70.3 IM Astana – Borat na trasie

Published on: 21 czerwca 2018

Filled Under: Triathlon

Views: 4143

Tags: , , , ,

Za mną 1900 m pływania w rzece Iszym. Kiedyś to właśnie pływanie wydawało mi się największym wyzwaniem. Zbliżając się do wyjścia z wody moje myślenie przestawiło się na kolejne zadanie. Strefa zmian to mój konik w TRI. Dobieg do strefy zmian był bardzo krótki. To była chyba jedna z szybszych stref zmian na jakich startowałem przy tak dużej imprezie. Dobiegając do worków wyprzedziłem kilka osób. Ekspresowe zdjęcie pianki, założenie kasku i już byłem na zielonym dywanie boiska przypominającego nasze orliki.

Pierwsze kilkaset metrów to wyjazd na główną drogę, a zaraz później jeden z dwóch podjazdów jaki czekał nas na trasie. Zaraz przed nim wyprzedził mnie Bartas – krzyknął ogień i tyle go widziałem. Zadanie jakie miałem to, starać się jechać 150-170W. Jeżeli będę w stanie to na tych wyższych, a jak nie to trzymać się bliżej 150. Tak też robiłem, jednak to nie pole wskazujące moc na polarze było dla mnie najważniejsze. CZAS !!! To na niego najbardziej zwracałem uwagę – wiedziałem, że kluczem do sukcesu będzie właściwe odżywianie. Plan był prosty – co 25 minut jeden żel truskawkowy Run & Bike. Pierwszy wziąłem zaraz po tym jak wsiadłem na Borata.

Początek trasy kolarskiej to spora ilość zakrętów i jazdy po kostce. Te 5 kilometrów to wyjazd z miasta i jedyna okazja aby zobaczyć kawałek Astany – min. przejeżdżaliśmy koło Pałacu Prezydenckiego. Po niespełna 10 minutach byłem już w miejscu znanym mi z treningow, które robiłem przez ostatnie 2 tygodnie. Pomyślałem sobie wtedy – JESTEM U SIEBIE. W głowie nie myślałem jeszcze o tym, że czeka mnie później półmaraton. Teraz liczyło się tylko 90 km na rowerze.

81_m-100824001-DIGITAL_HIGHRES-2264_004149-17654179

Dojazd do właściwej pętli to kolejne 10 kilometrów. Wiał wiatr w plecy co z jednej strony było pomocne – rzadko widzę u siebie średnią w okolicy 37km/h, z drugiej jednak dawało do myślenia, że powrót – ostatnie 15 kilometrów będzie pod wiatr, który z każdą chwilą się nasilał.

Po raz pierwszy nie byłem wyprzedzany na rowerze, a to ja mijałem kolejnych zawodników. Niektórzy już od początku jechali w grupie nie zwracając uwagę na jedynie gwiżdżących sędziów.

Dojechałem do pętli – 3 kilometry w prawo, nawrotka i 13 kilometrów z bocznym, lekko sprzyjającym wiatrem – pomyślałem będzie gdzie budować zapas prędkości. Wiatr jednak bardzo kręcił i raz pomagał, a raz wręcz zatrzymywał. Mimo tego oscylowałem gdzieś wokół 36-37 km/h, cały czas trzymając zbliżone waty do 150.

Kilometry mijały szybko. Mniej więcej na 30-tym poczułem, że nogi są już lekko zmęczone – jednak odpychałem tą myśl od głowy. Wiedziałem, że skoro jadę w dolnej granicy zakładanych watów to nie jest to dla mnie jeszcze wymagający wysiłek i nie odpuszczałem. Kiedy wiatr się nasilał, sam zaczynałem mocniej naciskać w pedały zbliżając się do 170 a nawet 200W.

83_m-100824001-DIGITAL_HIGHRES-2264_008049-17654181

Kontrolowałem czas – 1:15 – kolejny żel – wypadał mniej więcej w okolicy 45 kilometra – nawrotki na drugą pętlę. Te trzymałem w torebce AERO10 od TriSeven. Na 45 km znalazłem się dokładnie po 1:15:20 myśląc sobie, że idzie wręcz zajebiście. Przed zawodami liczyłem na utrzymanie prędkości w granicy 33-34 km/h. Będąc w połowie trasy ze średnią 36 km/h cieszyłem się jak dziecko. Radość długo nie trwała, bo te 5 kilometrów dojazdu do nawrotki potwierdziło tylko, że powrót będzie mocno pod wiatr. Nie myśląc zbyt długo wstałem i mocno pocisnąłem, żeby jak najbardziej się rozpędzić i skorzystać z tych 5 km z wiatrem na zbudowaniu zapasu na powrót. Nogi bolały a ja na zmianę śpiewałem sobie POSSIBILITY Dua Lipy. Czułem się dobrze – aż za dobrze – nie chciałem się jednak podpalać – wszyscy mówili, żeby nie myśleć, już na rowerze, że to mój dzień. To zostawiłem sobie na bieg.

Co chwila też uśmiechałem się sam do siebie. Koleżanka kazała mi się cieszyć tym dniem i przypominać o tym sobie co pół kilometra. Tak też było. Mimo, że cisnąłem w pedały to wewnętrznie uśmiechałem się. Wszystko szło super – trasę dzieliłem na kawałki – od nawrotki do nawrotki. Czas mijał szybko, a ja co 25 minut sięgałem po żel. Mniej więcej co 5-7 minut brałem też łyk izotonika. Wiedząc, że jadę szybciej niż zakładałem – przedostani wziąłem nawet chwilę wcześniej, tak żeby móc zjeść ostatni na 10 minut przed zejściem z roweru.

88_m-100824001-DIGITAL_HIGHRES-2264_012156-17654186

Wszystko szło super – Trzymałem średnią 36, nawet lekko powyżej. Jedyne czego się obawiałem to to, żeby nie złapać gumy. To ta rzecz, która potrafi pokrzyżować CI plany, a nie masz na nią wpływu. Podobnie jak z wiatrem. I tak było aż do momentu, kiedy skręciłem w prawo na powrót do miasta. Zostało mi 15 kilometrów, a tu centralnie wiatr w twarz. Nagle jadę 25-30 km/h i to jest max jaki mogę jechać utrzymując zakładaną moc. Widzę, że ludzie nawet się wywracają na rowerze. Przypomniały mi się wtedy słowa treneiro.

GŁOWA W DÓŁ

Spuściłem głowę i cisnąłem w górnej granicy założeń. Bolało, ale jak Kalach napisał – innych też boli. Zacząłem odczuwać też już lekki ból pleców. Czasami próbowałem wstać, żeby się rozprostować, jednak szybko stawałem się wtedy jak żagiel i wracałem jak najszybciej do pozycji aero tak, żeby jak najmniej brać na siebie mocny czołowy wiatr. I tak przez dziesięć kilometrów. W czasie tych 75 kilometrów wypiłem blisko dwa bidony i co raz mocniej chciało mi się sikać. Myślałem o tym, że w strefie pierwsze co zrobie to do toi toia.

95_m-100824001-DIGITAL_HIGHRES-2264_022433-17654193

10 kilometrów jazdy pod wiatr podczas której średnia cały czas spadała to niewątpliwie była najcięższa część tego dnia. Ostatnie 5 kilometrów to znów jazda po mieście, wizyta u prezydenta i kolejny podjazd na most. Ten sam po którym znajdziemy się w drugiej części biegu. Zjazd z mostu i zakręt w prawo, w który wchodzę na pełnej petardzie. Tu jednak niespodzianka, bo z zakrętu zrobiła się nawrotka o 180 stopni, a ja ledwo wyhamowałem i zmieściłem się w drodze. Zostało kilometr do strefy zmian. Jechaliśmy po ścieżce rowerowej wzdłuż rzeki. Po obu stronach kibice i co raz głośniej. Byłem w tym samym miejscu, w którym jeszcze 3 godziny wcześniej płynąłem. Rozpiąłem buty, zeskoczyłem z Borata i biegłem przez strefę. Ta tym razem była zamotana, bo na początku musieliśmy przebiec przez niebieskie worki, co było dla mnie zaskoczeniem i nie byłem pewny czy dobrze biegnę. Renata krzyknęła gdzie biec i szybko biegłem odstawić Borata. Rower zakończyłem z czasem 2:36:17 ze średnią 34.5 km/h co było dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Chciałem zejść z roweru z czasem w okolicy 2:45…

Czerwony worek – wyrzuciłem z niego buty, czapkę, okulary, numer startowy, butelkę wody oraz żele na bieg. Kask do worka i ekspresowo wskoczyłem w Nike Epic React. Zapiąłem pasek, resztę rzeczy w rękę i wybiegłem w stronę toi toia …

2 Responses to 70.3 IM Astana – Borat na trasie

  1. Tomy pisze:

    150-170W… wydaje się małymi wartościami. Jaka jest Twoja waga?
    Jaka kadencję urrzymywałeś?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *