Mistrzostwa USA – cisza przed burzą…

Published on: 17 sierpnia 2018

Filled Under: Podróże, Triathlon

Views: 3904

Tags: , , , ,

Mistrzostwa Stanów Zjednoczonych w triathlonie na dystansie olimpijskim to nie jest impreza na którą może zapisać się każdy. 10% najlepszych zawodników w swoich kategoriach wiekowych z wybranych imprez dostaje zaproszenie. Rok temu startowałem w Nowym Jorku – miał to być tzw. start „for fun” – nie miałem żadnej spiny, jechałem na pożyczonym rowerze, a wyszedł z tego całkiem porządny wynik, pomijając nawet fakt świetnego pływania, gdzie całe 1500 m pokonywaliśmy z prądem rzeki Hudson. Kiedy kilka miesięcy temu przyszedł mail z zaproszeniem na udział w USA Nationals byłem mocno zaskoczony, początkowo nie wiedziałem co robić, ale tu jak mnie znacie odpowiedź była prosta … JEDZIEMY !

Planując starty na ten rok, najważniejszym był Kazachstan – tu debiutowałem na 70.3 IM i z tym dystansem zamierzam na dłużej się zaprzyjaźnić. Podróż do Cleveland, miała być takim drugim ważnym startem, po którym zostanę trochę dłużej w USA i zrobię sobie podobnie do zeszłego roku road trip. Będąc w Astanie rozglądałem się już za połączeniami lotniczymi, wynajmem samochodu …

I w tem wszystko wywróciło się do góry nogami. Kwalifikacja na Mistrzostwa Świata 70.3 w RPA – to coś czego się zupełnie nie spodziewałem. Mimo, że znam dobrze swoje miejsce w szeregu od razu zdecydowałem się skorzystać z tej okazji – kto wie, czy kiedyś jeszcze będę miał taką możliwość? Pasjonuje mnie podróżowanie i jednocześnie startowanie na różnych końcach świata. To daje mi banana na twarzy, a to czy będę tysięczny na liście startowej nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Na starcie daje z siebie 100%, ale to możliwość przeżywania tych pozytywnych emocji, choć i nie raz cierpienia na trasie jest dla mnie najważniejsze.

IMG_5728

Tym sposobem wyjazd do Stanów stał się drogą w przygotowaniach do drugiej połówki w RPA, na które tak naprawdę nie było za dużo czasu. Zacząłem się zastanawiać jak szybko i sprawnie dostać się na miejsce zawodów. Road Trip został odłożony w przyszłość, a ja skupiłem się nad tym jak zorganizować podróż, żeby wystartować, nie stracić za dużo w treningu, a jednocześnie mieć w tym coś dla siebie – wszak kocham Amerykę – to jak mój drugi dom! 

IMG_4870

Szukając dogodnego połączenia brałem pod uwagę lot do Nowego Jorku, Chicago, a nawet Toronto, a następnie dolot do Cleveland. To oznaczało dodatkową przesiadkę i jeszcze bardziej wydłużało podróż, a tu chciałem skrócić ja do absolutnego minimum (cały czas mam w głowie lot do RPA za dwa tygodnie, który potrwa blisko 24 godziny). Wtedy na mojej mapie pojawiła się Lufthansa i jej rejs do Detroit – miasta, oddalonego o 2 godziny jazdy od Cleveland. Znana mi Ameryka i nieznane jeszcze miasta Cleveland i Detroit – to brzmiało jak super plan w którym połączyliśmy swoje siły.

Udało mi się znaleźć bardzo dobre połączenie – Warszawa – Frankfurt – Detroit. Początkowo obawiałem się dość krótkiej przesiadki na sporym lotnisku, ale posiadając łączony bilet jednych linii lotniczych mamy gwarancję, że docelowy lot będzie na nas czekać. To dość ważna sprawa, szczególnie jak podróżujemy na dalekich rejsach. Kupując bilet od różnych przewoźników, mamy ryzyko, utraty dalszej podróży jeżeli któryś z odcinków się opóźni. Będąc na jednym bilecie, linie zapewnią nam dalszą podróż.

IMG_6415

Podróż zaczynałem o 7 rano, z przylotem do Detroit o 12. Mimo, że czas upływał ja tak naprawdę cofałem się w czasie pokonując kolejne strefy czasowe. Praktycznie cały rejs spędziłem na komputerze pracując. To jest niesamowite jak rozwija się technologia! Jesteś 10000 metrów nad ziemią, gdzieś nad oceanem, a bez problemu możesz połączyć się z internetem Fly Net, zadzwonić do kogoś przez face time i pokazywać mu chmury za oknem! Dzięki temu mogłem przeprowadzić z Wami live na insta, a następnego dnia nie miałem też zaległości na mailach! Super sprawa, choć gdzieś w tyle głowy pojawiła się myśl, że kiedyś będąc w powietrzu można było się odciąć od całego zewnętrznego świata, ale nikt nam przecież nie każe surfować … niewątpliwie ułatwienie, a decyzja czy korzystać zawsze należy do nas samych.

IMG_4927

Tak naprawdę to przerwę zrobiłem sobie tylko na jedzenie, gdzie skorzystałem z możliwości wybrania dania z menu A la Carte, jeszcze z domu. Mega! Jeszcze w domu wchodzisz na stronę Lufthansy i wybierasz na co masz danego dnia ochotę … Wybór azjatyckiego menu był strzałem w dziesiątke – poczułem się praktycznie jak na Khaosan road w Bangkoku. Do tego kieliszek czerwonego ulubionego Malbeca – byłem gotowy na kolejną przygodę życia.

!!! Jeżeli planujecie gdzieś w najbliższym czasie podróż, mam dla Was bon na 100 PLN zniżki.  !!!

Do Cleveland poleciałem celowo na kilka dni przed zawodami. Nie tylko ze względu na zmianę czasową, ale i wyzwanie jakie czekało mnie do końca tygodnia. Planując podróż do innej strefy czasowej, dobrze jest przylecieć na tyle dni wcześniej ile godzin zmienia się czas, choć na tyle niestety nie miałem czasu. Potrzebowałem 3 dni … a to wszystko dlatego, że brałem udział w szkoleniu dla trenerów triathlonu organizowanym przez Amerykański Związek Triathlonu.

IMG_5072

Jedną z ważniejszych rzeczy w życiu jakie cenie sobie w życiu to własny rozwój – nieustanny rozwój. Stale staram się poszerzać swoją wiedzę w interesujących mnie obszarach, a taką niewątpliwie jest tri. Szkolenie robiłem dla siebie – przez tych kilka dni dostałem potężną dawkę informacji – poczułem się ponownie jak na studiach – zapisałem pełen zeszyt, zrozumiałem o co chodzi w końcu w dobrym pociągnięciu pod wodą. Wierzę, że ta wiedza pomoże mi w triathlonowym rozwoju, a jednocześnie pomoże i Wam! Przede mną jeszcze sporo nauki, ale to lubię!

Powoli kończyło się szkolenie, a nazajutrz czekał mnie już start. Hotel zapełniał się zawodnikami z całych Stanów. Wszyscy dumnie chodzili w koszulkach finishera z zawodów całego świata. Wprowadzali swoje kosmiczne rowery. Każdy miał na głowię czapeczkę, daszek. Przy śniadaniu rozmawiali o swoich doświadczeniach, snuli plany na przyszłość. Cieszyli się na nadchodzący start – dla nich to niesamowite wydarzenie – wszak nie jest łatwo dostać się na zawody tej rangi. Część przyjechała się ścigać, innym wystarczało samo wyróżnienie znaleźć się w tym miejscu. Triathlon w USA ma już swoje lato i widać, że jest dużo bardziej rozwinięty, jak u nas – mam nadzieje, że i my znajdziemy się w tym miejscu za kilka lat. Start w nationals bo tak mówią o imprezie to coś na co czekają cały rok. Na zawody przyjeżdżają z całymi rodzinami. Widok ilości bagaży jakie mieli ze sobą pozwolił mi uwierzyć, że jednak nie zawsze zabieram ze sobą pół domu. Oni mam wrażenie przywozili dorobek życia!

IMG_5404

Cały hotel żył już imprezą, jednak prawdziwe boom nastąpiło kiedy pojechałem odebrać pakiet startowy. Kiedy zobaczyłem strefę zmian przystałem na chwilę. WOW! Toć to prawie miasteczko … jutro w tym miejscu znajdzie się 5000 rowerów – to niewątpliwie będzie robiło wrażenie …

Odebrałem rower – tym razem zdecydowałem się Boratowi dać wolne i z uwagi na logistykę i koszty postanowiłem wypożyczyć rower. Organizator oferował taką możliwość i jest to powszechna rzecz w stanach. Rezerwując rower wysłałem dokładne wymiary mojego fitu i kiedy odbierałem Kinię (tak go nazwałem) był praktycznie idealnie przygotowany (tak mi się przynajmniej na ten moment wydawało). Pytaliście o koszty – wypożyczenie roweru to ok. 400 USD. Podobny koszt wyniósł by dodatkowego bagażu w samolocie, kiedy doliczymy jeszcze dalszy transport etc, to w przypadku nie najważniejszego startu bardziej opłacało się wypożyczyć coś, niż lecieć ze swoim.

IMG_5264

Start zaplanowany był falami – podzieleni byliśmy na kategorie wiekowe. Pierwsza startowała o 7 rano, moja o 8:44. Strefę zmian musieliśmy opuścić do 6:55, więc nie pozostało nic jak zjeść śniadanie na plaży i czekać na swoją porę. Woda wydawała się nade łaskawa w porównaniu do tego co widziałem na dzień przed startem. Jezioro Erie należy do Wielkich jezior – długie na blisko 400 km i szerokie na 100 km niczym nie przypomina naszych jezior z polskich zawodów. To prawie jak morze, czy ocean … Z czasem kiedy wchodziły kolejne kategorie wiekowe fale zaczynały być co raz większe. Rozgrzałem się biegając w tą i z powrotem na odcinku 100 metrów cały czas patrząc czy nikt nie pomyśli, że moja torba do depozytu pozostawiona samotnie pod drzewem to jakaś bomba.

IMG_5259

Nadeszła moja godzina. Kiedy wpuszczano naszą kategorię wiekową do strefy startowej, poprzednia właśnie startowała. Mieliśmy około 8 minut na rozgrzewkę. Woda była ciepła – jeszcze dzień wcześniej na odprawie pianki były zakazane. W nocy jednak temp spadała o 1 stopień, choć i tak nadal ciepła – ok 25 stopni. Fale były co raz większe – kiedy dryfowaliśmy na linii startu co chwila nas podtapiały. Zawodnicy wymieniali się amerykańskim GOOD LUCK. Speaker w tym czasie powiedział, że to najgorsze warunki w dniu dzisiejszym, a po chwili dodał … Triathloniści … oddaję Was w ręce startera. Motywująca muzyka ucichła, a przez kolejne dziesięć sekund słychać było z głośników odgłos bijającego serca…

BOOM … BOOM … BOOM …

Odgłos syreny startera i ruszyliśmy … pod fale w głąb jeziora …

CIĄG DALSZY NASTĄPI

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *