fbpx

Podróżować to żyć – restrospekcja, czyli jak żyjemy bez podróży?

Published on: 4 grudnia 2020

Filled Under: Bez kategorii, Podróże

Views: 820

„Podróżować to żyć” powiedział kiedyś Hans Christian Andersen i bynajmniej nie była to baśń. Podróżować i Żyć – dwa słowa, które całkowicie odzwierciedlają mój stan umysłu. Kocham podróżować! Gdybym mógł, to byłbym w niekończącej się podróży … wszak turysta nie wie gdzie był, a podróżnik nie wie gdzie zmierza.

Podróżować to żyć? Tak rozpocząłem jeden z postów, który pojawił się na RunEat cztery lata temu (KLIK KLIK). Czytając go, czuje pewien ścisk w żołądku, a moje oczy stają się lekko szkliste. Podróżowanie od zawsze było moim stylem życia. Rzadko bywałem w domu. Tak naprawdę moim domem był świat – kocham zarówno poznawać nowe miejsca, jak i wracać do tych w których dobrze się czuje. Do tych miejsc, gdzie wiem, gdzie znaleźć najlepszą ciepłą bagietkę kończąc trening, tam gdzie wchodząc mój telefon loguje się automatycznie do znanego już WIFI, czy w końcu tam gdzie wychodząc na bieganie o wschodzie słońca, wiem dokładnie przy którym drzewie zegarek pyknie, że właśnie pokonałem kolejny kilometr.

2020 to dziwny rok. mógłbym napisać, że wywrócił moje plany o 180 stopni, choć tak naprawdę to wiele z tego co planowałem udało się zrealizować. Jeszcze na początku lutego wrzucałem zdjęcie z samolotu do Portugalii z informacją, że w ciągu najbliższych kilku miesięcy w domu będę raptem 7 dni. Portugalia, Nowa Zelandia, Hiszpania, Włochy … takie były plany, jednak kiedy po połówce w przepięknym Taupo próbowałem kombinując między różnymi liniami dostać się do Polski nie spodziewałem się, że zostanę uziemiony na swoim kwadracie podobnie jak samoloty na całym świcie.

O ile naturalnym dla mnie było życie na walizkach, to teraz mój świat przeniósł się do Warszawy i sporadycznych wyjazdów po pierwszym lockdownie na nielicznie organizowane zawody. Dopiero kilka dni temu .. po ośmiu miesiącach znów wsiadłem w samolot. Znów poczułem tą ekscytację wzbijając się ponad chmury. Spędziłem kilka dni w Szczecinie i Kołobrzegu. Zmieniałem apartamenty, poznawałem ludzi, mało spałem, biegałem i znów poczułem, że żyje. Tak bardzo mi tego brakowało.

Przez cały ten czas pierwszego lockdownu biłem się z myślami, czy zaryzykować i gdzieś polecieć. Strata pracy i po części niepewność co będzie dalej mówiła mi racjonalnie, że nie powinienem się pakować teraz w dalsze podróże. Kompletnie dałem ciała, kiedy już po dogadaniu warunków w nowej pracy nie kupiłem biletu na kilka dni do Porto. Teraz tego bardzo żałuję, ale było minęło … Cieszyłem się jak dziecko, kiedy biegając po Karkonoszach jedną nogą byłem w Czechach … w końcu znów udało się przekroczyć granicę.

Mimo, że w tym roku większość czasu spędziłem w domu to miało to też swoje zalety. Udało mi się w końcu zrobić solidne porządki. Może nie podróżowałem jak do tej pory, jednak pierwsze trzy miesiące w roku byłem praktycznie cały czas w podróży – Zaliczyłem dwa tygodnie na ukochanej Gran Canarii, i po trzy tygodnie w Monte Gordo i Taupo – wszystko przeplatane dwudniowym przepakiem w domu.

Cztery lata temu w artykule wypowiedziały się też moi bliscy znajomi (klik klik), którzy bez podróży nie wyobrażali sobie wtedy życie. Cztery osoby – specjaliści od wynajdywania tanich lotów na city break. Wszystko po to, żeby w piątek po pracy wsiąść w samolot co by chociaż na chwilę oderwać się od korpo rzeczywistości, a w niedzielę wrócić odprężeni psychicznie mimo zmęczenia fizycznego. Zgadaliśmy się, żeby wrócić do tego o czym wtedy myśleliśmy i o tym jak pandemia zmieniła nasze podejście do podróżowania. Zobaczcie, co tym razem o podróżowaniu powie Marta, Karolina i Jacek.

Marta

Rok 2020 miał być dla mnie wyjątkowy. Inny niż wszystkie. Przełomowy. Planowałam to od 2017 roku. Przygotowywałam się równie długo. W końcu ponad 2-letnia podróż dookoła świata z plecakiem to wyzwanie zgoła inne niż tradycyjny wyjazd urlopowy, nawet jeśli daleki. I wszystko szło zgodnie z planem…aż do połowy marca 2020. BOOOOM! Covid tu, covid tam, wszędzie covid, wszystko się zamyka, media nie mówią o niczym innym. Mimo krążących plotek, że za chwilę odetną Warszawę od reszty Polski, udaje mi się spakować manatki i wyjechać na prowincję w rodzinne jurajskie strony, by tam doczekać 17.kwietnia, na kiedy to mam zaplanowany pierwszy lot do Madrytu. Następnie 22.kwietnia w planach drugi lot – z Madrytu na Wyspy Kanaryjskie. Na początek długiej podróży planuję trochę relaksu, a co! I mimo coraz większej paniki wkoło, ja nadal wierzę, że się uda. Przecież nie może być aż tak źle! Złudzenia jednak nie trwają długo. Gdy przychodzą maile od linii lotniczych, że oba kwietniowe loty zostały odwołane, zaczyna do mnie dochodzić, że tegoroczna wiosna będzie zgoła inna niż sobie wyobrażałam. Ale nadal myślę, że to tylko wiosna – do lata to się przecież musi uspokoić. Mój wewnętrzny optymizm nie opuszcza mnie cały czas. Jednocześnie odczuwam ulgę, że nie kupiłam wcześniej żadnych innych biletów lotniczych na kolejne, dalsze etapy podróży, bo już słyszę i czytam w mediach, że problem z odzyskaniem pieniędzy od linii lotniczych może być spory. Okazuje się, że moja strategia na tę podróż – „planować długoterminowo, realizować krótkoterminowo” – wychodzi na dobre zarówno mi, jak i mojemu portfelowi. Uffff…szczęście, w nieszczęściu. Mijają tygodnie, i ciągle w sumie nie wiadomo na pewno co się dzieje i jak to wszystko będzie wyglądać dalej… Restrykcje, obostrzenia, ograniczenia, „lockdown”… Zamrażanie, odrażanie, zaostrzanie, luzowanie… Jak na karuzeli! 

A ja ciągle siedzę na walizkach, czy raczej na plecaku i czekam na jakieś konkretne, dobre wieści…

Znikąd jednak nadziei. W drugiej połowie maja postanawiam się ruszyć, bo już mnie nosi. Przecież to do mnie nie podobne, żeby przez 2 miesiące siedzieć w jednym miejscu, a jedyne podróże odbywać rowerem po najbliższych okolicach. Przepakowuję plecak i ruszam do przyjaciół nad nasz stary dobry Bałtyk. A ten okazuje się cieszyć niebywale w tych pokrętnych czasach. Szum fal i piasek pod stopami mają magiczną moc uspokajania. Nawet jeśli trzeba mieć na sobie przeciwwiatrową kurtkę z kapturem ;) Mijają kolejne tygodnie, nastaje lipiec i loty między Polską a Hiszpanią zostają przywrócone. HURRA! Czyli może jednak ten rok nie jest jeszcze taki do końca stracony? Nowy bilet z Warszawy do Madrytu kupiony na 20.lipca… tym razem musi się udać!

W międzyczasie linia lotnicza przysyła trochę maili z informacjami o zmianie lotu. A to nowa godzina, a to nowy dzień – jednak nie 20.lipiec a 19.lipiec. Na szczęście nikt nic nie odwołuje! Ekscytacja rośnie. Przepakowanie idzie sprawnie. Teraz największe wyzwanie to znalezienie dobrego ubezpieczenia zdrowotnego i podróżnego, bo czasy covida, które zapanowały bardzo ten temat skomplikowały. Wykupienie ubezpieczenia długoterminowego na cały świat, w obecnej chwili z moich kalkulacji nie wchodzi w grę. Za duże ryzyko. Trzeba podejść do tematu inaczej, żeby mieć pewne zabezpieczenie i nie wtopić kasy. No nic, kupuję ubezpieczenie na najbliższe kilka miesięcy, na razie tylko na Hiszpanię. Postanawiam tam spędzić najbliższy czas, obserwując co dzieje się dalej w świecie – zarówno w Ameryce Południowej, jak i w Azji południowo-wschodniej. Pytanie, czy na jesieni uda się ruszyć gdzieś dalej ciągle mam z tyłu głowy. Letnie miesiące w Hiszpanii spędzam na łączeniu aktywnego zwiedzania opustoszałych miast i ich atrakcji turystycznych z plażowaniem i relaksem w nadmorskich miejscowościach, które w tym roku zapewniają bardzo kameralną atmosferę. Tętniące zazwyczaj od wczesnego ranka do późnej nocy życie na ulicach, w tym sezonie jakieś takie przytłumione. Ludzie wkoło przechadzają się w maseczkach na twarzach. Robią zakupy w maseczkach. Korzystają z transportu publicznego w maseczkach. Przy 30-40 stopniowych upałach bywa to męczące, jednak Hiszpanie bez względu na wiek czy to w Madrycie, w Kadyksie, w Salamance, w Oviedo, czy gdziekolwiek indziej, noszą je bez dyskusji. Łapię się na tym, że odczuwam jakiś dziwny smutek przez brak widoku uśmiechów ludzi, którzy przechadzają się wkoło. Tylko będąc na plaży, czy siedząc przy stoliku w knajpkach maseczki można zdjąć. Trzeba zatem jak najwięcej czasu spędzać w tych miejscach :D W połowie września pogoda na Półwyspie Iberyjskim robi się już troszkę kapryśna, więc korzystając z faktu, że loty na Wyspy Kanaryjskie z Madrytu odbywają się bez problemów, kupuję bilet i lecę. Na miejscu pięknie, słonecznie, wkoło palmy i kaktusy wszędzie. Trochę wieje, ale to tu normalne. Przyrodniczo sielanka. Za to puste plaże i leżaki przy hotelowych basenach, pozamykane parki rozrywki i inne lokalne atrakcje turystyczne to widok daleki od normalności. Mam mieszane odczucia… Cisza, spokój i brak tłumów wkoło w pięknych miejscach to coś, co bardzo lubię, jednak w tegorocznym obrazie takich miejsc czuć coś niepokojącego i nienaturalnego. Zaczął się październik. Co dzień beztrosko chodzę sobie na plażę, wpatruję i wsłuchuję się w fale Oceanu Atlantyckiego, wyobrażając sobie co jest po jego drugiej stronie. Na kontynencie europejskim za to na dobre rozkręca się „druga fala” covida, coraz więcej słyszę i czytam o szykujących się nowych obostrzeniach i, złowieszczo unoszącym się nad nami, kolejnym „lockdownie”. W innych rejonach  świata sytuacja nie wygląda lepiej. No cóż, nadszedł moment pogodzenia się z faktem, że nie spędzę końca tego roku w odległych egzotycznych krajach. Ale może uda się za rok? 

Tymczasem koniec roku spędzam w Polsce. Zaktualizowany plan na tegoroczną noc sylwestrową już mam. Jak to się mówi – „jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma” ;) Zamiast żegnać ten rok w gorących tropikach, na plaży pod palmą, będę go żegnać chłodno, na chłodnej bałtyckiej plaży. A życzenie na nowy 2021 rok, chyba każdy się domyśla jakie będę miała… 

Karolina

Podróżować to żyć… 4 lata temu to zdecydowanie było moje motto.

Byłam mistrzynią tetrisa układanego z dni wolnych, przedłużanych weekendów i tanich biletów lotniczych. Początek pandemii przyjęłam na spokojnie, cały czas, jak mantrę powtarzałam, że tylko spokój nas uratuje. Jeszcze w marcu, optymistycznie, kupiłam bilety do mojej kochanej Barcelony, na sierpień. Przecież w sierpniu na pewno (!) będzie już można spokojnie się przemieszczać. Czytając różnego typu materiały na temat możliwości podróżowania, a także sytuacji pandemicznej, musiałam zadać sobie pytanie: OK. I jak ta pandemiczna podróż będzie wyglądać? 

Nie można porozmawiać z ludźmi, siąść w kawiarni czy restauracji, nie wiadomo, jak ze zwiedzaniem. Więc poważnie zaczęłam zadawać sobie pytanie: co dalej? Podróżowanie było moim wentylem bezpieczeństwa, możliwością poukładania spraw w głowie i okazją do „zachwytu” ludźmi, jedzeniem, otoczeniem. Pandemiczne podróże na pewno byłyby pozbawione tego, na czym najbardziej mi zależało. Okazało się, że podróże dawały mi usystematyzowanie, a rok był odmierzany wyjazdami. Wiadomo było, że początek roku to wyjazd z Run Eatem, potem kwiecień wyjazd na urodziny, potem kolejne, a długi urlop zawsze w listopadzie. Nagle okazało się, że nie ma planu, nie ma nawet perspektywy wyjazdowej. Trochę zaczęło mnie to frustrować. Chciałam odzyskać poczucie panowania nad swoją energią i jakoś rozsądnie zagospodarować „czas”, który covid przypadkowo nam wszystkim ofiarował. Zaczęłam studia, wróciłam do nauki drugiego języka, a w związku z tym, że najbliższy czas to będą raczej podróże samochodowe, przeprosiłam się z autem. Czas pandemii pozwolił mi odwiedzić i przypomnieć sobie, jak bardzo kocham nasze polskie góry, jak uwielbiam spanie w schroniskach, jak lubię oglądać górski wschód i zachód słońca i włóczyć się po szlakach. Oczywiście, tęsknię za innymi kulturami, kontaktami z innymi ludźmi, przypadkowymi rozmowami, za lokalnym jedzeniem, uśmiechem Hiszpanów i oryginalną Sangrią. Za tym poczuciem zaskoczenia wymieszanego z zachwytem. Wiem, że świat na nas wszystkich poczeka.

A podróże po przerwie oddadzą nam radość ze zwykłych rzeczy i będzie tak samo, jak za pierwszym razem, „gdy jakieś „naście” lat temu, w lutym przy -14 stopniach wsiadłam do samolotu. Dwie godziny później poczułam zapach słońca i tak cudownie ciepłe powietrze. Rzym +14 stopni. Usiadłam w kawiarni, napiłam się kawy i …rozpłakałam się, ze szczęścia”.

Nie wiem, jak będzie wyglądała nowa rzeczywistość podróżnicza, ale wiem, że będę próbowała się z nią zaprzyjaźnić. 

Jacek

Moja sytuacja jest nieco odmienna od pozostałych zagorzałych podróżników, z wielkimi planami na 2020 i zdecydowanie miałem więcej szczęścia od Marty. W styczniu spełniłem swoje marzenie (jedno z top 5 :)) i wyjechałem w 3tygodniową podróż zwiedzając całą Kostarykę (Ameryka Centralna) zachaczając o Panamę i Mexico City. Kostaryka to kraj z najbogatszą fauna i florą, gdzie mieszkańcy witają się słowami „pura vida”. Pura Vida – „czyste życie” to określenie, które w głębszym tłumaczeniu oznacza życie pełną piersią, życie „naprawdę”. Nie dziwi mnie to, że kraj ten ma najwyższy wskaźnik szczęścia (Eurostat, 2012, wskaźnik HPI) piastując miejsce numer 1 (Polska wg tego rankingu jest na miejscu 71). Wulkany, Ocean Spokojny, Morze Karaibskie, gorące źródła, różnorodne dzikie zwierzęta – każdy dzień wypełniony był atrakcjami, a podróż udała mi sie z dwójką wspaniałych ludzi – Anią i Maćkiem.

Kiedy przyszedł lockdown (piątek 13 marca) piłem drinka z przyjacielem w Budapeszcie. Znów udało mi sie spełnić marzenie i w końcu zobaczyłem węgierski parlament od wewnątrz (odwiedzając stolicę tego kraju po raz trzeci). Byliśmy ostatnią grupą, której to się udało (znów lucky me!), ale kiedy nasz premier ogłosił zamknięcie granic – na drugi dzień wspólnie z Kondziem stoczyliśmy walkę o powrót do Polski z Węgier…… przez Holandie.

Wakacje to znów przypływ dobrej passy, ponieważ korzystajac z wyjątkowej oferty LOTu – #bilet_na_wakacje – spędziłem tydzień na Majorce. Nie sądziłem, że wyspa ta ma tyle do zaoferowania i zobaczę jedne z najpiekniejszych lagoon jakie widziałem do tej pory na wszystkich kontynetnach świata. Wspaniałe widoki, hiszpańskie wino oraz bardzo dobre jedzenie nie dały mi odczuć by ten rok był ubogi w plany wyjazdowe.

Aby nie było tak super cukierowko – jesienny wypad do Rzymu na 4 dni został odwołany przez linie lotnicze. Mimo wszystko patrząc przez pryzmat całego roku – nie ma co narzekać. Podróże to nie tylko sam pobyt daleko od miejsca zamieszkania, ale także wiele czynności, które możemy „zrobić na miejscu”. Dla przykładu ja 2 miesiace temu rozpoczałem kurs języka Słowackiego, aby gdy tylko otworzą granice – odwiedzić naszych południowych sąsiadów. Można? Mozna :)

Na koniec pamietajmy – cudze chwalicie swego nie znacie. Zwariowany czas zamknięcia granic możemy wykorzystać zwiedzając nasz piękny kraj, a tymczasem ja zabieram się do planów na 2021/2022 – na listę wpisując Nową Zelandię, Wietnam, Grecję oraz kilka mniejszych podróży.

Wolność i możliwość podróżowania jest największą wartością naszych czasów. A w życiu nie można mieć wszystkiego, ale bilet lotniczy możesz kupić zawsze…warto o tym pamiętać.

O ile te słowa sprzed czterech lat nie do końca są obecnie adekwatne, to wierzę w to, że wrócimy jeszcze do starych dobrych czasów, gdzie bez problemu będzie można polecieć chociażby na kolację z pizzą i winem do Rzymu nie wydając na to majątku. Żeby nadać temu już jakiś bieg, to właśnie kupiłem bilet w stronę słońca, tak, żeby jeszcze przed końcem roku ponownie wzbić się w przestworza. I o ile nie lubię sylwestra, to po raz pierwszy czuję wielką ekscytację na nadchodzącą pod koniec roku podróż. Na koniec powrócę do tego co pisałem cztery lata temu. Polecam Wam radę Dalajlamy. Raz w roku wybierzcie się gdzieś, gdzie nigdy wcześniej nie byliście … sam nie byłem jeszcze wszędzie, ale mam to na liście … nawet jeśli to wszędzie może być tylko 100 kilometrów od domu, a nie 15000 …. Jakie jest Twoje miejsce, które odwiedzisz jako pierwsze, kiedy świat wróci do otwartego podróżowania?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *