Daj z siebie wszystko – Triathlon Sieraków

Published on: 31 maja 2019

Filled Under: Bez kategorii, Motywacja, Triathlon

Views: 1593

Tags: , ,

Kiedy patrzysz na mnie z boku myślisz sobie – taka ćwiartka dla niego to bułka z masłem – dużo trenuje i bez najmniejszego problemu ją zaliczy. Nawet moja mama, kiedy ostatnio zapytała na jakim dystansie startuję – moją lekko ironiczną odpowiedź „przecież pewnie ich i tak nie rozróżniasz” podsumowała, że myślała, że tak krótkie to już nie dla mnie … . To w Sierakowie w 2015 roku zadebiutowałem na dystansie ćwiartki i rok w rok wracam do miejsca mojego dzieciństwa pod koniec maja, żeby znów ujrzeć odbijające się w przezroczystej wodzie Jaroszewskiego jeziora światło, ponownie spotkać się z podjazdem pod drzewa i na koniec zaliczyć bieg po magicznym lesie …

Za trzy tygodnie czeka mnie już drugi – po Dubaju – start na dystansie połówki w tym roku. Sieraków miał być mocniejszym przetarciem, bo gdzie jak nie na zawodach spróbować wyjść poza strefę komfortu? Sam nie byłem jakoś mocno nastawiony na to, żeby zrobić dobry wynik, jednak Treneiro chciał, żeby wyszło mocno i ostatni tydzień przed startem zdecydowanie zluzowaliśmy z treningami. Ilość zastąpiła jakość i nie ukrywam, że jechałem do Sierakowa z poczuciem dobrego przygotowania. W dniu wyjazdu złamałem 6 min na 400m podczas pływania, na rowerze wychodziły waty, których mój licznik wcześniej nie widział, a na biegu noga podawała jak nigdy. Kalach tylko skwitował to, że jak spieprze pływanie, to wracam z Sierakowa na rowerze, ciągnąc za sobą samochód – a z tego by pewnie wyszedł niezły trening siły, bo kto był ze mną na wyjeździe to wie, że potrafię zabrać ze sobą naprawdę sporo …

7FBF7AA9-44E2-4B44-8FC2-3DEB63C245F3

Na #WakacjeWSierakowie wybrałem się w czwartek – chciałem przez chwilę pobyć sam w tym lesie – wyciszyć się (o ile można mówić o wyciszeniu odpowiadając na setki służbowych maili). Na miejscu zrobiłem trzy lekkie treningi – objechałem trasę kolarską, pokonałem odcinek pływacki i na koniec obiegłem magiczny las. Wszędzie wizualizowałem sobie zawody – szczególnie podczas biegu. Wiedziałem, gdzie trzeba mocniej popracować, a gdzie będzie można puścić lekko nogę… i to był jak się później okazało klucz do sukcesu …

To był też czas na eksperymentowanie – po raz pierwszy przed startem zjadłem kaszę jaglaną z dżemem zamiast znienawidzonych przeze mnie bułek z miodem (blee….). Dołożyłem do tego #ciastomocy popite herbatą z cukrem – niestety mój kubek, który towarzyszył mi od 5 lat nie przetrwał tego wyjazdu a to mogłoby pozornie oznaczać pecha – podobnie jak numer domku, w którym spalismy – 13.

Luźna rozgrzewka – 2 kilometry truchtu, sporo wymachów, kilka przebieżek i nagle zrobiło się już tylko 30 minut do startu, a my cały czas w domku – zamiast w piance na plaży.

Nie wchodziłem pływać do wody – jedynie zanurzyłem się, zalałem piankę i już ustawiliśmy się w strefie startowej – ambitnie, bo na czas poniżej 15 minut – cóż – raz się żyje. Moim celem było rozmienić w pływaniu 16 min (tempo: 1:41/100m). Najwyżej ktoś po mnie przepłynie, ale skóry nie zamierzałem łatwo sprzedawać. Zażartowałem sobie, że wyjdę przed Bartasem z wody – co patrząc na nasze wszystkie poprzednie starty – było raczej mało prawdopodobne. Piękne Jaroszewskie jezioro, które jeszcze dzień wcześniej było płaską taflą wody, tym razem wzburzone dość sporą falą. Nie myślałem w ogóle o tym – wszyscy mają te same warunki – trzeba robić swoje i tyle.

5B3380DA-0756-43EA-BB5A-BD85FC6C220A

Ruszyliśmy – pierwszych kilka metrów można spokojnie biec – nie wiem czemu ludzie, którzy ustawili się przede mną od razu z pionu przechodzili w poziom i do żabki … no cóż … Od początku mocne tempo, ale bez jakiejś wielkiej zadyszki – gdzie się dało szukałem bąbelków przed sobą, choć mam wrażenie, że bardziej to ja prowadziłem grupę, niż korzystałem z tego, że ktoś płynie przede mną. Zanim się obejrzałem, byłem już przy pierwszej boi nawrotowej – tu lekki korek, a mi przez myśl przeszło, żeby zerknąć na zegarek i zobaczyć jak idzie (za mną 300m). Nie zerknąłem i dalej cisnąłem przed siebie. Mocniej zacząłem zwracać uwagę na nawigację – przed nami dość długa prosta – bez żadnej boi kierunkowej i łatwo było tu stracić czas na niepotrzebnym napływaniu dodatkowych metrów.

Czułem, że płynę mocno – to serio dziwne uczucie, kiedy co drugi ruch wyjmuję głowę, żeby złapać oddech – w oddali widać sierakowską plażę, a czuję, że się szybko przesuwam. Było flow i razem z wodą stanowimy całość, a falujące jezioro nie sprawiało mi żadnego kłopotu. Wiedziałem, że 4 sekundy za mną wystartował Bartek – próbowałem zobaczyć czy jest gdzieś obok zarys zielonej pianki, ale ani widu ani słychu. Ciekawe jest to, że chyba jako jeden z nielicznych popłynąłem po najkrótszej możliwej drodze, bo po swojej prawej stronie nie miałem nikogo, a na lewo cała ławica zawodników. Upewniałem się, czy aby na pewno nie zdryfowałem, ale biała boja była cały czas na moim kierunku.

Zostało 200 metrów – ostatnia boja i już moim celem była oddalona o kilka minut w wodzie brama Red Bulla. Tu się zaczęła zabawa – chwilę przede mną przepłynęła łódka z ratownikami powodując dość sporą falę. Postanowiłem zwiększyć kadencję i powoli zacząć włączać mocniejszą pracę nóg. Znów kusiło mnie, by spojrzeć na zegarek, ale płynąłem dalej swoje. Jest – pod rękoma czuje piasek – robię jeszcze dwa ruchy, wstaję i widzę na zegarku 15:04 … O Kur…. pomyślałem – ale zajebiście … i w tym momencie zapomniałem o tym, że przed chwilą płynąłem.

46AC9C64-0B71-4545-BCBB-E3E51F56C988

Z wody wyszedłem jak po dobrej rozgrzewce – nie czułem zmęczenia. Stawiając nogi na schodkach już miałem rozpietą piankę i teraz przede mną było zadanie, żeby jak najszybciej znaleźć się na górze w strefie zmian. Podbieg, który zawsze sprawiał mi problemy tym razem pokonywałem dość żwawo – setki kibiców, którzy co chwila krzyczeli dawaj RunEat dodawali mi tylko siły, a ja prawie do porzygu cisnąłem pod górę. Było ciężko, ale liczyło się tylko tu i teraz. Nie myślę jeszcze o rowerze – działam zadaniowo. Okulary już na głowę, pianka rozpieta i powoli zdejmuję ją coraz niżej. Strefę przebiegam błyskawicznie – dobiegam do roweru i widzę, że jest tam jeszcze Bartka rower … FUCK YEAH !!! Wyszdłem z wody przed nim – i tak mnie zaraz dojdzie na rowerze, ale widać, że pływanie poszło do przodu … zdejmuję piankę i pamiętając ostatni duathlon chce już wybiegać na rower … bez kasku … trace tu kilka sekund, ale po chwili jestem już na trasie rowerowej …

JBL220_164_2019

PŁYWANIE – 15:04 (miejsce 59/805)
T1 – 3:36 (miejsce 6/805) – a mogło być pudło, gdyby nie ten kask …

Na rowerze wykorzystuję to, że początek jest z górki – nie wpinam butów – rozkręcam rower ile się da i czekam, aż Bartas mnie wyprzedzi – to dopiero następuje po prawie kilometrze, a wybiegaliśmy ze strefy razem. Na liczniku nie widzę watów – myślę, że musi minąć chwila, żeby zaskoczyło i cisnę – dwa ostre zakręty i czas na żel… na liczniku nadal nic nie widać. Wyłączam go i włączam – nic .. coż, pozostaje mi jechać na samopoczucie, a raczej na wskaźnik jakim będzie ból nóg. Arek zawsze mówi, że jedzie tak, żeby nogi piekły i to w tej chwili staje się moim planem. Trochę stawiam wszystko na jedna kartę … nie interesuje mnie co będzie na biegu – ważne, żeby pojechać rower najmocniej jak się da, bo to moja najsłabsza konkurencja. Na trasie wieje – szczególnie na początku mocno w twarz – pierwsza piątka ze średnią w okolicy 30 km/h – ale padaka … staram się nie zwracać  jednak na to zbytniej uwagi, a wiatr zaczynam traktować jako partnera. Zwiększam kadencję i gdzie się da składam się na kierownicy.

#matifot

W pewnym momencie wyprzedza mnie Ola (Tri w Kolorze Blond). Myślę sobie, że teraz to ona będzie moim watomierzem. Grzecznie „siadam na koło” zachowując 12 metrów i cisnę w korby ile się da. Raz Ola jest bliżej, raz dalej, ale prawie do końca pętli udaje mi się mieć ją w zasięgu wzroku. Na podjazdach ucieka, a na zjazdach wracam do niej. Na długim podjeździe Ola ucieka, natomiast chwilę później w okolicy 20 kilometra dogania mnie Tomek, krzycząc mam Cię w końcu i zabawa zaczyna się od początku – najbliższe 10 kilometrów trzymam się Tomka, choć wiem, że daleko mi do jego mocy na rowerze.

Kiedy przejeżdżamy w okolicy ośrodka tłumy kibiców krzyczą do nas – tam niewątpliwie wszyscy kręcą największe waty – gdyby byli na całej trasie, żaden wiatr by nikomu nie przeszkadzał.

61139399_439893876835141_2275127559186284544_n-2

Trasę dzielę na odcinki – tylko, żeby zaliczyć jeszcze te dwa podjazdy, to powrót już będzie z górki i z wiatrem. Cisnę tak, że pierwszy raz w życiu palą mnie nogi… i powoli zbliżam się do strefy zmian. Zatrzymując zegarek wiem, że czas bez szału – coś w okolicy zeszłego roku, jednak warunki dużo cięższe. Jedyną ocenę tego jak pojechałem mogą stanowić moje odczucia, a tu dałem z siebie ile fabryka dała. Wkurzałem się na brak watów, jednak w domu okazało się, że zostały zapisane, jedynie licznik ich nie pokazywał. Pojechałem swój najmocniejszy rower w życiu – 194 W (3W/kg) wobec 151 W rok wcześniej – blisko 30% mocniej. W stawce jestem jeszcze daleko, ale cieszy swój własny postęp.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

ROWER – 1:17:50 (miejsce 278/805)

Dzida do strefy zmian – rower na wieszak, szybkie założenie butów – okulary, czapka i numer startowy – to wszystko zakładam w biegu. Nie liczy się już to co było – przede mną 10.5 kilometra biegu po magicznym lesie i zamierzam zostawić na tej trasie serce. Wiem, że bieg powinno zaczynać się z zapasem, ale decyduję się zagrać va bank. Od początku ruszam mocno – kiedy mnie odetnie, to odetnie. Pierwszy kilometr jest lekko z górki – 4:01 a ja czuję się dobrze – po chwili wbiegam już do pofałdowanego lasu i tempo lekko spada – biegniemy pod górkę i pod wiatr. Postanawiam nie patrzeć na zegarek – GPS i tak pewnie wariuje – pracuję mocno rękoma i staram się wybierać jak najbardziej twarde podłoże. Po chwili widzę Arka – który przez cały bieg będzie zmieniać miejsce (dla kibiców super sprawa – przechodząc 100 metrów można być w 4 miejscach trasy biegu). To on jest moim punktem, który zawsze dodaje siły.

C09A2E7E-924A-4ADC-926F-74DECF44579B

Podczas biegu rozpoczynam grę w eliminacje. Po kolei wyznaczam sobie cele, które będę starać sie przegonić. Na początku dziewczyna ze sztafety – pyk. Potem gonię Igora, za którym miałem 20 sekund straty po T1. Doganiam go na wysokości drugiego kilometra, a ten krzyczy do mnie, żebym cisnął ile się da. W tle słyszę Arka, który krzyczy, żeby Igor się mnie trzymał. Kilometr dalej dogania mnie Robert Czysz (drugi open). Wymieniamy dwa zdania i dalej do przodu. Punkt z wodą i na trasie najgorsze miejsce – polanka z młodymi drzewkami – sierakowski Energy Lab … zawsze sauna, piasek – wizualizowałem sobie wcześniej to miejsce – tu jest najciężej, to trzeba docisnąć – przyspieszam. Cały czas wyprzedzam. Doganiam Ole (kiedy ja wchodzilem do T2, Ola z niej wybiegała). Za chwilę wbiegam w mój ulubiony fragment trasy, mocno pofałdowany, ale zacieniony z długim zbiegiem – tu TriWawa zawsze mocno dopinguje. Generalnie mam zaciśniete zęby i walczę cały czas, ale postanawiam, że po raz pierwszy w życiu włącze mkonowe #niemaniemogę.

JBL220_10484_2019

Serpentyna – pierwsza pętla na luzie, bo mało ludzi – kiedy jestem na szczycie, zaczynam czuć ból w czwórce. Wiem, że jeśli przyspieszę, to mogą pojawić się skurcze. Jestem wtedy na wysokości strefy zmian i biegnę na druga pętlę. To jest to miejsce, gdzie jest płasko, więc trzeba przyspieszyć. Aga Jerzyk powiedziała mi kiedyś – jak boli to dociśnij – i tak robię. Uderzam lekko w lewą nogę i ból chwilowo ustępuje – kiedy przyspieszam nie czuć, żeby skurcze nadal chciały mnie atakować i jak dziki zbiegam ponownie w las.

IMG_1745

Cały czas biegnę od punktu do punktu – co chwila jest Arek w lesie, później znów TriWawa. Zaraz przed drugą serpentyną dobiegam do Tomka. Wyprzedzam i na szczycie postanawiam włączyc nitro. Nogi bolą, a mi udaje się wejść w jakąś nadkosmiczną prędkość. Generalnie myślę, że mógłbym biec dalej dwie pętle … Na odcinku 300 metrów wrzucam przewagę około 100 metrów i pierwszy raz w życiu z wykrzywioną mina wpadam na metę … Spełnia się moje marzenie przecięcia szarfy na zawodach … (no może gdyby jedna z dziewczyn jej na siłę nie trzymała …)

fot.Mariusz Nasieniewski/Maratomania.pl

BIEG – 0:45:09 (miejsce 56/805)
TOTAL – 2:25:09 (miejsce 86/805, 21 kategoria)

Za metą padam i leżę dobrych kilka minut. Agnieszka Jerzyk, klęcząc koło mnie zakłada mi medal na szyję. Asia – główna sędzia pyta czy wszystko ok … Po raz pierwszy mogę powiedzieć, że dałem z siebie wszystko …

IMG_1812

Co przesądziło o sukcesie? Podzieliłem każdą dyscyplinę na etapy – nie zastanawiałem sie co będzie dalej… a każdy etap starałem się zrobić jak najmocniej potrafiłem. Ten start mi dużo dał – wyszedłem mocno poza strefę komfortu, a jednocześnie pozwolił uwierzyć w siebie. Jedyne czego mi brakowało – to to, że tak krótko – podobają mi się jednak półówki – troche mniejsza intensywność, ale dłużej i fajniej :)

Bardzo wszystkim dziękuję za doping – byliście wszędzie na trasie, a na biegu to już w ogóle petarda – kiedy mijaliśmy się na trasie dopingowaliście tak mocno, że nie dało się zluzować – DZIĘKI !

Zostały trzy tygodnie – jeszcze trochę mocniejszych treningów i zmierzę się z połówką podczas Mistrzostw Europy 70.3 IM w Danii – tam mam nadzieję – uda mi się osiągnąć to samo ZEN co w Sierakowie i dam z siebie tyle ile fabryka pozwoli, a Sieraków kocham i tak długo, jak będe miał siły będę tu wracać …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *