fbpx

Ironman – czy zrobiłbym coś inaczej?

Published on: 28 listopada 2022

Filled Under: Motywacja, Triathlon

Views: 2194

Jeszcze nigdy żadne zawody nie siedziały mi tyle w głowie. Mimo, że minęły już trzy tygodnie, a ja znów jestem w samolocie do USA te emocje są cały czas ze mną (napisałem to 2 tyg temu :)). Przeglądając filmiki przechodzą przeze mnie ciary, oczy stają się szklane, a ja jednocześnie czuje się po trochu pusty. Cel, który był ze mną przez blisko rok jest już za mną, a w głowie milion myśli co dalej. Czy biec na wiosnę maraton, a może skupić się na połówce, aż w końcu gdzie kolejny IronMan. Ten dystans jest na tyle niesamowity, że naprawdę chce się go powtórzyć. Z jednej strony ciężki, wyczerpujący psychicznie, z drugiej niesamowicie motywujący i uzależniający? Szczerze mówiąc myślałem, że to będzie taki one night stand – zrobić, zaliczyć – mieć odhaczone z listy rzeczy do zrobienia w życiu, ale jest wręcz przeciwnie. Bardzo mnie ciągnie do kolejnego startu, bo to niesamowita okazja do bycia sam na sam ze sobą, sprawdzenia siebie i walki z największym wrogiem – z własną głową. Walki z moim krytykiem. I to właśnie ten krytyk będzie grał dziś pierwsze skrzypce ….

Po przekroczeniu lini mety powoli zaczynasz niedowierzań, że to już … przygotowania, potem te ostatnie dni wyczekiwania i nagle jest już po. To trochę jak ze studniówką, czy maturą. Przez okres przygotowań skupienie, pewna doza niepewności, po czym po wszystkim masz wrażenie, że coś zniknęło i trudno Ci chwilowo bez tego żyć.

FOMO – fear of missing out – coś co czują ludzie podczas np. odstawienie od internetu – chyba po raz pierwszy tak bardzo mi towarzyszy, ale w stosunku do sportu – a w szczególności do zawodów. Kocham trenować i zawody zawsze były dla mnie dodatkiem. Przez ostatnich blisko dziesięć lat to codzienne treningi nadawały jakiś wewnętrzny sens dnia. Lubię po prostu rano wstać i się poruszać – to już pewnego rodzaju uzależnienie – i o ile jestem jak najbardziej świadomy, że nie jest to do końca zdrowe, to na pewno lepiej pójść w ćpanie sportu niż w alko, czy jeszcze gorsze używki. Jest we mnie chwilowa pustka, bo nie ma przede mną jasno określonego celu, z drugiej strony te kilka tygodni bez konkretnego planu też mogą być fajne. Nie zrezygnowałem z aktywności – prawdopodobnie nawet za mało odpoczywałem po pełnym dystansie, ale jakoś nie potrafiłem sobie odmówić codziennego bieganie w Meksyku. Do tego kilka dni w Szklarskiej były niesamowitym zastrzykiem energii. Poznanie nowych ludzi, winkowanie do północy, a potem wstawanie z oczami na zapałki może nie było najlepszą regeneracją, ale dla mnie był to czas, kiedy najważniejsi są ludzie. Ludzie, którzy są ze mną na dobre i na złe.  Ludzie, którzy mi kibicują, a rozmawianie z nimi zawsze motywuję do dalszej pracy nad sobą.

Wracając jednak do pytania, które zadał mi Mati jakieś dwie godziny po przekroczeniu linii mety:

Czy jest coś co zrobiłbym inaczej na Ironmanie? 

Gdybym tego dnia mógłbym zrobić coś inaczej to pewnie bym to zrobił. Gdybanie, co by było gdyby nie ma tu sensu. Ironman jest dystansem, gdzie co chwila musisz podejmować decyzje – zarządzanie kryzysowe. To jak lot samolotem, który wpada w turbulencje, i musisz zmienić trasę lotu, żeby bezpiecznie dolecieć do celu. Na mecie byłem przeszczęśliwy – czas po trochu nie miał znaczenia, jednak z perspektywy kilku tygodni, mój wewnętrzny krytyk zaczyna grać pierwsze skrzypce i jest kilka rzeczy, które uważam, że można było rozegrać inaczej – czy wpłynęło by to na wynik? Nie wiem, ale na pewno te przemyślenia, są dobrą lekcją przed kolejnym spotkaniem z długim dystansem, gdzie Ironman wyłoży swoje asy z rękawa i powie – sprawdzam. 

Przygotowanie w strefie zmian przed startem

226 kilometrów, które są do pokonania to naprawdę długi dzień. Żeby zrobić to sensownie, trzeba dobrze zjeść i odpowiednio się rozgrzać. O ile w przypadku jedzenia nie mogę sobie nic zarzucić, choć może powinienem zjeść trochę więcej rano, to zabrakło mi rozgrzewki. Na start dojechaliśmy na styk, mimo, że zaplanowaliśmy dojazd całkiem rano. Zabrakło jednak bufora bezpieczeństwa na sporą kolejkę do autobusów wiozących nas na start, czy tego, że może być to zorganizowane trochę po macoszemu. Alternatywą mogło być pojechanie własnym samochodem. Następnym razem na pewno warto dwa, czy trzy razy więcej przeanalizować czas. Lepiej być na linii startu za wcześnie, niż za późno. Czy zabrakło mi tej rozgrzewki? Nie wiem – w wodzie czułem się dobrze, ale być może mogłem się czuć jeszcze lepiej i nogi na początku roweru mogły być bardziej rozgrzane …

Nie pić vitargo na rowerze. 

To moja największa lekcja z tych zawodów, która być może kosztowała mnie dobre dwadzieścia kilka minut. Zawsze podczas carboladingu przez dwa – trzy dni przed startem piję Vitargo Electrolite. W moim przypadku jest ono mocno moczopędne i przy zwiększonej liczby płynów naprawdę dość często latam do toalety. Nie testując tego wcześniej, zdecydowałem się, że przez pierwszą godzinę trasy kolarskiej zamiast żeli będę przyjmował węgle z Vitargo – ciężko mi powiedzieć, czy późniejsza spora liczba postojów na sikanie była spowodowana Vitargo, czy chłodem (na początku mieliśmy 3C) to jednak więcej tego napoju nie wezmę ze sobą na trasę. 

Nie zatrzymywać się do toalety na biegu

To z kolei coś na co jestem zły na siebie. Zawsze marzyło mi się, żeby podczas IM przebiec całkiem niezły maraton. Tu jednak wchodząc w okolicy 24 kilometra do toalety otworzyłem furtkę na zatrzymanie się, czy spowolnienie. I o ile w dniu zawodów nie miałem, żadnych myśli, że tu nie ma wstydu, żeby przejść do marszu przechodząc przez punktu, to dziś myślę, że tu trochę głowa siadła. Gdyby nie ten pierwszy postój do toalety, to być może cały dystans pokonał bym biegiem – może z wolniejszymi niektórymi kilometrami, ale nadal był by to ciągły bieg. Nadal jest to gdybanie, jednak na następny IM to coś nad czym będę chciał popracować. Z drugiej strony zatrzymanie się i jedzenie bez opamiętania czipsów, które postawiły mnie na nogi było naprawdę bezcennym momentem. A sam fakt, że udało mi się zebrać na ostatnich kilkanaście kilometrów biegu daje nadzieję, że ta główka, która czasem potrafi przechodzić przez kryzys, jest w stanie wygrać z wewnętrznym krytykiem. 

Więcej żeli na biegu 

Strategię żywieniową zarówno na rowerze jak i na biegu realizowałem zgodnie z planem. Nie miałem, żadnych zjazdów energetycznych, myślę, jednak, że na biegu można było zwiększyć podaż węglowodanów i kalorii. Jest ona mniejsza niż na rowerze, a może warto było by jednak celować w wartości zbliżone podczas etapu kolarskiego. Do przetestowania na pewno podczas dłuższych zakładek. 

Więcej grzechów nie pamiętam. Czas powoli zacząć myśleć o jakimś nowym celu … jest kilka pomysłów, teraz tylko to uporządkować. A ten wpis, to jeszcze nie koniec opowieści o IM. Następny odcinek o żywieniu.

Do usłyszenia! 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *