Po drugiej stronie …

Published on: 29 września 2014

Filled Under: Motywacja, W Biegu

Views: 2586

Tags: , , , , ,

28 września – dzień 36 Maratonu Warszawskiego. Niedziela. Jak na maratończyka przystaje budzik nastawiony na 6tą, ale spać się nie da. Budzę się co kilka godzin i patrzę na zegarek, czy to już? Dokładnie tak samo jak rok temu gdy debiutowałem w Poznaniu. W końcu decyduje się skończyć tą walkę z czasem – w końcu jeszcze tego dnia z czasem będzie trochę do powalczenia i wstaję, zakładam buty biegowe i wychodzę zrobić poranny rozruch. 5:45 – jestem już na trasie. 12 kilometrów mija bardzo szybko – dzięki temu mam trochę czasu na szybkie śniadanie i przetransportowanie się w kierunku trasy maratonu warszawskiego.

Debiut

W 36 Maratonie Warszawskim debiutuje mój przyjaciel. Michał, dzięki któremu wziąłem się za siebie i dzięki któremu zacząłem biegać. To on 4 lata temu kupił ze mną pierwsze buty do biegania. Od 4 miesięcy pomagałem Michałowi przygotowywać się do tego dnia układając mu plan treningowy. W tym momencie pamiętam jak równo 3 lata temu startowałem w swoim pierwszym biegu – biegu olimpijskim na 8km, który towarzyszył 33 Maratonowi Warszawskiemu. Wtedy role były odwrócone. To Michał podpowiadał mi jak rozłożyć siły na te 8km, dał magiczną miksturę, która miała dodać mi sił (a to było po prostu Vitargo, które teraz jest ze mną przed każdym biegiem). Nie mogło mnie więc zabraknąć na trasie, gdzie Michał pokona swoje pierwsze 42195 metrów.

307689_10150488044944447_656847947_n

 

Motyle w brzuchu…

To dziwne uczucie, poddenerwowanie a jednocześnie ekscytacja towarzyszy mi już od kilku dni. Od czwartku ładowałem węglowodany, zupełnie tak samo, jak bym sam startował w maratonie. Ale nie … to jeszcze nie ten dzień. W tym roku to jeszcze nie Warszawa, ale może za rok? W końcu trzeba pobiec w swoim mieście, a nie jeździć i jeździć – ale co mam zrobić skoro lubię łączyć bieganie i zwiedzanie? Ale nie o tym miało być…

Gdy jechałem wzdłuż trasy maratonu do centrum widziałem, jak w punktach żywnościowych zbierają się wolontariusze. Widziałem jak autobus rozwozi po trasie medyków. W końcu widziałem jak powoli wyłączane są z ruchu ulice w mieście – Warszawę opanowuje maraton, a godzina zero była coraz bliżej.

Gdy maszerowałem od porzuconego w centrum samochodu w stronę 4tego kilometra, miasto było puste. Spacerowałem ulicą Mazowiecką – kto z Warszawy to wie, że to warszawska imprezownia. Kiedyś o tej godzinie zdarzało się wracać tą ulicą z imprezy, teraz udawałem się kibicować maratończykom. W głowie cały czas były myśli – ALE BYM POBIEGŁ …. To uczucie, kiedy widzisz, że wszyscy przygotowują się do startu, a Ty dzisiaj tego nie zrobisz, jakoś cały czas towarzyszyło mi dopóki się nie zaczęło, dopóki nie minęła nas elita kobiet.

DSC_0960

Kibice – to minimum jedna minuta urwana z czasu

Do tej pory maratony mogłem obserwować jedynie z punktu widzenia biegacza. W Poznaniu kibicowała mi rodzina, w Krakowie – przyjaciele, trenerzy a jednocześnie znajomi. I za każdym razem kiedy ich mijałem dodawało to powera. Dzisiaj mogłem obserwować maraton z drugiej strony – ze strony kibica.

Razem ze mną na dość „ambitny” plan kibicowania wybrała się Alicja, Renata i Krzysiek. Ambitny bo plan zakładał wspieranie czwórko łamaczy i kilkukrotne przemieszczanie się po trasie. Tak jak maratończyk ma swoją strategię na bieg i wie, w którym punkcie będzie o jakim czasie – tak i my mieliśmy dość napięty plan – mieliśmy być na 4 i 5km (tu nie musieliśmy się ruszać z miejsca :)), za chwilę być na 10 km, kilkadziesiąt minut później na 27km, za chwilę na 31km. Szybko trzeba było wracać, żeby być przed 40km i później na mecie.

Jeżeli wszyscy kibice na trasie dawali z siebie choć 1% tego co my, to wierzę w to, że wsparcie dla wszystkich maratończyków było dzisiaj w Warszawie niezastąpione. To co można było zobaczyć u Alicji i Renaty jest nie do opisania – tego po prostu trzeba było doświadczyć. Dziewczyny mają jeszcze swój pierwszy maraton przed sobą, ale dzisiaj dały z siebie wszystko. Najpierw pełna ekscytacja Alicji na 4km, gdzie co chwila kogoś widziała kogo zna z internetów, a za chwilę jak dziewczyny się rozkręciły – szybko złapały sczytywanie imion z numerów startowych i krzyczały do prawie każdego kto koło nas przebiegał. Mało tego – jak ktoś nie miał imienia napisanego to się dopytywały :) Później już pamiętały, kto jak się nazywa :) Do wydzierania się i zdzierania gardła przydatna nam była także miska z nożem, oraz niezastąpiona trąbka Renaty, która hałasowaliśmy. Trąbka ledwo przeżyła cały dzień, ale dała radę :)

DSC_0964

Jako, że przemieszczanie po trasie dość sprawnie nam szło, to można było już zapamiętać kto biegnie kiedy – i to Wy biegacze już nas rozpoznawaliście i dziwiliście się jak można być w tylu miejscach :) Cóż – nie ma rzeczy niemożliwych – CHCIEĆ TO MÓC – chociaż muszę przyznać, że czasami dziewczyny trzeba było siłą ściągać to TELEPORTACJI :)

Dziś doświadczyłem tego, że kibice są tak samo ważni jak biegacze. Bez kibiców biegi uliczne nie były by takie same, bez kibiców bieglibyśmy wolniej. To kibice dodają nam powera. To właśnie na kibiców można liczyć w momencie gdy nogi maja już dość. Dlatego, jeśli jest jakiś bieg w Waszym mieście, a Wy akurat nie biegniecie i macie trochę wolnego czasu – wyjdźcie na ulicę – pokrzyczcie – pomóżcie – Ci co biegną, mimo, że pewnie Wam na mecie nie podziękują bo po prostu nie uda się Wam spotkać – na pewno będą Wam wdzięczny, i gdzieś w myślach będą myśleć o tej dziewczynie w szarej bluzie, która kilka razy krzyczała do nich po imieniu i dodawała siły. Będą myśleć o tym kibicu, który mimo, że nie biegł dał z siebie wszystko …

DSC_0967

Bez wątpienie to kibicie dodają nam biegaczom siły – i są ważni, nie tylko na ostatnich metrach, ale na każdym metrze biegu. Śmiem, stwierdzić, że to dzięki kibicom można urywać sekundy z naszych życiowek. I nie mówię tego, bo sam robiłem dzisiaj za kibica, ale dlatego, że widać po Was było dzisiaj ile radości daje przybicie piątki, ile na duchu podnosi wykrzyczenie imienia i słów otuchy, i w końcu ile z własnego doświadczenia wiem, ile jestem w stanie wycisnąć na ostatnich metrach, kiedy słyszę znajomy głos krzyczący – DAWAJ, DAWAJ…

Ziomek cel jest tak blisko

DSC_0018

Ostatnie kilometry to głównie walka z głową. I wtedy najbardziej potrzeba biegaczom najwięcej wsparcia. Wiedziałem, że Michałowi może być ciężko. Chciałem czekać na niego na mecie, ale zdecydowałem, że poczekam zaraz przy palmie, przed 40km. W Warszawie moment gdy zbliżasz się do mety jest dość zdradliwy – widzisz już stadion, wyobrażasz sobie metę – a tam jeszcze 2km 195 metrów do pokonania. Gdy zobaczyłem Michała, podałem mu kubek wody i zacząłem biec koło niego – wzdłuż trasy. Dla mnie to były jedne z dwóch najważniejszych kilometrów w życiu – bez odzywania się, a jednocześnie wiedziałem, że pomocne. Most wypełniony ludźmi wspierającymi biegaczy bezcenne – to własnie tu gdzie najbardziej potrzeba dopingu on jest. Dobra robota kibice :)

DSC_0007

Tak więc, żeby już nie przynudzać na początek tygodnia – warto biegać, ale warto też kibicować. Te dwa elementy są nieodłączne, tak więc nie zastanawiajcie się zbyt długo i jak macie chwilę czasu po prostu pokibicujcie, a kiedyś na pewno Wam się to odwdzięczy w tej samej postaci :)

IMG_9761

 

2 Responses to Po drugiej stronie …

  1. Marta pisze:

    Mieszkam na „Kępie” więc skoro świt o 11-tej zmobilizowała siebie i swoją 6 letnią Potwornicką do wyjścia na „Dziesionę”. Na początku miała opory i strzelała fochy w kwestii kibicowania ale z czasem i z ilością pojawiających się Bohaterów (i tłumaczeniach „dlaczego TRZEBA! kibicować”) zmieniła nastawienie. Po trzech godzinach klaskania i krzyku no i niestety nie doczekania się na Spartan zapragnęła powrotu. Najbardziej miała mi za złe, że nie zapisałam się na „piątkę” bo znów mogłaby pokibicować mamie, bo do maratonu to mi jeszcze daleko. Uwielbiam te biegowe spędy :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *