Triathlonistę poznaję się po tym jak kończy …

Published on: 16 sierpnia 2017

Filled Under: Triathlon

Views: 3209

Tags: , ,

Nie oczekiwałem od tych startów za wiele … Nawet nie byłem pewny, że w nich wystartuje. Nowy Jork miał być TYM startem, a później były krótkie wakacje. Aktywne bo aktywne, ale formy na nich raczej nie robiłem. Dlatego do startu na sprincie w Gdyni i ćwiartki w Chodzieży początkowo podchodziłem z dużą rezerwą – zrobie dla zabawy … co będzie to będzie … No bo czy można oczekiwać odpalenia formy na samą końcówkę sezonu ???

Do Gdyni jechałem z głównym nastawieniem kibicowania Łukaszowi. Przy okazji krótki start, w którym ciężko bez konkretnego treningu było mi oczekiwać poprawy wyniku – raz, że wszystko w tak zwaną pałę, a dwa, że rok temu wykręciłem już całkiem niezły wynik. Warunki też nie były zbytnio sprzyjające – wiało jak w kieleckim … Jednak mimo, że był to szybki wyścig, to dużo mnie nauczył! O tak! Nauczyłem się przede wszystkim, żeby zawsze walczyć do końca i nie kalkulować! Słuchać organizmu i robić swoje.

Pływanie – niby jedynie 750 metrów, ale jednak w morzu. Po przerwie kiedy w stanach nie pływałem, nie czułem w ogóle pływackiego flow, ale jakiś tam poziom zawsze posiadam. Przezornie ustawiłem się w 7, może 8 rzędzie, żeby nie przeszkadzać tym szybciej płynącym .., BŁĄD !!! Wielki błąd… W Gdyni, ku mojemu zdziwieniu nie było rolling startu … Puszczanie chmary ludzi na hura to masakra.
Można było całkiem długo biec, ale niestety początkowe rzędy od razu rzuciły się do poziomu wertykalnego. Nie to, że wody było lekko poza kostki, ale w końcu woda to trzeba płynąć – tym sposobem w wielkiej chmarze żabek (nie tych pływających) trzeba było się w jakiś sensowny sposób przedostać do przodu. Blokowany cały czas zupełnie nie mogłem złapać swojego rytmu i tak naprawdę dopiero za boją nawrotową udało mi się zacząć sensownie płynąć … Wychodząc z wody nie miałem pojęcia jaki jest czas, bo gdzieś w trakcie dostałem z nogi w rękę i złapał się lap na zegarku więc według polara byłem już na rowerze :)

fot.Mariusz Nasieniewski/maratomania.pl

fot.Mariusz Nasieniewski/maratomania.pl

Strefy Zmian – to na wielki plus Gdyni  – system workowy, mimo, że u nas w Polsce jeszcze tak mało popularny to doskonała alternatywa do koszyczków przy rowerach. Wychodzisz z wody – zdejmujesz piankę, zakładasz kask i dzida do roweru. Dużo lepiej biegnie się bez ciążącej pianki.

Przy całym plusie szybkiej strefy zmian muszę jednak trochę ją skrytykować. Nie lubię hejtować i jestem daleki do tego, ale muszę przyznać, że organizacja strefy była fatalna. Sędziowie / wolontariusze nie mieli zielonego pojęcia o co chodzi i jak powinniśmy się zachować. Nie pozwolili nam wejść zostawić roweru bez wpiętych butów do niego, mówiąc jednocześnie, że nic rano nie będzie można donieść. W pakietach startowych dostaliśmy worki na rowery, ale nie mogliśmy nimi przykryć rowerów – gdzie sens, gdzie logika? Nie muszę chyba dodawać, że rano do strefy zawodnicy wschodzili ze pełnymi torbami rzeczy i bez problemu dokładali rzeczy do worków. Sama strefa była otworzona 20 minut po czasie. Od tak dużej imprezy jak Gdynia oczekiwałbym lepszego przeszkolenia sędziów (sam kiedyś nim byłem 2 lata temu), oraz większego szacunku dla czasu zawodników. Chętnie pospałbym te 20 minut dłużej, zamiast siedzieć na krawężniku.

ENE137_5467_2017

Tyle z narzekania – po szybkiej strefie od razu na rower. Wiało konkretnie – tak, że czasami przestawiało rower o metr w bok. To nie pozwalało rozwinąć za dużej prędkości, ale patrząc na generowaną moc widziałem, że jadę swoje. Próbowałem coś tam kalkulować i cały czas wychodziło mi, że o życiówce mogę zapomnieć … Zaraz za mną na rower wyszedł Olek (z Bydgoszcz Triathlon), z którym mieliśmy mały challenge żeby się pościgać – chciałem go tym zmotywować do treningów. Jeszcze na kostce dojazdowej mnie wyprzedził i tyle go widziałem. Cały czas na trasie się jeszcze oglądał, ale wiedziałem, że tego dnia wiatr rozdaje karty. Pod wiatr starałem się przepychać, a jak tylko wiało w plecy to blat w dół i jak najmocniej … Cały czas coś kalkulowałem i byłem już pogodzony z tym, że dalek do życiówki. Zbliżając się do strefy zmian wyprzedzałem Łukasza, który startował z niepełnosprawnym Jasiem. Zwyczajnie było mi głupio, ale wyminąłem chłopaków i chwilę przed nimi wjechałem do strefy zmian. Szybko dobiegłem do worka założyłem buty i zobaczyłem na zegarku, że nawet jeśli pobiegnę po 4:15 (po tyle pobiegłem rok wcześniej) to zrobię życiówkę … To dało mi mega kopa…

ENE137_6256_2017

Na biegu postawiłem wszystko na jedną kartę – rozpędziłem się do 4 min/km i nie patrzyłem już na zegarek. Włączyłem w sobie opcję nieśmiertelność i napierałem do przodu. Podczas całego biegu słyszałem Was dodających sił – naprawde jak się słyszy DAJESZ ŁUKASZ to jakoś łatwiej się biegnie. Przy Świętojańskiej moi bliscy znajomi – górka nie była mi już straszna – o dziwo pokonałem ją tempem 4:15 i zaraz za zakrętem rozpędziłem się do grubo poniżej 4. Kiedy wbiegałem na promenadę wyprzedził mnie jeszcze Robert Korzeniowski sapiący jak lokomotywa. Próbowałem złapać się na plecy, ale to nie było stanowczo moje tempo. Dopiero na 500m przed metą odpaliłem wrotki. Jak to mówi Dorota -biegam trochę jak nasi lekkoatleci na 800m. Finish mam mocny – pewnie za słabo biegnę wcześniej, ale za to na ostatniej prostej potrafię się rozpędzić jak pendolino i wtedy nic już mnie nie zatrzyma.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Na metę wpadam z wynikiem 1:14:33 poprawiając swój wynik z poprzedniego roku o ponad minutę. Niby niewiele, jednak na dystansie sprinterskim to każde sekundy się liczą….

Nie minął tydzień i wróciłem do Chodzieży, żeby po raz trzeci wystartować w tym mieście. Mój pierwszy start umierałem podczas Afrykańskich upałów (2:43:34). Rok temu popłynąłem fatalnie i na mecie zameldowałem się z czasem (2:31:57). Teraz mocno liczyłem na rower i bieg, a i pływanie samo z siebie powinno pójść o wiele lepiej – po prostu zeszłoroczny wynik to była pomyłka (NA PEWNO BYŁO ZA DUŻO PŁYWANIA – czytaj zwiedzałem jezioro !).

Miałem ochotę na mocne ściganie na koniec sezonu. Z jednej strony nie miałem żadnej spiny na wynik, a z drugiej chciałem po raz ostatni dać z siebie wszystko. Całości smaczku dodawało to, że moja kochana blogerka Run The World stanęła tego samego dnia na linii startu. Królowa to zdolna bestia – dopiero co zaczęła uczyć się pływać, Krycha jej rower nie jest jej najlepszą przyjaciółka – dopiero na biegu marzy o tym, żeby pokazać co potrafi! Postanowiliśmy rzucić Wam pytanie – jaka będzie różnica między nami na mecie – wydaje się być oczywistym, że facet powinien wygrać, ale nie wiecie jakie siły potrafią drzemać w rządnej walki kobiecie!

20883210_1471638749542114_628118004_o

Postanowiliśmy popłynąć razem. Był jeszcze z nami Tomek. Dopłynęliśmy na linię startu, coś tam jeszcze gadaliśmy i nagle BOOM – usłyszałem cicho NA MIEJSCA i tylko zdążyłem kliknąć START w zegarku i ruszyliśmy. Poszedłem mocno – chyba za mocno. Zegarek pokazał, że pierwsza setka w 1:20 – nie wiem czy to możliwe, ale fakt, że płynąłem na maksa – druga 1:38 … później już wolniej. Pierwszy raz w Chodzieży nie czułem zmęczenia i w końcu dobrze nawigowałem. Przy nawrotowej boi najpierw ja przepłynąłem po kimś, chwilę później ktoś zaczął mnie ciągnąć pod wodę… To była Kasia !!!

O nie młoda damo – tak nie będziemy się bawić !!! Starałem się płynąć ile sił w rękach, ale cały czas z jednej strony była królowa, z drugiej Tomaszek. Do wyjścia dopłynęliśmy razem. Wyciągając głowę z wody zobaczyłem Kasi plecy i to tylko mnie zmotywowało do szybkiego wybiegu. Jeszcze wychodząc z wody byłem już przed Królową. Szybka strefa zmian i wybiegając klepnąłem ją tylko w tyłeczek, kiedy wycierała swoje królewskie stópki w różowy ręczniczek!

20841422_1471639902875332_1695786003_o

Na rowerze plan był jechać w przysłowiową pałę. Górka, która zawsze sprawiała mi problem w tym roku poszła gładko. Dobrze pamiętam jak dwa lata temu wyprzedzała mnie jakaś dziewczyna krzycząc, żebym jechał a nie się ślamazarzył. Na pierwszej nawrotce miałem średnią 33km/h i tylko czekałem, żeby zobaczyć gdzie jest Kasia. Ku mojemu zdziwieniu była zaraz za mną, z mocno zaciśniętymi zębami. Miałem dwie minuty przewagi po pierwszej pętli. Tu straciłem też z 30 sekund, kiedy nikt nie pokazał mi, że tu już jest nawrotka. Dając mocno po hamulcach zablokowało się koło – czekałem tylko na to, żeby zaliczyć szlifa przy kibicach. Wyprowadziłem rower i ruszyłem mocno na drugą pętlę. Skontrolowałem, że przewaga się powiększa i tylko wyczekiwałem kolejnej nawrotki. Wiedziałem, że wtedy będzie już z wiatrem i z górki. Po 1h i 20 minutach (średnia 34 km/h) zjechałem do strefy zmian. Czekałem na ten bieg. Wybiegając ze strefy Maciej krzyknął do mnie Cześć Łukasz … WHAT?? Schodzę z roweru przed Maćkiem?

IMG_0329

Pierwsze kilometry biegłem koło 4 min/km. Biegło mi się bardzo dobrze – nie byłem w strefie komfortu, ale nie było też cierpienia. Wiedziałem, że mam około 4 min przewagi nad Kasią. Pierwsza pętla bardzo dobrze i w tym momencie w lewej i prawej nodze zacząłem czuć zbliżające się skurcze głowy przyśrodkowej mięśnia czworogłowego uda (jakkolwiek skomplikowanie to brzmi). Bół był tak mocny, że z tempa 4min/km spadłem na blisko 4:45 min/km. Biegnąć skakałem i waliłem się pięściami w nogi, żeby jakoś to rozbić. Zaczynałem się powoli godzić z tym, że zaraz przejdę do marszu – wiedziałem jednak, że jeśli zacznę iść to później już nie zaczną biec. Z tyłu głowy miałem to, że Kasia też chciała biec po 4min/km więc jak zaraz mocno zwolnię to zwyczajnie mnie prześcignie na mecie. Dopingujący Paweł Skuza krzyczał, że już tylko 4km, a ja w odpowiedzi, że mam skurcze. 4 minuty później Kasia dostała informacje – rób swoje – Remiś ma skurcze … grrr….

IMG_1581

Po 500m skurcze puściły, a mi udało wrócić się do szybszych prędkości. Na ostatnim kilometrze wszedłem jak zwykle na najwyższe obroty. Dopingowali mnie PROsi i AG rozgrzewający się do MP w olimpijce i w końcu po 2 godzinach 26 minutach 43 sekundach wbiegłem na metę ostatniego triathlonu w tym roku. Cieszyłem się jak dziecko, z tego, że urwałem tak dużo z ubiegłego roku, a jednocześnie poprawiłem wynik z Sierakowa z początku roku, gdzie rower jest o 2km krótszy …

Czekałem na Kasię … Nie liczyło się to, że wygrałem, chciałem wręczyć jej medal. Zrobiła super wynik (2:31) w swoim pierwszym sezonie udowodniając wszystkim, że jeśli się ciężko nad czymś pracuje to przynosi to efekty. Różnica między nami wyniosła 4 min 15 sekund i tym samym Maciej Ludwicki (ten sam, który zszedł za mną z roweru) wygrywa nagrodę. Maciuś – zapraszamy jak będziesz w Warszawie na stejka !!!

20170805FNMS042

To były bardzo dobre dwa starty … z każdym kolejnym uczę się czegoś nowego, staje się bardziej doświadczonym zawodnikiem. Z każdym sezonem co raz mocniejszym. Teraz czas skupić się na przygotowaniach do maratonu, ale na kilka słów podsumowujących sezon możecie jeszcze liczyć. Dajcie mi tylko wbiec na Śnieżkę i zaraz na blogu napiszę o tym co się w tym roku działo …

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *