448 km w 23 dni – RunEat na obozie

Published on: 22 listopada 2017

Filled Under: W Biegu

Views: 3479

Tags: , , , ,

Wyznacz sobie cel, który z jednej strony Cię przeraża, a z drugiej strony motywuje do ciężkiej pracy – to stwierdzenie jest mi tak bardzo bliskie w przygotowaniach do maratonu. Decydując się na złamanie trójki wiedziałem, że będę chciał się do tego dnia jak najlepiej przygotować. Dlatego też zdecydowałem się spędzić trzy tygodnie w Szklarskiej Porębie – miejscu w którym zawsze dobrze mi się trenuje – miejscu, które do tej pory zawsze oddawało mi później na zawodach. Czy amatorowi potrzebny jest taki obóz? Czy przyniesie efekty? To się okaże już za 18 dni, kiedy stanę na linii startu najważniejszego mojego sportowego wyzwania w tym roku.

Decydując się na wyjazd do Szklarskiej myślałem głównie o tym, że będę mógł poświęcić ten czas głównie na treningi oraz regenerację pomiędzy. Od razu zaznaczę, że nie wyjechałem na urlop od pracy. Przez minione trzy tygodnie normalnie pracowałem, jedynie zamieniłem miejsce treningów z Lasu Kabackiego na regle i zakręt śmierci w Szklarskiej. Jednak sam fakt bycia daleko od domu, wygody schodzenia na posiłki do hotelowej restauracji pozwolił mi skupić się na tym, by po treningu dać odpocząć nogom, a te wykonały patrząc z perspektywy czasu kawał solidnej roboty.

image

Sam obóz nie zaczął się dobrze. Po blisko pięciu godzinach jazdy, kiedy już byłem prawie na miejscu – 20 kilometrów od hotelu, pewien młodzieniec postanowił na środku ulicy w Jeleniej Górze dać po hamulcach … Tym samym w dziesięć samochodów postanowiliśmy się złączyć w jedną całość… a już się tak cieszyłem, że wcześnie uda mi się dojechać na miejsce. Pierwsza myśl to, ta jak ja się z tym całym ekwipunkiem zabiorę do Szklarskiej … a trochę bagażu miałem ze sobą. Na szczęście samochód był sprawny i udało mi się w jednym kawałku dojechać do Bornitu.

Dlaczego o tym piszę? Bo mogłem się wkurzać na sytuację, denerwować, a podszedłem do tego na zupełnym lajcie. Już dawno przestałem się przejmować, rzeczami na które nie mam wpływu i nie potrzebnie tracić na to energii. Stało się – trudno, trzeba pomyśleć jak najprościej rozwiązać problem i działać, a nie rozpaczać nad rozlanym mlekiem. Moim celem było przez 3 tygodnie skupić się na treningu i tak właśnie tez było …

Przyznam też, że kiedy dojechałem to byłem lekko przerażony tym jaka zapowiadała się pogoda. Już w pierwszy weekend czekał mnie mocny sprawdzian – jak to napisał trener:

W niedzielę bardzo fajny i ważny trening

Użyłbym raczej innych słów – mocny i ciekawy trening. Czekało mnie 12 kilometrów rozbiegania, a następnie 6 odcinków kilometrowych w tempie 3:40 mim z krótką 3 minutową przerwą. Tempo lekko przerażające bo nigdy jeszcze takich kilometrówek nie biegałem, a już tym bardziej po 12 kilometrach „rozgrzewki”. Pogodę tego dnia dyktował orkan … rano wiało u nas niemiłosiernie, a na Śnieżce wiatr przekraczał 100km/h. Poranna konsultacja z Kalachem i trening przełożony na popołudnie a rano 8 kilometrów rozbiegania po reglach i do tego kilka przebieżek. Wiatr w ciągu dnia nie ustawał – myślałem, już nawet, żeby zrobić ten trening na bieżni mechanicznej, ale takowej brak. W końcu zebrałem się i pojechałem na zakręt śmierci. Podczas rozgrzewki rozpoczęła się istna śnieżyca, a w mojej głowie jeden wielki mętlik – jak ja mam pobiec po 3:40, jak tu w ciągu kilku minut zrobiło się całkowicie biało.

IMG_7515

Kończąc rozgrzewkę, wszystko co napadało się roztopiło, a wiatr lekko ustał. Nie zmieniłem nawet butów na startówki, co by ich nie moczyć i rozpocząłem walkę z tysiącami. Na początek obozu udało się wszystko pobiec z założeniami, co dało potężnego kopa motywującego na następne 3 tygodnie.

Obóz w liczbach

Przez 23 dni przebiegłem 448 kilometrów. Jeśli dobrze pamiętam to wcześniej nigdy nie miałem takiego kilometrażu w jednym miesiącu, należy jednak pamiętać, że w tym jest kilka wycieczek górskich – min. ze Szklarskiej Poręby na Śnieżkę, kończąc w Karpaczu, która miała blisko 40 kilometrów (połowa tego jednak to raczej wchodzenie pod górę, jak sam bieg). Często były dni, kiedy trenowałem dwa razy – pierwszy trening przed śniadaniem, drugi pod koniec dnia – 6 kilometrów luźnego rozbiegania, po którym szedłem na 45 minut siłowni.

trening

Spokojne rozbiegania biegałem na reglach, gdzie teren jest lekko pagórkowaty, natomiast na akcenty szybkościowe wybierałem zakręt śmierci i stadion. Po dłuższych rozbieganiach, następnego dnia zawsze pojawiał się trening z akcentem, żeby budować szybkość a zarazem odmulać nogi. Jeden z takich treningów to 10 km rozbiegania, a następnie 20 x 100 / 100. Idzie się pomylić w liczeniu :)

Były też i takie dni gdzie w ogóle nie biegałem … Trzy dni zupełnego lenistwa …, no dobra dwa, bo w jeden wszedłem 4 kilometry pod górę do Samotni, żeby tam spędzić urodziny :)

image

Wycieczki górskie

Kilka razy wybrałem się na dłuższe wycieczki w góry. Jeżeli było stromo pod górę, to szedłem, kiedy się lekko wypłaszczało truchtałem. Będąc już w górnych partiach gór zawsze biegłem. Pierwsza wycieczka była niesamowita. Wychodząc kilka minut po szóstej piękny wschód słońca. Dochodząc do schroniska pod Łabskim Szczytem pogoda całkowicie się zmieniła i od tej pory byłem już sam w śnieżnej krainie. Rozdziewiczałem szlaki – to był pierwszy śnieg – nie było widać, żadnych śladów przede mną. Im wyżej byłem tym widoczność było co raz słabsza. Gdyby nie fakt, że dobrze, znam trasę to prawdopodobnie bym zawrócił, choć nie wiem czy wtedy nie było by trudniej – bo wiem tylko jak iść w jedną stronę. Kilka minut po 9tej byłem już z powrotem w hotelu mając za sobą 20 kilometrową wycieczkę i 1000 metrów wspinaczki.

IMG_7562

Czwartego Listopada razem z Treneiro wybraliśmy się na naszą ulubioną wycieczkę na Śnieżkę. Wyruszyłem przed Łukaszem i ścigaliśmy się do schroniska Odrodzenie (16 kilometrów od Szklarskiej). Wynik – REMIS – miałem 30 minut hendpicapu i z taką różnicą dotarliśmy na ciacho i herbatę. Znów wyszedłem chwile wcześniej i ponownie spotkaliśmy się na najwyższym szczycie Karkonoszy, z którego już wspólnie biegliśmy do Karpacza. Tutaj znów zabawa ala. Wings For Life. Tomek schodził ze śnieżki i zabierał nas samochodem. Postanowiliśmy z Kalachem biec tak długo, aż dopadnie nas meta. Po cichu liczyliśmy, że uda nam się przebiec 40 kilometrów, jednak po 38.5 km dopadł nas Tomek i zabrał z powrotem do hotelu na upragniony obiad.

DSC02452

Na fejsie padło kilka komentarzy, czy potrzebne takie treningi, i jak to się przełoży na maraton. Wbrew pozorom, nie jest to bardzo obciążające – większość takiej wycieczki wykonywana jest w niskim zakresie intensywności – jednocześnie pozwala budować siłę biegową a zarazem wytrzymałość. Dla mnie najważniejsza jest właśnie siła, i to, żeby mięśnie przyzwyczajone były do długotrwałej pracy, więc wierzę, że te właśnie treningi oddadzą na maratonie, a pierwsze tego efekty mogłem odczuć jeszcze podczas obozu.

Pierwszy Sprawdzian

11 listopada klasycznie wystartowałem w Biegu Niepodległości. Tym razem jednak nie była to trasa płaska jak stół w Warszawie, a dość wymagający bieg w Jeleniej Górze z wznosząca się przez większość biegu trasą. Wiedziałem, że nie będzie łatwo, ale chyba nie spodziewałem się, że aż tak. Górki to jedno, jednak to czołowy wiatr wiejący przez całą drogę w twarz najbardziej przeszkadzał.

111111

Założenie miałem, żeby na płaskim biec po 3:50 min/km. Dobre …, tyle, że płaskiego to jak na lekarstwo. Pierwsze trzy kilometry ze średnią 3:50 udało się pokonać, a później to była już walka o przetrwanie. Podczas tego biegu miałem walczyć i miało boleć i tak właśnie było. Wiedziałem, że muszę powalczyć, żeby moja głowa była gotowa na maratonie. Dobiegłem z wynikiem 40:34 i początkowo byłem lekko zawiedziony. Nie jest to super czas, biorąc pod uwagę chęć łamania trzech godzin ma maratonie, ale nie jest to super czas na płaską trasę. Kiedy dowiedziałem się jakie wyniki osiągnęli dobrzy biegacze na dystansie 5 kilometrów, vs swoje życiówki i możliwości dotarło do mnie, że pobiegłem całkiem przyzwoicie. Do tego zająłem 11 miejsce w kategorii wiekowej, więc to tylko potwierdziło, że dałem z siebie wszystko.

IMG_8173

Postanowienia

Na okres obozu rzuciłem sobie wyzwanie, żeby nie jeść w ogóle słodyczy. Pierwsze kilka dni były ciężkie i chodziła za mną chęć zjedzenia jakiejś czekoladki czy batonika. Na urodziny przyszedł do mnie czekoladowy telegram, a kilka dni później Paweł przywiózł całą pakę czekoladek. Wszystko to wylądowało w lodówce i nie ruszyłem grama czekolady przez 21 dni. Ciężko było przez kilka pierwszych dni, później nie było już nawet większej ochoty na słodkie :) Zrobiłem tylko jeden mały wyjątek – na swoje urodziny, kiedy dotarłem do schroniska Samotnia dostałem od przyjaciół zamówiony torcik :) Nie jem jednak białej śmietany, więc wymienili mi na szarlotkę i tą z miła chęcią zjadłem w towarzystwie grzanego wina.

IMG_7948

Czas dla głowy

Poza tym, że starałem się odpoczywać ile się da, korzystałem z tego, że jestem w innym miejscu. Udało mi się zrobić rzeczy, na które nigdy nie miałem czasu będąc w Szklarskiej. Odwiedziłem Hutę Szkła w Piechowicach – polecam !!! zdobyłem Skocznię w Harrachovie – to nie trening tylko dla nóg, ale i dla głowy – Paweł cały czas kurczowo trzymał się barierki. Udało też wyrwać się na chwilę do kina na Listy do M3. Bardzo luźny film, idealny do pop-cornu !!!

IMG_8942

Dwa najważniejsze treningi

W ostatnim tygodniu czekały mnie dwa ważne treningi. Ważne nie tylko do budowania formy, ale i dla mojej głowy. Wiedziałem, że jeżeli pobiegnę je dobrze, to wewnętrznie zrozumiem, że jestem gotowy do maratonu.

Pierwszy trening to długie 32 kilometrowe rozbieganie. Wyruszyłem kilka minut po siódmej rano. Biegałem na odcinku 5 kilometrów w ta i z powrotem. W odpowiednich miejscach miałem wodę i żele, które podawał mi Paweł. Całość pokonałem tempem 4:48 z niskim tętnem 150 uderzeń na minutę. Zakręt wydaje się być płaski, jednak podczas tego treningu pokonałem 70 metrów przewyższenia, co pokazało mi, że nawet jak jest lekko pod górkę to mogę to biec na luzie. Zatrzymałem się na pełnym luzie, bez większego zmęczenia, a przez cały bieg lekko się hamowałem. Prawdziwy egzamin miał jednak dopiero przyjść w przeddzień wyjazdu.

IMG_8883

Najważniejszy trening to ten, gdzie miałem do pokonania 12 kilometrów tempa około maratońskiego, a następnie 2 razy 3 kilometrowe odcinki w tempie progowym (4 min/km). Bałem się tego treningu, bo rok wcześniej przerwałem podobny w połowie, kiedy przy 9 stopniowym mrozie i śliskiej nawierzchni nie byłem w stanie trzymać tempa 4:40 min/km.

Sam zakres biegło mi się bardzo dobrze. Pokonałem 12 kilometrów ze średnią 4:11 min/km na niskim tętnie, nie zakwaszając się przy tym. Przy 3 kilometrówkach musiałem się już zmierzyć z mocnym wiatrem i górkami (około 10 metrów przewyższenia), jednak oba odcinki pokonałem zgodnie z założeniami.

Kończąc ten trening zrozumiałem, że jestem gotowy na maraton i do próby łamania trzech godzin … Jestem jednak świadomy tego, że maraton rządzi się swoimi prawami i trzeba mieć do niego dużo pokory, więc nic nie biorę na pewniaka…

Na koniec jeszcze podziękowania dla Łukasza, który na bieżąco dba o mnie i dostarcza „ciekawych” treningów. Opierdziela kiedy nie odpoczywam, a jednocześnie dopinguje do dalszej pracy. Dla grupy GVT BMC, dzięki której mogłem spędzić czas w Bornicie i wspólnie potrenować na salce, oraz Pawłowi, który towarzyszył mi podczas dwóch najważniejszych treningów jako fimowiec, motywator, podawacz żeli i wodopój w jednym.

Trzy tygodnie spędzone w górach to okres gdzie poznałem swój organizm na nowo. Przekraczałem granicę, a jednocześnie zbliżałem się do upragnionego celu. To była niesamowita przygoda i to z niej najbardziej się cieszę. Zrobiłem co miałem zrobić, teraz przede mną ostatnie szlify i czas łapać świeżość i za 18 dni dać z siebie 100%.

4 Responses to 448 km w 23 dni – RunEat na obozie

  1. FilipO pisze:

    Fajna relacja. Aż mi się zachciało ruszyć zza biurka i pojechać w góry ;) – piękne widoki na zdjęciach! Z doświadczenia wiem, że wyniki biegowe/rowerowe w górach to zupełnie inna bajka jak na nizinach, po płaskim. Do tego pogoda ogranicza. Tym bardziej nie przejmowałbym się >40min na dyszkę. Czuję, że na maratonie będzie ogień – i za to będę trzymał kciuki :)!
    PS Śledząc relacje GVT BMC z ich obozu liczyłem, że zdradzisz coś więcej, bo parę razy się tam we wpisach czy filmiku pojawiałeś. Może w planach jakaś dłuższa współpraca :)? Pozdrawiam!

  2. pats pisze:

    Świetnie się czyta, brawo za pompę! Jakąś szczególną dietę stosowałeś? Bo chyba raczej nie pudełkową …

    • RunEat pisze:

      na samym obozie jadlem hotelowe jedzenie, choc w ostatni tydzien juz chodzilem na miasto. W hotelu to zawsze obiad i kolacja ryz/makaron + mieso/ryba i surowki. Na sniadania jajecznica i nalesniki plus kanapki :)
      Ostatni tydzien na miescie – watrobkam tatar :) i pizza haha

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *