Déjà vu

Published on: 8 grudnia 2015

Filled Under: W Biegu

Views: 2161

Tags: , ,

Jest taki weekend w roku, który od kilku lat wygląda zawsze tak samo. To dwa dni kiedy kończy się jeden sezon, a zaczyna drugi. Czas kiedy nie myślę o trenowaniu – bez wyrzutów sumienia tańczę na parkiecie do 3 – 4 nad ranem, a rano zamiast iść na trening idę na wielkie śniadanie. Ten weekend to coroczny wyjazd do Torunia na Półmaraton Świętych Mikołajów. 

To może wydawać się śmieszne, ale wszystko w ten weekend wygląda tak samo od kilku lat. W piątek po pracy wsiadamy w samochód i korzystając z dobrodziejstw naszej infrastruktury drogowej śmigamy do Toronto (jak to zwykliśmy nazywać miasto Kopernika). Zaraz za wyjazdem z Warszawy, jakieś 20-30 kilometrów dalej, w oddali widać wielkie złote łuki umiejscowione na wielkim słupie. Wizyta w Mc Donaldzie wydaje się być obowiązkowa, bo wszyscy głodni, a na miejscu nie będzie już czasu na szukanie jedzenia :)

image2

Nie mija 30 minut, a my już dalej połykamy kilometry na Autostradzie Wolności. Po chwili zmieniamy autostrady (kto by kiedyś pomyślał, że w Polsce będzie ich tyle) i na GPSie widzimy już, że do celu zostało mnie jak 100 kilometrów. Dwadzieścia minut przed Toruniem zjeżdżamy z autostrady mijając kiczowate elektryczne fajerwerki przy przydrożnej restauracji. Rok temu też zastanawialiśmy się co to za okazja, że gdzieś w środku niczego strzelają sztuczne ognie.

image1

Zanim dojedziemy do hotelu, szybka wizyta w Lidlu z zakupami małego co nieco. W Toruniu nie będzie czasu na latanie jeszcze po sklepach, a znów jesteśmy głodni. Strzelamy sobie selfiaka i nagle nie wiadomo skąd pojawia się ochroniarz i grzecznie prosi o skasowanie zdjęcia. Możemy robić fotki produktów, ale już terenu sklepu nie … no naprawdę ludzie to mają problemy.

image3

W hotelu wiemy już gdzie wjechać do parkingu, jak wejść po schodach na recepcję żeby nie czekać na windę. Telefon i komputer sam łączy się z WiFi. Człowiek czuje się prawie jak w domu. Szybki prysznic, dziewczyny poprawiają makijaż. Do hotelu dobijają moi dwaj kumple z Torunia … dzień świra – rok temu było dokładnie tak samo, tylko, że przyszło ich trzech :)

image4

Idziemy na miasto – w planie mamy zjeść tatara (znów jesteśmy głodni :P). W Chleb i Wino nie ma miejsca, sprawdzamy więc czy możemy zacząć wieczór w takich Warszawskich przekąskach i zakąskach. Tam śmierdzi starą szmatą i jest gorąco więc zdając się na Toruńskich ziomków idziemy poszukać miejsca gdzie można coś zjeść. Obowiązkowo fota pod choinką przy Koperniku i już jesteśmy przy stole łapiąc się wszyscy za ręce przed pałaszowaniem tatarka.

image6

Pojedli, popili więc można iść potańczyć. Tradycyjnie uderzamy do klubu Arsenał – 200 metrów od hotelu, więc powrót będzie szybki i bezbolesny :) Dla tych co pierwszy raz pierwszy szok na wejściu – wjazd tylko 10 złotych. Kolejny szok przy barze. Umówmy się … Tak to do Torunia można jeździć się bawić, skoro przy barze płaci się jakąś jedną trzecią tego co wydało by się w stolicy. Każdy kto składa zamówienie wie, że jest nas dziewiątka :) Ta liczba później będzie przydatna, żeby sprawdzić czy wszyscy wyszli :)

image9

Tradycyjnie przed pójściem spać szybki spacer jeszcze raz po rynku, krótka wizyta w Kebabie … (tym samym co rok temu) … Zanim ktoś zacznie hejtować – zjedliśmy jednego na trzy osoby i na dodatek był zimny więc połowę zostawiliśmy, więc tak naprawdę się nie liczy :) Zostało tylko siusiu paciorek i spać. Paciorek ważna w tych dnia rzecz, bo w ten sam weekend odbywały się w Toruniu obchody 24 urodzin Radia Maryja, więc chociaż w ten sposób mogliśmy się wpasować w klimat :)

image11

Żadnego budzika. Po prostu głowa do poduszki i spać. Okazuje się, że dobre tanczenie w klubie to jak niezły trening. Trzy godziny po północy, a tu już na zegarku blisko 60% normy :)

Obudziliśmy się sami z siebie. 8:30 – normalnie to już dawno po treningu, a tu wciąż w piżamie pod ciepłą pierzynką. Spoglądam na komórkę – wiadomość od Anety, że jest głodna :) Nie będę kłamać też byłem :) Ogarniamy się i o dziesiątej lądujemy w Pasta & Basta. Siadamy przy tym samym stole. Zamawiamy to samo – jajecznica na bekonie, do tego herbata i świeżo wyciskany sok pomarańczowy. Potwierdzamy jeszcze rezerwację na wieczór  … tak tak … ta duża na te dwadzieścia plus kilka osób :) 

image13

image12

Pojedli … popili? To tradycyjnie wyszliśmy z jednej knajpki i skręciliśmy w pierwsze drzwi na lewo do kawiarni. Robert z Adamem nie wierzyli :P Tu obowiązkowo herbata zimowa / kawka na wynos i już mogliśmy iść na spacer… Gdzie? No oczywiście, że na bulwary … Piękna pogoda, super widok na most (już nie jedyny w Toruniu) i dalej dreptamy sobie … po prawej Wisła, po lewej teksty z filmu Rejs. Rodzinna fotka i wracamy na rynek.

image15

image16

image17

Jak zawsze rozdzielamy się … czas na zajęcia w pod grupach, czyli szybkie zakupy prezentów na wieczorne mikołajki. W tym samym czasie powoli zaczyna zjeżdżać się reszta ekipy. Dla odmiany są głodni, więc idziemy podbić kolejną knajpę. W Pierogarni jeszcze chyba takiej dużej grupy nigdy nie było … co tu mówić – podbiliśmy ten lokal :)

image18

Pojedli … popili? Jazda po pakiety … Tu mała zmiana … jako, że Radio Ojca Dyrektora przejęło Halę w Toruniu, odbiór pakietów wraca do szkoły, w której były już dwa lata temu. Tu trzeba przyznać panuje niezły bałagan. O ile w niektórych stanowiskach odbiór odbywa się dość sprawnie to w innych chłopakom np. rozsypały się wszystkie karty startowe, a do tego numery też postanowiły się wymieszać, więc odbiór pakietu chwilę trwa. Nie ma jednak co narzekać. Klasycznie w pakiecie czapka, szaliczek, koszulka i krówki ciągutki :)

image19

Pamiętajcie, że bez opłaconego pakietu to odebrać się nie da. Jeszcze w pierogarni zaczęliśmy dostawać smsy z numerami startowymi. Renia zaczęła się czuć lekko zaniepokojona bo nic na iphonie się nie pojawiało. I słusznie. Nie ma kasy nie ma numeru :) Potraktowaliśmy to jako znak od Ojca Dyrektora, bo trochę dziewczyna chorowała, więc przynajmniej mogła z czystym sumieniem podjąć decyzję, żeby nie biec.

Czasu nie zostało za dużo. Była 16ta, a na 18 umówieni byliśmy już na kolację (tak tak … znów byliśmy głodni). Postanowiliśmy tą chwilę spędzić na szybkiej kawce. Przy okazji jakoś tak napatoczyło się pyszne ciastko marchewkowe, które samo mówiło do nas zjedz mnie … Byłem tym szczęściarzem, który dorwał ostatni kawałek :) Przyznam, że było to jedno z lepszych jakie jadłem ever. Nawet podzieliłem się z innymi … bo dobrem trzeba się dzielić (Ojciec Dyrektor patrzy) :) Jeżeli kiedyś będziecie w Toruniu to koniecznie zawitajcie do Kona Koast Cafe. Bardzo fajne miejsce z klimatem, a na dodatek mają dobre ciastko :))

image20

O 18 klasycznie zawitaliśmy do Pasta i Basta. Od kilku lat czeka nas zawsze tak samo ustawiony stół. Klasycznie pobiegłem pod kominek zająć swoje miejsce Ojca Organizatora :P Kelnerki już nas pamiętają, że w Mikołajki przyjeżdża silna grupa pod wyzwaniem RunEata :P Makaronów, pogawędek nie było końca. Są stali bywalce – Jacek, z którym biegłem swój pierwszy maraton, czy Renia, czy Arek z Gosią, ale co roku są też nowi goście. Zawsze jedna zajmujemy pół lokalu, a gdyby się dało to pewnie i całość byśmy chętnie przygarneli.

image21

W tym roku ktoś wyhaczył w karcie pizzę z trupią czaszką. Podobno ostra … A nawet nie podobno, tylko na pewno. Zamówiliśmy ją … ktoś ugryzł kawałek z peperoni, ktoś inny z papryczką, ja tylko dziabnąłem kawałek ciasta. Nie mineły 3 sekundy a czoło zalało się potem, nie mówiąc już o tym co działo się w tym czasie z moim podniebieniem.

12313595_10154384972574447_4551453693809655773_n

Ślina nie chciała przełykać się … zaraz jaka ślina? W gardle była jedna wielka susza. Piwo nie pomagało… W czasie kiedy wszyscy cierpieli, Jacek próbował pałaszować pizzę dalej … i zjadł ją do końca .. a jako, że karma wraca, to ta wróciła rano i na tym zakończmy wątek wieczoru i przenieśmy się już pod Kopernika :)

image22

Zaletą naszego hotelu jest to, że do startu mamy jakieś 500 metrów. Jako, że jest to dla mnie bieg bez ścigania się to spokojnie można wyjść z pokoju na 30 min przed startem i udać się prosto na Rynek Staromiejski. Były chwilowe rozważania czy nie pobiec trochę szybciej, ale ta atmosfera i liczba ludzi jakich spotykałem po drodze spowodowała, że potraktowałem to jako dłuższe rozbieganie z mocniejszym akcentem na ostatnie 5 kilometrów.

image24

Trasa biegu nie jest łatwa, i dużo osób dostaje niezłego zdziwka, jak na 7 kilometrze widzi jak setki mikołajów skręcają z asfaltu w las. O ile pierwszych kilka kilometrów w lesie jest po szutrze to później zaczyna się bieg po nierównym, po piasku, po korzeniach. Tu liczy się jak wbiegniesz pod górkę, i jak technicznie zbiegniesz, żeby nie zaliczyć gleby. Widok czerwonych biegaczy na przecinkach leśnych wygląda bosko i szczerze żałuję, że nie wyciągałem komórki, żeby zrobić kilka zdjęć. Postawiłem jednak na ciągłość biegu :) Przy okazji co chwila spotykałem kogoś innego i chwilę razem biegliśmy z krótkimi pogawędkami.

image25

Chłopaki postanowili biec trochę szybciej i kontrolowali tempo co zaowocowało życiówkami. Szkoda tylko, że trasa nie jest atestowana, ale co nabiegali to ich :) Na mecie pyszna herbata i wielka kolejka do posiłku regeneracyjnego, który jak zwykle odpuściliśmy. Dwa kilometry spaceru pomiędzy blokami do hotelu mijają już dużo szybciej, kiedy wiesz jak iść na skróty. Normalnie byśmy przetruchtali, ale byli z nami kibice więc wspólnie zmierzaliśmy spakować się i udać się na obiad … teraz to wszyscy byli już nieziemsko głodni…. Dodam tylko, że najgorszą rzeczą tego spaceru są medale z biegu, które dzwonią dzyń dzyń … :D W końcu tyle tych mikołajów, że każdy dzwoni …

image23

Człowiek głodny to człowiek zły, a znalezienie miejsca gdzie usiądzie 12 osób nie jest łatwe w niedzielę po biegu mikołajów połączonym z imprezą Ojca Dyrektora. Ba! Nawet stolik dla trzech osób wydaje się być niemożliwy … Niestety tradycji stała się zadość i stolik znaleźliśmy w knajpie u Olbrachta. Tam też byliśmy rok temu i jedzenia jakoś nam nie podeszło … tak było i tym razem, ale na głodzie zje się wszystko … (no prawie :))

image26

Na sam koniec szybka wycieczka po pierniki na rynek i każdy powoli rozjeżdża się w swoje strony. Wszyscy powoli zaczynamy mieć syndrom kolonijny. Tak zawsze jest jak spędzasz czas z super ludźmi i nie masz chwili na myślenie o czymkolwiek innym, a każda chwila mimo, że pozornie nie jest zaplanowana to co roku wygląda tak samo.

Za rok wrócimy, i znów będzie krok po kroku to samo … Już nie mogę się doczekać :) Pomyśl – może dołączysz do nas?

One Response to Déjà vu

  1. Anita pisze:

    Fajna relacja :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *