miało być luźno – tak mówiły dziewczyny … mówiły … U nas warunki były całkowicie w drugą stronę – o ile im wiało w twarz na początku a później w plecy, u nas klęska urodzaju – powrót z wmordewindem. A na dodatek było lekko pod górkę. Cały czas patrzyłem na waty. Wiedziałem, że jadę za mocno, ale kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana …

Na 75 kilometrze poczułem pełną ulgę – wiało w twarz i zamiast budować prędkość i zyskiwać na czasie to było stabilnie, ale wiedziałem już, że jestem w miarę niedaleko do strefy zmian. Gdybym teraz złapał kapcia najwyżej będzie mnie czekać dłuższy bieg … cieszyłem się wewnętrznie, że tylko kataklizm mógłbym mnie powstrzymać od przekroczenia lini mety, tych najbardziej wyjątkowych zawodów w moim życiu. Nie powiem, że najważniejszych, bo tych jeszcze sporo przede mną – te były wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju, bo nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek będzie mi dane mijać się na rowerze z takimi zawodnikami jak Frodeno, Brownlee czy Gomez.

Zbliżałem się już do strefy. Ostatnie 2 kilometry biegły równolegle do trasy biegowej. W ostatniej chwili wyjąłem nogi z butów i zeskoczyłem z Borata. 2 godziny 56 minut – tyle zajęło mi pokonanie 90 kilometrów. O dwadzieścia minut dłużej jak w Astanie. Tam trasa płaska jak stół, tu ponad 800m przewyższenia (racebook zapowiadał 620). Trasę pokonałem ze znormalizowaną mocą 184W, przy założeniach 160 W. To był mój najmocniejszy rower EVER !!! Całkowicie zapomniałem o tym, że wolontariusze odbiorą od nas rowery. Kiedy jedna z Pań zaczęła mi wyrywać rower ten przechylił się lekko na bok i wypiął się z but. Przemiła wolontariuszka krzyknęła DON’T WORRY – pobiegłem prosto po mój worek. Chwyciłem i szybko założyłem buty. Spojrzałem na toj toje i wybiegłem na trasę biegową.

349_m-100838990-DIGITAL_HIGHRES-2249_125155-20327200

Wybieg był dość długi – musieliśmy obiec całą strefę, a ta nie była mała – blisko 3000 rowerów. Już na pierwszym kilometrze poczułem, że przedobrzyłem rower. Czwórki były bliskie skurczy, wiedziałem, że jestem w stanie to rozbiegać. Początek zachowawczo w okolicy 4:30 żeby rozruszać nogi. Dalej miałem próbować lekko przyśpieszyć. W okolicy trzeciego kilometra pierwsza Agrykola do pokonania. Żwawo biegnę do góry i luźno w dół wydłużając krok. Tu widzę, że przede mną biegnie koleś równym tempem. Siadam mu na plecy. Dosłownie jestem przyklejony kilka centymetrów za nim. Biegnie mi się nieźle – spoglądam na zegarek i widzę, że biegniemy po 4:15. To za szybko, ale postanawiam nie zwalniać. Trzymam się pleców ile się da.

40528716_545847335828511_1514426084412620800_n

Mijam kibicujące dziewczyny, które krzyczą, że tak się schowałem, że prawie by mnie nie zauważyły. W okolicy 7-8 kilometra kolejny podbieg. Tym razem mniej strony, ale dużo dłuższy. Tu ja wychodzę na prowadzenie. Ziomek siedzi mi na plecach, ale powoli odpada. Sam biegnę dalej pokonując blisko 5 kilometrów pod wiatr. Powoli zaczynam czuć, że za mocny rower i zbyt odważny od początku bieg zaczynają zbierać swoje żniwa. W międzyczasie gubię jeden żel – ten który miał mi dać teraz na koniec kopa.

Czuję, że na podbiegu zwalniam – w okolicy 15 kilometra zaczyna doskwierać mi ból pachwiny i tyłka po prawej stronie – podobnie do tego co było podczas maratonu w Maladze. Zaniedbywanie rozciągania się kłania. Automatycznie skraca mi się krok. Biegnę już w granicy 5 min/km i nie jestem w stanie przyśpieszyć – nie czuję wielkiego zmęczenia, anie oddechowo problemów – zwyczajnie nie jestem w stanie wydłużyć kroku – mam wrażenie, że truchtam w miejscu. Pozostałą trasę dzielę na dwa trzy kilometrowe odcinki – byle wbiec na górę, a później już “tylko” 3 kilometry do mety.

353_m-100838990-DIGITAL_HIGHRES-2249_153543-20327204

Ostatni podbieg prowadzę wewnętrzną dyskusję z samym sobą – RunEat drepcz powoli, z nogi na nogę, tylko nie przechodź do marszu. Kiedy jestem na górze próbuję jeszcze raz przyśpieszyć wykorzystując czekający teraz zbieg. Odzyskuje kilkanaście sekund na kilometr, ale nadal nie przypomina to biegu jakim chciał bym biec. Nie ma kroku, nie ma biegu. Ostatnie dwa kilometry to już prosta w kierunku mety. Mety moich Mistrzostw Świata. Mijam tabliczkę z dwudziestym kilometrem. Nadal nie ma z czego przyśpieszyć. Po prawej stronie mijam metę a tu dalej trzeba biec do przodu. Przy wybiegu ze strefy pytam gdzie na metę. Krzyczą do mnie, że jeszcze 100 merów i będzie skręt w prawo. Tu już włączam przyśpieszenie. Okazuje się, że jest jeszcze trochę energii na ostatnie 600 metrów. Mijam Kasię i Bartka. Przebiegam pod bramą i już jestem na czerwonym dywanie. Nie robię finishu. Biegnę od bandy do bandy przybijając piątki. Słyszę Agnieszkę Jerzyk. Szczęśliwy przekraczam metę po 5 godzinach 19 minutach i 3 sekundach (bieg 1:40).

356_m-100838990-DIGITAL_HIGHRES-2249_159258-20327207

Mimo, że było ciężko, to już myślę kiedy kolejny start. Utwierdzam się w tym, że to jest to co kocham robić, a długi dystans mi się co raz bardziej podoba. Ten start to dla mnie największa nagroda za pracę jaką zrobiłem w tym roku. Nie bałem się zaryzykować – wiadomo to dało się odczuć później, ale zobaczyłem na ile mogę sobie pozwolić. Wiem też nad czym muszę się skupić w przygotowaniach do przyszłego sezonu … siła, siła i jeszcze raz siła! RunEat zostanie koksem na siłce !!!

Zaraz za metą każdego z zawodników przejmuje jego indywidualny wolontariusz. Dostajemy medal, ręcznik, koszulkę i czapeczkę finishera. To niesamowita pamiątka na całe życie!

Po samym starcie w strefie mety czekam jeszcze na Bartasa. Robimy wspólne fotki – ne jedzenie nie chce nam się czekać w kolejce. Co raz bardziej zaczyna padać – teraz to leje już konkret, a my do domu mamy 6 kilometrów jazdy pod górkę. W pewnym momencie schodzimy z rowerów i wprowadzamy już je pod górę.

Jestem szczęściarzem, że mogłem uczestniczyć w tych zawodach. Jeżeli jeszcze kiedykolwiek będzie mi dane zakwalifikować się to na pewno jeszcze raz przyjmę to zaproszenie. To niesamowita przeżycie, a jednocześnie możliwość odwiedzenia całkowicie nowego miejsca na ziemi. W przyszłym roku Nicea, a za dwa lata Australia lub Nowa Zelandia. Teraz czas odpocząć i powoli brać się do roboty bo z kangurami to bym się chętnie zobaczył :)

One Response to Mistrzostwa Świata 70.3 IM RPA – część 2

  1. pats pisze:

    No pięknie! Dobrze się czytało :) a jak mawia mój fizjo siła to podstawa, bez niej technika wiele nie pomoże :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *