New York City Triathlon – FINISH !!!

Published on: 20 lipca 2017

Filled Under: Bez kategorii

Views: 3081

Tags: , ,

Niezłe pływanie, bardzo dobry rower jak na górzystą trasę i nadszedł czas na bieg. Moją koronną konkurencję w triathlonie. Z roweru schodzę widząc na zegarku czas 1:34:18, w głowie zaczyna się kalkulacja, że jest szansa na wynik w granicy 2 godzin i 20 minut. Jest tylko jeden problem … strasznie chce mi się siku …

Wybiegając ze strefy złapałem dwie buteleczki z zamrożoną wcześniej wodą, czapkę i okulary. Temperatura powietrza rosła z godziny na godzinę i kiedy wyruszałem na bieg wynosiła już około 28 stopni. To nie najlepsze warunki do biegania, szczególnie, że już kilka razy – min. w Chodzieży (KLIK KLIK) i Suszu tak wysoka temperatura mnie pokonała. Polewam się lodowatą wodą, drugą buteleczkę wypijam i ruszam w pościg z czasem. Mijając drugą strefę zmian mijam wszystkich wychodzących zawodników z mojej czerwonej strefy.

W głowie mam multum myśli – siku!, wspomnienia z maratonu w Nowym Jorku, który kończył w Central Parku i mnóstwo pagórków, siku!, podbieg do Central Parku o którym wspominał Paweł przed startem i dla odmiany siku!

Za pierwszym zakrętem mijam żółtą strefę zmian, a moim oczom ukazuje się pionowa ściana płaczu. Paweł mówił, że będzie pod górkę, ale to miało być na całej długości 72 ulicy, a nie zaraz przy strefie. Ludzie idą, a wręcz próbują się wczłapać się na górę. Staram się biec jak najszybciej się da, choć nie jest łatwo. To tak jakby wbiegać na koronę Stadionu Narodowego, tylko zamiast schodów pochyła nawierzchnia. Mijam przy tym toi toje, ale nie myślę, już o sikuaniu. Teraz liczy się ten podbieg i to, żeby jak najszybciej znaleźć się na długiej 72 ulicy. Chwilę po podbiegu zegarek łapie auto lapa pierwszego kilometra: 4:48 … Cudownie … patrząc na to, że biec powinienem w okolicy 4 minut na kilometr …

photo-1

W końcu znajduje się na długiej prostej prowadzącej do Central Parku. Nogi nie czują podbiegu i pozwalają na rozpędzenie się do moich prędkości. Biegnę po 3:50 wyprzedzając wszystkich w mgnieniu oka. Nowo Jorczycy krzyczą do mnie, że świetnie wyglądam i żebym trzymał to tempo. Z boku musi na pewno to wyglądać komicznie – mnóstwo truchtających i walczących o przeżycie zawodników, a obok ja mknący jak petarda. Nogi mam mega luźne. Przypomina mi się jak wygląda Central Park i wiem, że jak tylko znajdę się w Parku będzie długi zbieg, a później już zacznie się konkretny kilku kilometrowy podbieg.

Spoglądam na zegarek – po drugim kilometrze średnia z biegu już wynosi 4:24 min/km. Biegnie mi się co raz lepiej i kiedy tylko mogę puszczam wolno ręce a na zbiegach wydłużam krok. Przestaję zwracać uwagę na kilometry, a na mile.

W głowie myśli, że jeśli utrzymam tempo 4:24 to mam szansę na równo 2:20 …

photo-6

Nagle jest znacznik drugiej mili – jakaś Pani krzyczy, że ten to dopiero biegnie i mocno dopinguje. Wiem, że zaraz pojawi się podbieg, ale dziwnie się jego nie obawiam. To, że mogę wyprzedzać dodaje mi energii. Wyczekuje znacznika kolejnej mili – robi się jednocześnie gorąco i brakuje mi picia.

Przy trzeciej mili na punkcie żywnościowym łapię trzy kubki z wodą … pierwszy na głowę – o jak dobrze – zimna woda! Drugi lekko popijam, a trzeci prosto w twarz – tu niespodzianka – woda okazuje się być jednak klejącym się pomarańczowym gatoradem. Oblizuje się i lecę dalej. Wiem, że mam już za sobą połowę, a zaraz na czwartej i piątej mili czekać na mnie będą moi kibice – drużyna 3run.pl !!!
photo-3

Kolejny podbieg, a zaraz za nim zbieg. Średnie tempo na zegarku spada – jest już w okolicy 4:20 min/km. Czeka mnie jeszcze tylko jeden podbieg, a już niedługo długi zbieg (tak przynamniej mówili … )

Na czwartej mili kubki podaje mi Polka, krzyczy dawaj Łukasz, a ja tylko się rozpędzam. Cały czas liczę, że biegnąc po 4:24 złamię 2 godziny i 20 minut – głowa nie analizuje już tego, że przecież biegnę szybciej – średnie temp spada 4:19 – 4:18 …

Kilkaset metrów przed punktem na 5 tej mili (8 kilometr) pojawia się Marcin razem z polską flagą. Zaczyna biec koło mnie – naturalnie przyśpieszam. Nawet aż za bardzo … Patrzę na zegarek tempo 3:30 … nie no cudownie, ale jak długo takiego tempa nie utrzymam. W oddali pojawia się punkt żywnościowy, a na nim Asia – żona Marcina. Tak jak ona podaje kubek to mucha nie siada. Lekko zrobiony dziubek i prosto do ręki. Licze na to, że Marcin już zostanie, a on nic sobie z tego nie robi. Napiera dalej koło mnie trzymając w górze uniesioną naszą narodową flagę. Zaczynam sobie wyobrażać, że dobiegnie ze mną do mety … super, tylko ja nie dam rady tak biec … Nagle mówi, że zostaje i krzyczy, że już tylko z górki. Wyprzedzam i wyprzedzam … a jak wyprzedzać to tych w różu !

photo-4

Puszczam luźno nogi … kolejny kilometr mija – wiem, że już nic mnie nie zatrzyma. Nie ma szansy na żadną bombę – czuje się nad wyraz dobrze! Jeszcze tylko jakieś 6 minut biegu. Pojawia się tabliczka 6 mili – to już końcówka – zostało 400 metrów – trzeba zacząć finish … Rozpędzam się na maksa, słyszę spikera, a tu jeszcze rondo do zrobienia – GDZIE JEST TA PRZEKLĘTA META !!! Wychodzę na ostatnią prostą łapię się za głowę, unoszę ręce w geście zwycięstwa (w tym momencie pisząc to pojawiają mi się łzy) i przekraczam metę triathlonu na dystansie olimpijskim w Nowym Jorku – MOIM NOWYM JORKU. Bieg kończę z czasem 42:44 co daje średnie tempo 4:16 – można mówić, że słabo, ale łącznie wychodzi mi 250 metrów przewyższeń – Sieraków przy tym to płaska trasa. Osiągam przy tym 130 bieg na 3135 osób

Zatrzymuje zegarek – i nie wierzę w to co się stało: 2 godziny 18 minut i 11 sekund !!! Jestem 178 zawodnikiem na mecie, a jednocześnie 25 w swojej kategorii wiekowej na 332 osoby!

Poprawiam wynik z Warszawy o ponad 11 minut … w ciągu jednego miesiąca !!! To był ten dzień – wszystko zagrało jak miało – a nawet lepiej !!!

Na mecie czeka na mnie Adam, który startował w żótej fali. Mówi, że to był pierwszy triathlon w którym musiał na mnie czekać na mecie …

Na mecie nie czuje nawet zmęczenia. Jestem przeszczęśliwy! Wszystkie treningi które wykonałem odpłaciły tego dnia – podczas startu, od którego nie oczekwiałem nic więcej, jak dobrej zabawy!

Na tym koniec relacji, ale obiecuję, za kilka dni jeszcze jeden post – o tym co właściwie spowodowało, że poszło tak dobrze.
Dzięki wielkie za doping, i to, że śledzicie poczynania! To też duży kop do pracy !!!

4 Responses to New York City Triathlon – FINISH !!!

  1. Jakub pisze:

    samemu mi się zaszkliły oczy, i rodzi się pytanie – co z tym siku? buhahah :}

  2. Edytorka pisze:

    Zazwyczaj nie komentuję, ale teraz muszę. Popraw proszę ‚pagurków’ na ‚pagórków’ zanim czytacze dostana zawalu serca. Ja prawie dostałam. Proszę! Pozdrawiam i gratuluje świetnego wyniku (a komentarz możesz usunąć, pozdrawiam).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *