4 fazy roztrenowania

Published on: 21 listopada 2019

Filled Under: Motywacja, Trening, Triathlon, W Biegu

Views: 1754

Tags: , ,

Moja przygoda z trenowaniem zaczęła się 6 lat temu, kiedy w ramach „Wyzwania Runners World” dostałem sie pod skrzydła Łukasza Kalaszczyńskiego. Miałem przebiec jeden maraton, oczywiście już na mecie zastanawiałem się kiedy następny. Doszedł triathlon i tak miesiąc temu startem w 70.3 IM Shanghai zakończyłem 5-ty już sezon triathlonowy. Miesiąc odpoczynku po najdłuższym jak do tej pory sezonie triathlonowym pozwolił mi spojrzeć na wszystko z dystansem, a jednocześnie dał dużą przerwę od trenowania. Nie pamiętam, żebym kiedyś tak długo odpoczywał i o ile na początku może być to trudne do zaakceptowania, to z czasem mogę stwierdzić, że jest to zwyczajnie nam wszystkim potrzebne.

Cały ten okres swobodnie można podzielić na etapy, przez które przechodziłem, a każdej fazie towarzyszyły zupełnie inne ambiwalentne uczucia…

Faza 1 – Obżarstwo

Generalnie cały poprzedni rok udało mi się trzymać w miarę stabilną wagę. Z 70 kilogramów na początku roku w Dubajuw czerwcu na połówce w Danii ważyłem 64 i tą wagę bez większych wyrzeczeń utrzymałem do Szanghaju. Początkowe 70 kilo były jeszcze pokłosiem naszego wyjazdu do Kazachastanu, gdzie debiutowałem na średnim dystansie. Podróże z Bartkiem ewidentnie należą do tych, gdzie jedzenie stanowi jeden z najważniejszych elementów każdego planu dnia…

Obiecywałem sobie, że w Chinach będzie inaczej – nie będziemy jeść pięciu obiadów dziennie, przegryzać ulicznych smakołyczków, nie mówiąc już o dopychaniu się chipsami o najróżniejszych smakach każdego dnia. Co tu dużo mówić – obiecanki, cacanki – daliśmy się ponieść chińskiemu flow … W zasadzie to nie wiem czemu myślałem, że jedzenia będzie mniej, bo kocham jeść – szczególnie lokalnie, bo to jedyna taka okazja, żeby poznać zupełnie inną kulturę.

Kiedy słyszałem Krystiana, że może byśmy poszli na pizzę, zaproponowałem mu kolejną miskę ryżu, talerze dumplingów z nieznanym nam bliżej nadzieniem, nie mówiąc już o misce owoców morza, które okazały się grzybami. Zamawialiśmy wszystko jak leci – patrzyliśmy na obrazki i jeżeli tylko wyglądało to w miarę akceptowalnie to za chwile lądowało już na naszym stole.

IMG_4941

Wizyta na obiad i kolacje w jakiejś knajpie była przeplatana łapaniem tego co oferowała ulica. Na śniadania praktycznie codziennie łapaliśmy wielki naleśnik, z ostrą przyprawą, parówką, kurczakiem i czymś chrupiącym – nadal nie mam pojęcia co to było, ale było zajebiste! Kolejną rzeczą jaka podbiła nasze serca były coś w stylu hinduskich placuszków wypiekanych w czymś na kształt pieca tandori. O pierogach już nie wspominam, bo te można było złapać na każdym rogu, a my moglibyśmy zostać lokalnymi krytykami kulinarnymi.

Ryż i kluski już praktycznie wychodziły nam uszami, ale w myśl zasady – jedz jak lokalny, nie jedliśmy nic innego. Po miesiącu już nawet myślę, że chętnie zjem coś azjatyckiego! Jak powszechnie wiadomo, kropla drąży skałę – kiedy zobaczyłem pieczywko, jajecznice na lotnisku we Frankfurcie musiałem wyglądać jak dziecko, które nie widziało jedzenia od kilku dni. 4 godziny dokładeczek – bo w końcu przecież jestem głodny (a dopiero co zjadłem śniadanie w samolocie) dolało już tylko oliwy do ognia.

IMG_4868

Wejście na wagę w domu mogło oznaczać tylko jedno … plus 6 kilo … no nic .. chciało ciało to cierp ciało … Spokojnie … na szczęście to ogólnie po prostu napuchłem wodą, a po trzech dnia zostało tylko 2 kg obywatela więcej… Dramatu nie ma, ale co zrobić – nie umiem zjeść kawałka czekolady – od razu wjeżdża cała tabliczka!

Faza 2 – Wkurwienie

O ile w pierwszym tygodniu głównie jedliśmy, i pewnie tym sposobem zajadałem jakoś wkurzenie po nieudanym starcie, to sam moment irytacji przyszedł kiedy już byłem w domu. Tu już nie było usprawiedliwienia na chodzenie od knajpy do knajpy, a mimo tego, że sporo spotykałem się ze znajomymi, to na szczęście waga już nie szła w górę.

Wkurwieniu towarzyszyła dezorientacja. Dawno nie miałem takiego okresu, że nic sportowo nie robiłem. Cały mój „plan treningowy” ograniczył się w tym tygodniu do 45 minut roweru, 35 minut pływania i 30 minut biegu. I nie – nie mówię tu o aktywności dziennej, a o tygodniowej! Dla kogoś kto spędza średnio 2 godzinny dziennie to dość duży szok – raz, że brak ruchu, a dwa, że nagle pojawia się gigantyczna nadwyżka czasu, z którą początkowo nie bardzo wiesz co zrobić.

Jestem typem zadaniowca. Dzień zawsze mam zorganizowany praktycznie co do minuty. Zawsze układam w kalendarzu puzzle, tak żeby móc pogodzić wszystkie zobowiązania, spotkania w pracy, a w to gdzieś z rana i popołudniu powciskać jeszcze trening. Teraz zabrakło tej zabawy w układanki, bo nie trzeba było zbytnio kombinować. Niby nie trzeba było wstawać o 5 na basen, a i tak budziłem się rano i nie wiedziałem na początku co ze sobą zrobić.

238582CF-478A-4A2C-9D34-9F79CED1F9FE

I jeżeli myślisz, że wkurwiałem się na to, że nie trenuje, to zupełnie nie o to chodziło. Po prostu wkurzał mnie brak mojej organizacji … czułem się jakiś sflaczały … może jednak coś jest w tych endorfinach, że po treningu jest więcej życia w nas samych? Tak trochę ze mną jest, że jak mam za mało rzeczy do zrobienia, to jestem całkowicie zdezorganizowany i bez tej iskry do działania. Nie brakowało mi treningu. Mówiłem sobie – dziś mam dużo czasu to może wsiądę chociaż na pół godziny na rower … i na tym mówieniu się kończyło. Nie ma TP to nie robie – proste!

Na całe szczęście, czas bez treningu łatwo można było zagospodarować – spotkać się ze znajomymi, poczytać książkę … jakoś szło – jedyne tylko czego żałuje, że nie poszedłem na squasha!

Faza 3 – Aktywna Regeneracja

I nagle nadeszła ta najfajniejsza faza roztrenowania – aktywna regeneracja … choć chyba muszę pomyśleć, czy faza z jedzeniem, nie była równie fajna? Tygodniowy wyjazd do Szklarskiej Poręby był strzałem w dziesiątkę. Nie zabrałem roweru, nie pojechałem z tysiącem walizek, plecaków, torebuniek, a jedynie z kilkoma. Ani razu nie odwiedziłem stadionu. Nie byłem na zakręcie śmierci. Udało mi się za to zdobyć te miejsca w których nigdy wcześniej nie byłem, bo zwyczajnie trenując nie było na to czasu.

G2392426

Po raz pierwszy jeździłem na krosowym rowerze, a nie biegałem po reglach. Po raz pierwszy byłem w Chatce Górzystów … jednak naleśnika nie zjadłem – na taki pomysł tego dnia wpadła pewnie setka innych osób, a mi zwyczajnie nie chciało się czekać w kolejce. Po raz pierwszy zgubiłem się w górach i przez 3 kilometry szedłem po kostki w wodzie. Po raz pierwszy nie biegałem … Praktycznie codzienne wycieczki górskie w połączeniu z marszobiegiem. Po raz pierwszy – nie zbiegałem! A ja kocham zbiegać! Dzięki temu jednak dupsko nie bolało, i codziennie była siła i uśmiech do zdobywania kolejnych szczytów.

B6B4C926-65A0-4C7F-8D5E-4C78CA1A8020

No i po raz pierwszy (w tym roku) udało mi się zdobyć Śnieżkę. To już moja tradycja i chyba tego brakowało w tym roku – 35 kilometrów śnieżnego marszobiegu ze Szklarskiej na Śnieżkę kończąc w Karpaczu jednocześnie zakończyło mój sezon, zakończyło roztrenowanie i dało wprowadzenie do nowych treningów.

Faza 4 – Ah te powroty … 

Każdy z nas się obawia, że zbyt długa przerwa spowoduje całkowity spadek formy. Powroty są zazwyczaj trudne – organizm odzwyczaja się od treningu, serce nie pracuje już na takich wysokich obrotach. 2 tygodnie przerwy od treningu powoduje spadek wydolności – ale spokojnie – 3-4 tygodnie treningów tlenowych i powinniście wrócić na właściwe tory.

Sam zastanawiałem się jak zareaguje mój organizm na dość długą przerwę. Najbardziej bałem się o pływanie. Kiedyś wystarczył jeden tydzień z ograniczonym pływaniem, a wchodząc do wody miałem poczucie jak bym zaczynał się uczyć pływać od nowa. Tym razem było inaczej – w wodzie czuje się nadal bardzo dobrze. Na urodziny zafundowałem sobie trening 37×100 na przerwie 10 sekundowej i średnio wyszły mi po 1:40 więc nie jest źle :)

Kolejnym testem był powrót do biegania. Przypominał mi się powrót sprzed roku, kiedy wyjście na bieganie kończyło się męczeniem po 5:20-5:30 min/km. Tu kolejna miła niespodzianka, bo „moje” bieganie po 5-5:10 min/km nie sprawiało mi żadnego problemu, jedyne co to widziałem wyższe tętno – to jedna z treningu na trening spada, i po trzech treningach bieganie było już bardzo komfortowe.

A4171F8A-CA8D-45D4-B267-079C8B514386

Wisienka na torcie to ten mój nieszczęsny rower. I tu też pozytywne zaskoczenie bo podobnie jak w przypadku biegu, jestem w stanie trenować na tej samej intensywności, a tętno wraca już do normy.

Widać, że miesiąc przerwy zrobił mi bardzo dobrze. Wypocząłem, podjadłem, i w końcu z radością mogę wstać o 5 i iść potrenować a nie przewracać się w łóżku przez godzinę zastanawiając się czy już wstać, czy jeszcze nie.

Lubię trenować i cieszę się, że kolejne cele przede mną, a roztrenowanie z perspektywy czasu nawet mi się podobało. Jak z Wami? Już po wszystkich startach? W której fazie teraz jesteście? Jeszcze jedzenie, czy już powrót do treningu?

Previous post:
Next Post:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *