Taitung Triathlon – bieg po pudło

Published on: 23 marca 2018

Filled Under: Podróże, Triathlon

Views: 6806

Tags: , , , ,

Słońce co raz bardziej dawało znać o sobie, a kiedy wybiegałem ze strefy zmian, nisko nad moją głową z głośnym hukiem przeleciały dwa myśliwce. To było takie dziwne uczucie – za mną 1500 metrów pływania w rekordowym jak dla mnie czasie, mocny rower – właśnie zaczynałem bieg – byłem już zmęczony – głównie przez temperaturę i wilgotność, a tu te dwa myśliwce… Może to jakiś symbol? Uśmiechnąłem się do siebie i zaraz po zbiegu z górki na której była strefa zmian spróbowałem zacząć biec szybko …

Nie patrzyłem na tempo i zegarek. W triathlonie w zasadzie robie to bardzo rzadko. Biegnę na tyle na ile mogę, a zegarek raczej służy mi tylko informacyjnie. Nawet jeżeli biegnę za wolno to zazwyczaj na daną chwilę jest to mój maks.

Pierwszy kilometr biegnie wzdłuż miejsca w którym pływaliśmy. W okolicy pierwszego kilometra Tata Łukasza krzyczy, że jestem 26 po rowerze. Nie mam pojęcia, który w kategorii wiekowej, ale  biorąc fakt, że na trasie są też zawodnicy z duathlonu, to myślę, że jestem gdzieś w pierwszej dziesiątce. Na numerach startowych i na nogach mamy informacje w której kategorii wiekowej jesteśmy – M35-M39 (ale jestem już stary!) oznaczona jest literką I.

IMG_37BC6A0733BB-1

Skręcam w prawo wgłąb parku, który jest niczym sauna – alejka pośród drzew i krzaków w której czujesz się jak by powietrze stało. Wiem, że za jakiś kilometr powinien być punkt żywieniowy i wtedy myślę tylko o nim – chcę jak najszybciej polać się zimną wodą. Przed sobą na podbiegu widzę dwóch zawodników. Jednego dochodzę dosyć szybko, do drugiego zbliżam się z każdym metrem.

Trasa biegowa to 2 km dobiegu ze strefy zmian przez wspomniany jak na tamtą chwilę tropikalny busz, a następnie dwie pętle po cztery kilometry. Kończąc dobieg mijam punkt żywieniowy. Zanim dobiegam do wody koło mnie kilkanaście beczek z lodowatą wodą, a w nich duże miski do polewania. Próbuję złapać w pierwszej, ale z wodą w biegu są za ciężkie. Jak TGV przebiegam koło nich, jednocześnie ochlapując się obiema rękoma z każdej beczki. Wolontariusze krzycą wtedy WOW … Kilka metrów dalej stolik z małymi kubkami wodą. Łapię ręką od góry 3 kubki. Dwoma polewam głowę i twarz, trzeci wypijam.

IMG_1217

Kolejny kilometr przypomina mi bieg w central parku, tyle, że tu jest dużo cieplej. Niby lekki podbieg długi na jakieś dwieście metrów, który na codzień był by płaską trasą, a tu daje się we znaki. Na szczęście za chwilę zbieg. Wyprzedzam kolejnych kilka osób, a za sobą słyszę mocne stękanie. Odwracam głowę, czując się jak bym prowadził wyścig i chce skontrolować czy ktoś mi zagraża w pozycji lidera. Chyba już mi mózg się przegrzewa. Widzę zbliżającego się z oddali wysokiego, ładnie technicznie biegnącego zawodnika. Próbuję przyśpieszyć, ale tempo 4:30-4:20 to max na jaki mnie stać w tych warunkach.

IMG_1229

Dobiegam do kolejnego punktu – ta sama sytuacja – ochlapywanie się z beczek – zabieram też kilka gąbek – jedna pod czapkę, dwie wkładam na wysokości serca pod strój startowy. Czuje się trochę lepiej, ale nie na długo… Tu też jesteśmy na małej agrafce – zabieram opaskę na rękę oznaczającą, że przebiegłem najbardziej oddalony punkt biegowej pętli. Widzę, że ten co tak ładnie technicznie bieg nie wygląda już tak dobrze, ale skubany nadal trzyma tempo i to kwestia czasu, żeby mnie wyprzedził.

IMG_1222

Myślę sobie – cztery kilometry już za mną – jeszcze tylko sześć – to jakieś dwadzieścia pięć minut biegu – jakoś dam radę. Wiem, że zaraz znów będzie gdzieś Łukasza Tata, a on zawsze motywuje mnie do walki. Jednocześnie też, kiedy są moi kibice na trasie odżywam i zaczynam mocniej i ładniej biec. To wtedy wyprzedza mnie jedna osoba – patrzę, że jest z mojej kategorii wiekowej – to ten sam, który od początku mnie gonił. Moja głowa przyswaja tą informację – wiem, że nie utrzymam jego tempa, ale załącza mi się wtedy opcja walki, żeby nie dać się już nikomu więcej wyprzedzić do końca biegu. Jedno oczko w dół wystarczy, a to przecież ja mam wyprzedzać.

92_3rd-2368284-DIGITAL_HIGHRES-2304_014055-15316399

Jeszcze przed szóstym kilometrem mijam kilka osób – ponownie punkt żywieniowy i Łukasza Tata. Tu już są worki z lodem – łapie dwa i podobnie – pod czapkę i za strój. Przebiegając koło stołów czuję zapach kiełbasek (nie to nie był zapach – to był na tą chwilę smród), a wolontariusze krzyczą wtedy sausage, sausage … no nie – kiełbaski na biegu??? Uśmiałem się i to był moment, że mimo zmęczenia zaczęło mi się dobrze biec. Trzymałem tempo, złapałem kolejną opaskę i wiedziałem, że do mety zostało już bardzo nie wiele.

Na drugiej pętli cały czas wyprzedzałem – teraz już pewnie w większości zawodników, którzy dopiero zaczynali bieg. W oddali słychać było już spikera. Zostało kilkaset metrów i przyśpieszyłem już do maksa – wbiegam w alejkę przed metą – spiker krzyczy – „WELCOME FROM POLAND – LUKASZ REMISIEWICZ”. To niesamowite uczucie! Jestem zmęczony, ale szczęśliwy. Tata Łukasza mówi, że jestem 12 na mecie, ale to razem z duathlonem. Idziemy sprawdzić wyniki – nie są nigdzie wywieszone – jednak wolontariusze chodzą z informacją gdzie na stronie można zobaczyć – okazuje się, że jestem 7 open i 2 w kategorii… Po chwili jednak spadam oczko w dół i tak już zostaje do końca. WHAT? To się nie dzieję naprawdę! Ja na pudle?

97_3rd-2368284-DIGITAL_HIGHRES-2304_016954-15316404

5150 Taiwan Triathlon w Taitung kończę jako 8 zawodnik na ponad 1000 osób, jednocześnie 3 w swojej kategorii wiekowej. Wynik oficjalny 2:35:03, u mnie na zegarku 2:34:20. Różnica czasu wynika pewnie z maty i momentu wejścia do wody (podobną różnicę mam w czasie pływania). Sam triathlon miał lekko wydłużone trasy pływania i roweru i bardzo długie strefy zmian. Jedynie bieg był wymierzony dobrze.

Pływanie – 1550m – średnia 1:46 min/100m – 11 miejsce Open, 2 kategoria

Rower – 43 km – średnia 34.2 km – 55 miejsce Open, 10 kategoria

Bieg – 10 km – średnia 4:20 min/km – 8 miejsce Open, 3 kategoria.

Dość długo czekamy na dekorację, ale to ta chwila na którą warto czekać… jednak tu też Was jeszcze chwilę potrzymam w niepewności, bo ta radość z podium to okazja na jeszcze jeden wpis :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *