Sezon rozdziewiczony – Triathlon Piaseczno

Published on: 27 maja 2016

Filled Under: Triathlon

Views: 10182

Tags: , , ,

Rozgrzewka – do startu pozostała niecała godzina. W głowie przeplatają się różne myśli od tych – “wow, ale luz w nogach, będzie dobrze”, do tych które nadal Ci mówią, że bezpieczniej jest na lądzie. Najważniejsze, żeby tylko wyjść z wody. Kiedy trąbka startowa wydaje dźwięk dla wszystkich rozpoczyna się walka o przetrwanie. W wodzie nie ma kultury. Jedyne o czym myślisz to byle postawić już nogi na stałym podłożu. Początek roweru to zawsze górne granice tętna. Dopiero po kilku kilometrach jazdy, kiedy tętno stabilizuje się, można zacząć czerpać przyjemność z jazdy. W głowie zaczyna się odliczanie … Jeszcze tylko kilka kilometrów. Tylko kilkadziesiąt minut i w końcu czas na wisienkę na torcie … bieg i jedna jedyna myśl – byle do mety…

Piaseczno, wydaje się być idealnym rozwiązaniem na początek sezonu. Blisko domu – niespełna 11 kilometrów, do tego na tydzień przed jedną z fajniejszych imprez Triathlon Sieraków. Krótki dystans 1/8 IM pozwala na sprawdzenie aktualnej formy, podbicia organizmu do pracy na wyższych obrotach a jednocześnie zachowania świeżości na to co ma dopiero nadejść.

Niby kameralna impreza, a jednak ma ona już rzeszę swoich stałych bywalcy. Triathlonowe fora pełne są narzekania, jakie to beznadziejna tam jest pływanie, a jednak pakiety startowe rozchodzą się jak świeże bułeczki. Im bliżej startu tym więcej zapytań typu: Poszukuję pakietu na Piaseczno….

13256074_1294029297292476_78270548640070688_n

fot.Becia Czarncka/Sportografia.pl

Nie ma co się oszukiwać – pływanie w bagnie, czy może ładniej to ujmijmy stawie o bliżej nie określonej nazwie nie należy do najprzyjemniejszych. Zupełnie zapomniałem jak to było rok wcześniej. Szybko jednak po wejściu do wody wróciły wspomnienia. Wchodząc usiadłem sobie na pomościk, i delikatnie chciałem zsunąć się do wody, licząc na to, że pode mną nie ma gruntu i zaliczę pewnego nura. Jakie było moje zdziwienie, kiedy po prostu w niej stanąłem po pas … Chwila rozgrzewki pływackiej szybko uświadomiła, że przejrzystość bagienka wynosi zero… Nie widać było nawet swojej dłoni.

fot.Paweł Naskrent/Maratomania.pl

fot.Paweł Naskrent/Maratomania.pl

Ruszyliśmy – woda zakotłowała się, a ja myśląc, że chociaż chwile utrzymam tempo lepiej pływającego Kuby, szybko zapomniałem o trzymaniu mu się w nogach … Po prostu tych nóg nie widziałem. Wydawało mi się, że płynę dość szybko. Do pierwszej boi jakoś szło. Przepłynięcie pod mostem jednak było pierwszym krokiem do pływackiego fiaska. Rok temu był tam dość szybki nurt, tym razem jednak pod mostem pełnym kibiców zrobił się korek jak na Marszałkowskiej. Jedni stali, inni szli … a pozostali jakoś próbowali odnaleźć się w tej nowej dla pływaków sytuacji. Kierując się na kolejna boję podświadomie chciałem chyba zobaczyć co jest w drugiej części jeziora. Odpływając od pozostałych na dobre 20 metrów zwiedzałem prawy brzeg jeziora, kiedy pozostali znajdowali się w lewej części. No co … chciałem zobaczyć czy nie ma tam nic ciekawego. Nie było. Z wody wyszedłem z czasem gorszym o ponad minutę niż rok wcześniej.

fot.Paweł Naskrent/Maratomania.pl

fot.Paweł Naskrent/Maratomania.pl

Dużym plusem imprezy w Piasecznie jest bliskość strefy zmian. Sto, może dwieście metrów i już byłem przy swoim lowelo, który był zaraz na początku strefy. Z jednej strony fajnie – nie trzeba biec w piance za długo, z drugiej oznacza to dwukrotny bieg z rowerem przez całą strefę. Niestety nie jest ona sprawiedliwa, ale co zrobisz – trzeba robić swoje i nadrabiać na pozostałej części.

O ile sprawnie udało mi się, przedostać przez T1, to sposób w jaki dosiadałem mojego rumaka pozostaje wiele do życzenia. Patrząc na to, że w pewnym momencie znajdowaliśmy się prostopadle do kierunku zawodów chyba mówi samo za siebie. Krzyknąłem coś pod nosem i udało się wpiąć buty w pedały i gnać do przodu

Pisząc ten wpis mogę się już się pochwalić, że opanowałem sztukę wskakiwania na lowelo z butami na gumkach. To powinno rozwiązać sprawę. Jedyny problem jest taki, że gumki nie pękają, ale może to i dobrze. Bezpieczeństwo najważniejsze. 

fot.Daniel Strzelinski/Maratomania.pl

fot.Daniel Strzelinski/Maratomania.pl

Pierwsze dwa kilometry to dość sporo zakrętów po uliczkach z kostki brukowej, przeplatanych leżącymi policjantami. Kiedy w końcu znalazłem się na długiej prostej udało się kręcić trochę szybciej jak zwykle. Może nie były to jeszcze szczyty moich możliwości, ale moment, kiedy żona kolegi wyprzedzając mnie krzyknęła, żebym pocisnął, bo chyba nie dam się jej wyprzedzać, a ona nie chce draftować wszedłem w końcu na właściwe obroty. Szkoda tylko, że do mety zostało już tylko kilka kilometrów. Udało się jednak odrobić stratę z pływania i poprawić rower o minutę do poprzedniego roku.

fot.Patrycja Pietrzak/Maratomania.pl

fot.Patrycja Pietrzak/Maratomania.pl

W między czasie minęło nas kilka parówkowatych parowozów. Sędzia przejeżdżający obok niewzruszony pomachał rękoma. Sam jestem, sędzią i uważam, że w triathlonie nie ma miejsca na upomnienia. Jeżeli widzisz, że ktoś jedzie na kole – dajesz kartkę. Zasady są proste i czarno białe w tym wypadku.

T2 i odstawienie roweru poszła sprawnie. Ponownie wskoczyłem w moje ulubione lunar epici i poleciałem gnać już na bieg. Pierwsza piona była z Miśkiem już na samym wybiegu ze strefy. Cieszyłem się, że stoi tam Monika. Miałem w tamtym miejscu biec jeszcze dwa razy.

12

Po skończonej pętli i na dobiegu do mety, kiedy będzie trzeba już grzać ile sił. Doping w takich miejscach jest niezwykle ważny. Podczas biegu w końcu czuje się jak w swoim świecie. W 1/8 IM nie ma miejsca na założenia – biegniesz ile możesz. Na samym początku nie mogłem się rozkręcić. Pierwszy kilometr wyszedł 4:11. Miałem jednak w głowie to, żeby nie zaczynać za szybko. Jeżeli podczas pływania i roweru to ja jestem tym, który zostaje wyprzedzany, to w końcu przyszedł czas na pokazanie, jak pnie się w triathlonie na liście wyników. Każdy kolejny kilometr był o kilka sekund szybszy. Na jakieś 700 metrów do mety ujrzałem Kubę. Był jakieś 200 metrów przede mną. Powiedziałem sobie, że choćbym miał paść na mecie to dojdę go. Włączyłem turbo bieg i z każdą sekundą byłem co raz bliżej. Pościg trwał kilka minut. Okrzyk Moniki, że już blisko, a ja cały czas przyśpieszałem. Dwieście metrów przed metą minąłem Kubę, a na zegarku widziałem tempo 3:13…

fot.Paweł Naskrent/Maratomania.pl

fot.Paweł Naskrent/Maratomania.pl

Udało się. Na metę wbiegłem jako 33 zawodnik z ponad 220, osiągając przy tym 13 wynik biegu. Chwilę zajęło mi dojście do siebie. Te zawody jednak pokazały mi, do czego zdolny jest organizm. O ile z pływania nie jestem zadowolony, to wynik biegu, na którym zawsze najbardziej mi zależy mocno podbudowuje.

Nie było za dużo czasu na odpoczywanie. Po zawodach trzeba było wcielić się w rolę kibicować i wspierać Treneiro, który właśnie schodził z roweru podczas 1/4 IM. Kiedy mijał mnie 200 metrów od strefy, był już na prowadzeniu. Miał jakieś 5 sekund przewagi. Z każdym następnym razem przewaga rosła, a zwycięstwo było już tylko formalnością.

13288727_1308006449214085_906223711_o

To będzie nasz sezon … :)
#DAWAJ KALACH
Zdjęcie tytułowe – Becia Czarnecka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *