70.3 IM Astana – debiut w połówce czas zacząć

Published on: 20 czerwca 2018

Filled Under: Triathlon

Views: 5086

Tags: , , , ,

Pięć lat temu nie wiedziałem czym jest triathlon. Dopiero co rozpoczynałem swoje pierwsze treningi do maratonu. Przebiegnięcie 42 kilometrów ciągiem wydawało się dla mnie rzeczą niewykonalną – jak to tak można biec bez przerwy? Już sam dystans mnie przerażał, nie mówiąc o czasie jego trwania. To wtedy zobaczyłem, że mój trener, a teraz i przyjaciel stanął na pudle poznańskiego triathlonu. Pomyślałem – kurde, ale to musi być gość – pływa, jeździ na rowerze a na końcu biegnie – to tak się da?  Dziś mam za sobą swój pierwszy start na  dystansie 113km, który dał mi jedocześnie awans na kwalifikacje do Mistrzostw Świata – powiem tylko tyle – życie potrafi zaskakiwać, ale zacznijmy od początku. Panie i Panowie – zapraszam na najważniejszą w moim sportowym życiu relację z zawodów…

Zacznijmy jednak od początku. O tym dlaczego wybrałem Kazachstan pisałem już kilka dni temu. Pominę więc cały proces wyboru, a jeżeli nie czytaliście to zapraszam do przeczytania wpisu z pierwszych wrażeń w Kazachstanie. Zdecydowałem się przylecieć do Astany na dwa tygodnie przed startem. Wiedziałem, że jest duże ryzyko, że podczas zawodów mogą być wysokie temperatury,  chciałem się możliwie jak najbardziej zaaklimatyzować do warunków. Trenowałem przed południem, a następnie siadałem do pracy. Tak mijał mi każdy dzień przez dwa tygodnie. Co zaskoczyło mnie już pierwszego dnia to bardzo silne wiatry. Nie byłem nawet w stanie wyjść na rower – wiało tak mocno, że zmiatało mnie z drogi. Początkowo zaczynałem nawet łapać małego doła – nie jestem najlepszym kolarzem, a wiatr był dla mnie jeszcze niedawno największym demotywatorem.

Postanowiłem jednak spojrzeć na świat inaczej – potraktować go jako partnera treningowego. Dzięki temu oswoiłem się z wiatrem, a z perspektywy czasu myślę, że była to jedna z lepszych lekcji treningowych jakich doświadczyłem.

DCIM121GOPROG1334941.JPG

Dni mijały szybko – nie było czasu na nudę. Wszystkie treningi wchodziły jak należy – nie chciałem się jednak podpalać. To co najważniejsze dla mnie, to brak jakiejkolwiek nie spiny na wynik. To pierwszy start – próba tego co się wytrenowało, próba charakteru… Oczywiście – w głowie chciałem złamać 5 godzin – to byłby super wynik, ale wiedziałem, że to spore wyzwanie, a żeby to się zadziało to wszystko musi zagrać …

W czwartek doleciał do mnie Bartek, który za cel postawił sobie zdobycie kwalifikacji na MŚ w RPA w kategorii M25-29. Znaliśmy się wcześniej tylko z internetu – kilka razy spotkaliśmy się na zawodach. To co nas łączyło to wspólny trener i co najważniejsze – ta sama pasja. Rano jak zawsze basen, później pojechałem po Bartasa na lotnisko i zabrałem go do naszego apartamentu. Czułem się jakby ktoś przyjeżdżał do mnie w odwiedziny. To niesamowite obserwować jak ktoś przeżywa to samo zdziwienie, co Ty kilkanaście dni wcześniej – w Astanie wszystko jest inne … Tego dnia wyjątkowo też nie wiało.

Wieczorem wypiliśmy wino – coś co kiedyś w moim przypadku nie przeszło mi przez myśl. W piątek rano odebraliśmy pakiety. Wiatr był co raz większy, a na samym EXPO czuliśmy się jak w saunie. Jeżdżąc z Kalachem po zawodach na świecie, zawsze zazdrościłem zawodnikom tych dedykowanych na dane zawody plecaków. W końcu miałem i ja – mój własny – ten z zawodów z czerwoną Mk-ą…

IMG_9302

Na dzień przed startem doleciało do mnie moje indywidualne wsparcie. Renię odebrałem z lotniska, a dzień nawet nie wiem kiedy mi minął. Mam wrażenie, że od kilku dni na zmianę jadłem i się śmiałem. Wstawiliśmy rower do strefy zmian, poszliśmy na odprawę i w końcu spać. Zasnąłem dość szybko, a w ciągu nocy obudziłem się dwa razy – za każdym razem myśląc, że jestem w T1 a póżniej w T2… I tak przyszła 5ta rano …

W końcu ten dzień, na który tak długo czekałem. To dziś miałem przekroczyć kolejną granicę – sprawdzić siebie. Rozmawiając z Kalachem przed startem powiedział mi jedno:

RÓB SWOJE – NIE MUSISZ NIC NIKOMU UDOWADNIAĆ

Włączyłem swój motywującą nutkę, zbudowałem wieżę z Jengi, wcisnąłem ostatnie kanapki z miodem i odłożyłem telefon. Mimo nocnych godzin w Polsce sporo osób do mnie pisało, a ja chciałem już być wyłączony od wirtualnego świata. Skupiałem się wyłącznie na tym co mnie czeka. Wychodząc z domu myślałem, że idę na krótkie rozpływanie w wodach otwartych.

Z rana szybko ogarnęliśmy strefę zmian. Napompowaliśmy koła, dołożyliśmy buty do worków i poszliśmy potruchtać. Dziwnie nie stresowałem się. Po raz pierwszy chciałem żeby to było już… Czekałem na to, a kiedyś odkładałem w głowie start jak najdłużej …

Na dziesięć minut przed startem byliśmy jeszcze w toi toiach. Szybko założyliśmy pianki i skacząc przez płotki przecisnęliśmy się do pierwszej strefy startowej. Jak się okazało, przed nami było spokojnie jeszcze ze 100 osób, które były już na pomoście. Powoli szliśmy – pomost tak się ruszał, tak że powoli robiło nam się niedobrze. W końcu nadszedł ten moment – za kilka sekund miała rozpocząć się przygoda życia. Ostatnia piona z Bartem. Nie myśłałem wtedy o całym dystansie. Zadanie jakie miałem przed sobą to przepłynąć 1900 metrów. Wskoczyliśmy do rzeki….

IMG_9503 2

Nie ryzykowałem skoku na główkę, żeby nie spadły mi okularki. Pływanie po raz pierwszy mnie nie przerażało. Dystans nie był dla mnie straszny, a wizualnie patrząc na boję wydawało się to “w miarę blisko”. Na początku płynęliśmy 900 metrów po prostej linii. Co 150 mijaliśmy po lewej ręce boję kierunkową. Płynęło mi się bardzo dobrze. Pierwsze 300 metrów przepłynąłem w 4 minuty 20 sekund, co niewątpliwie rekordem na 100, 200 i 300 metrów :) Mam wrażenie, że cały czas trzymałem tempo, jednak dość późny start spowodował, że większość czasu musiałem omijać płynących wolniej zawodników. To było największe slalomowe pływanie w moim życiu. Przed nami była też spora część żabkarzy. Cały etap podzieliłem na krótkie etapy – płynąłem od boi do boi. Mniej więcej na wysokości 800 m zadziało się coś dziwnego. Nie dość, że zachciało mi się siku, to miałem wrażenie, że po kimś przepływam. Po chwili przede mną niczym potwór z Lochness zaczął ktoś wstawać. Jak się okazało pod mostem było tak płytko, że rękoma zahaczałem o dno, a ludzie zaczynali iść…

Po chwili nawrotka i połowa dystansu była już za mną. Spojrzałem na zegarek – 15 min 20 sekund – kurde – nieźle mi idzie pomyślałem – nie czułem zmęczenia – jak to utrzymam to szansa na dobry wynik gwarantowana. Jak się okazało powrót był o wiele cięższy. Wiatr, z czasem się rozkręcał powodował dość silny prąd i płynęło się dużo ciężej. Teoretycznie płynęliśmy z prądem, więc powinno być szybciej, a tak naprawdę było wolniej – sporo wolniej.

Tu też popełniłem kilka błędów – starałem się skupić na technice i mocnym pociągnięciu, a zapominałem o nawigacji, przez co kilka raz dryfowałem do środka koryta rzeki, musząc nadrabiać dystans. Kolejną boję mijałem aż w końcu dopłynęliśmy do ostatniej czerwonej boi nawrotowej. Jeszcze 50 metrów i koniec …

40_m-100824001-FT-2264_001676-17654138

Wstając zatrzymałem zegarek. 33 minuty 40 sekund – kurde jest nieźle – prawie 40 sekund szybciej jak chciałem. Szybko wybiegłem do strefy. Ekspresowo zdjąłem piankę, założyłem kask i już biegłem do Borata. Wskoczyłem na rower, po kilkunastu metrach zapiąłem buty i już znaleźliśmy się na trasie. Po kilkuset metrach, ku mojemu zaskoczeniu minął mnie Bartas. Zapytałem jak to możliwe, że wyszedłem przed nim z wody. Bartas krzyknął … OGIEŃ i tak zaczęliśmy kolejny etap – przede mną 90 kilometrów roweru, ale o tym jak było z Boratem na trasie w kolejnym wpisie….

One Response to 70.3 IM Astana – debiut w połówce czas zacząć

  1. Jarek pisze:

    No nie mogę jak się rozkręcało to zakończył i trzeba czekać :D.
    Ty to umiesz dozować wrażenia i ciśnienie czytelnika :P.
    Brawo Łukasz ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *