Taitung Triathlon – jak popłynąłem do pudła

Published on: 19 marca 2018

Filled Under: Podróże, Triathlon

Views: 10839

Tags: , ,

Na odpowiedź na pytanie, czy jadę z Łukaszem na zawody na drugi koniec świata nie trzeba długo czekać na odpowiedź – TAK! Możliwość wspierania przyjaciela, poznawania świata, a w końcu spróbowania lokalnej kuchni to całkowicie wystarczające powody, żeby szybko zarezerwować bilet na samolot, nie wiedząc nawet dokładnie gdzie lecisz. Wchodząc na stronę, żeby zobaczyć trasy jakimi Kalach ma się ścigać okazało się, że przy połówce organizowane są jednocześnie zawody towarzyszące – 5150 – olimpijka oraz duathlon, którego trasa pokrywa się z olimpijką, jedynie zamiast pływania, jest do pokonania 3 km biegu…

Szybkie pytanie do Łukasza, co sądzi, żebym wystartował i sprawa załatwiona. Przez chwilę po głowie chodził mi duathlon – przecież logistycznie będzie to łatwiejsze – nie będę musiał zabierać roweru … nie wiem o jakim duathlonie myślałem … Dalej idąc tropem – tri, czy nie tri, obawiałem się czy będę w stanie przepłynąć 1500m. Dopiero co wracałem do treningów po długiej przerwie przed maratonem, a do tego pływanie nie było moją najmocniejszą stroną. Wybór jednak padł na triathlon – to w nim przecież będę się sprawdzać w sezonie, a start w Taitung miał być zabawą – nawet nazwijmy to treningiem.

Rower spakowany do walizki – do tego dopchnięte kilka ciuchów – wszystko tak, żeby zmieścić się w 30 kilo, z czego sam Borat razem z walizką waży blisko dwadzieścia. Wyruszyliśmy w kolejną wielką przygodę. Przygodę, w której podróż była najdłuższą jaką do tej pory odbyłem w życiu. Sześć godzin lotu do Dubaju, siedmiogodzinna przesiadka a następnie ośmiogodzinny lot do stolicy Tajwanu – Taipei. To jednak nie koniec. Przed nami jeszcze blisko siedmiogodzinna nocna droga samochodem wzdłuż wybrzeża do celu naszego wyjazdu – Taitung. Po dwudziestu ośmiu godzinach około 1 w nocy czasu lokalnego dotarliśmy do hotelu. Padliśmy prosto do łóżek – część z nas udało się pospać, inni walczyli ze zmianą czasu.

IMG_0573

Zawody zaplanowane były na weekend – mój start w sobotę, Kalacha w niedzielę. Mieliśmy więc dwa dni na zaklimatyzowanie się, rozruch po podróży i zapoznanie z miejscem. W czwartek zdecydowaliśmy się na odwiedzenie basenu i krótki rozjazd. Mocny trening na lokalnej pływalni nie bardzo nam wyszedł, więc przenieśliśmy się na open water w miejscu, gdzie odbywały się zawody. Akwen to praktycznie taki duży basen. Po przygodach z pianką i gorącą temperaturą nie do końca byłem przekonany czy płynąć na zawodach w piance, czy bez. Zmęczony jeszcze trochę podróżą nie czułem jakiegoś super flow w pływaniu, za to na samym rowerze noga aż się rwała do kręcenia.

Dzień przed startem, zrobiliśmy wspólnie z Łukaszem krótkie rozbieganie dookoła stawu w którym mieliśmy pływać – już po kilkuset metrach lało się z nas i wiedziałem, że bieganie to będzie niezła walka. Ponad 27 stopni, mocno operujące słońce i do tego wysoka wilgotność. Tempo w miarę zbliżone do tych z polski, jednak czuć, że dużo ciężej się biegnie. Na koniec kilka przebieżek i tu już było dużo przyjemniej – noga się rozkręciła – nic tylko czekać na start – pływanie to zdecydowanie będzie najprzyjemniejsza i najchłodniejsza część triathlonu.

DCIM113GOPROG0936360.JPG

Przyszedł dzień startu. Godzina zero – 6ta czasu lokalnego, 23cia w Polsce. Dokładnie tak jak lubię – start o świcie – o tej samej porze, kiedy robię treningi. Do Tajwanu przyjechałem się bawić – nie miałem żadnej spiny na wynik – marzec to jeszcze nie czas kiedy ma być gaz w nogach, a taki triathlonik turystyczny to super sprawa. Wystartować w orientalnym miejscu i dobrze się przy tym bawić – taki był cel numer jeden. Za nim jednak krył się drugi ukryty – sprawdzić jak ostatnie dwa miesiące, które spędziłem na poprawie pływania zaprocentowały. O tym jak pracowałem nad techniką przeczytacie tutajCzy to, że zacząłem szybciej pływać na basenie, przełoży się na wody otwarte? Chciałem też pojechać na maksa rower. Nie myślałem o biegu – co będzie to będzie – mogę nawet truchtać i podziwiać park.

Budzik nastawiony na środek nocy – 3:30. Nie spałem za dobrze – w nocy było dość prano – nikt z nas tak naprawdę nie spał – wszyscy się przewracali i szukali odpowiedniej pozycji do zaśnięcia. Razem ze mną wstał Kalacha Tata, który przez całe zawody był ze mną – dopingował, a jednocześnie pomógł z ogarnięciem rzeczy, za co jestem mu dozgonnie wdzięczny. Mieszkaliśmy dwa kilometry od startu. Strefę zmian otwierali o 4:30. Dojeżdżałem rowerem w ciemności – momentami musiałem mocno zwalniać bo nic nie widziałem. Byłem jedną z pierwszych osób jakie wstawiały rower. Niby wszystko jak zawsze, a jednak pojawił się mały stresik i ta nutka niepewności czy wszystko pamiętam – jak zsiąść z roweru, co zostawić w strefie, jak założyć buty. Kiedy rower stał już na swoim miejscu poczułem to na co czekałem od sierpnia. Ta przed startowa adrenalina – chciałem już wejść do wody i zacząć zabawę.

IMG_0904

Strefa zmian najdłuższa w jakiej byłem, a jednocześnie moje miejsce najmniej dogodne. Zarówno po pływaniu jak i po rowerze czekało mnie przebiegnięcie całej blisko czterystu metrowej strefy zmian prowadząc rower. Lubię jednak długie strefy bo biegam dość szybko w nich i jednocześnie  odrabiam to co tracę na rowerze. Po raz pierwszy nie było też stojaków za których zaczepiamy w polsce rowery za sztyce. Tu każdy mógł poczuć się trochę jak PRO – dla każdego przygotowany był stojak – “wkładokółka” – prawa do słowa Łukasz Kalaszczyński. W tle leciało Santa Claus is comming to town – niezły klimat usłyszeć to w marcu, gdzie jednocześnie jest dwadzieścia kilka stopni na plusie. Rowery wkładaliśmy przednim kołem – bardzo ładnie się to prezentowało w strefie. Nie było ani systemu workowego, ani skrzynki – pomiędzy rowerami było podpisane miejsce dla każdego, aby mógł schować tam potrzebne na zawodach rzeczy. Jednocześnie można było w strefie zostawić plecak, i tak naprawdę co kto chciał. Przed 5tą Borat był gotowy do startu, a ja wychodząc ze strefy odebrałem swój czip.

IMG_0930 2

Podczas rozgrzewki było jeszcze ciemno – potruchtałem wokół akwenu w którym zaraz mieliśmy zacząć zawody. Na pół godziny przed startem byłem już w miejscu w którym startowaliśmy. Nie było możliwości rozgrzewki w wodzie. Kuba poradził mi mocno porozciągać się w górnej części i popracować rękoma imitując pływanie. Poszedłem jeszcze raz do toalety – usłyszałem lecące w głośnikach DESPACITO i pomyślałem sobie – musi być dobrze! Założyłem piankę – było 10 minut do szóstej, a jednocześnie całkiem jasno i co raz cieplej. W tym momencie organizatorzy poinformowali, że start jest przełożony o 10 minut. Zdjąłem górną część pianki, żeby się nie zagotować. Chwilę po szóstej znów zaciągnąłem suwak, poklepałem się po udach i ramionach. Ustawiem się w drugiej strefie na czas powyżej 27 minut. Wpuszczali nas do wody po trzy osoby – rozpoczynaliśmy skacząc do wody. Nadszedł mój moment – włączyłem zegarek i wskoczyłem na główkę do wody.

Snapseed 3

Pierwsza myśl – okularki całe nie przeciekają. Kuba kazał mi nie podpalać się na początku – ma być mocno, ale kontrolowanie. Rolling start pozwolił na wolną przestrzeń w wodzie, jednak cały czas wyprzedzałem. Przede mną na wynik poniżej 25 minut płynęło całkiem sporo żabkarzy, a nawet ludzi, którzy mieli w rękach pamelkę i przesuwali się do przodu płynąc nogami do żabki. Ciekawostką było to, że można było płynąć z pomocą pullboya.

Mniej więcej co 200 metrów rozstawione były bojki – kontrolowałem na nich czas – wiedziałem, że płynę mniej więcej po 1:45-1:50, co mnie bardzo cieszyło. Po 750 metrach miałem czas 13 min 30 sekund – WOW – płynę mniej więcej na 27 minut !!! W głowie myśl, czy utrzymam to tempo do końca. Samo pływanie było lekko wydłużone – odcinki proste miały po 750 metrów, dodatkowo mieliśmy do pokonania około 50-70 metrów pomiędzy bojami.

IMG_1144 2

O ile wgłąb płynąłem po najbardziej optymalnej trasie bo zaraz przy bojkach wyznaczających kajakarski tor, to pry powrocie starałem się płynąć już bliżej brzegu. To spowodowało, że troszeczkę zacząłem zbaczać z optymalnej trasy. Powoli zbliżałem się do końca pływania. Zobaczyłem ostatnią bojkę razem z logo Borata – BH. Zacząłem mocniej pracować nogami, a jednocześnie nadal dbałem o długie wyleżenie i mocne pociągnięcie, a nie jak kiedyś kołowrotek w rękach.

W pewnym momencie przed oczami pojawia się zielony dywan, a za rękę chwyta mnie wolontariusz, który pomaga mi wyjść z wody. Zatrzymuje zegarek – 27:29 !!! JEST – ZROBIŁEM TO !!! Jeszcze wychodząc po schodach rozpinam piankę, wybiegam i ściągam rękawki. Po kilku sekundach słyszę krzyczącego Łukasza Tatę – MOCNO TERAZ – JESTEŚ W CZOŁÓWCE !!! …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *