Malaga Marathon – kiedy cel jest w zasięgu

Published on: 13 grudnia 2017

Filled Under: Motywacja, Podróże, W Biegu

Views: 5968

Tags: , ,

Relacje z biegów piszę się dużo łatwiej, kiedy wszystko wychodzi tak jak byśmy chcieli… Sport jest nieprzewidywalny, a piękne w nim jest to, że nigdy niczego nie można być pewnym. Czy trzy godziny zostaną złamane przeze mnie w maratonie? Na to pytanie odpowiedź poznałem w niedzielę, kiedy o 11:59:59 znajdowałem się gdzieś pomiędzy 38 a 39 kilometrem… Pomyślałem sobie wtedy, że już powinienem być na mecie, ale zacznijmy od początku …

Do Malagi przyjechałem tydzień przed samym biegiem. Chciałem choć trochę zaaklimatyzować się do warunków jakie miały panować na samym maratonie. Jak na Hiszpanię to było zimno – w ciągu dnia max 15 stopni, a o poranku koło 7. Zapowiadała się niezła pogoda na sam maraton.

W ciągu tygodnia bardzo mało się ruszałem – wykonałem kilka treningów, w tym jeden mocniejszy na 8 dni przed samym biegiem. Biegało mi się doskonale, przy czym tętno było bardzo niskie – to podbudowywało przekonanie, że jestem w dobrej formie. Do samego maratonu dużo odpoczywałem i od czwartku rozpocząłem ostatnie odliczanie, rozpoczynając ładowanie węglowodanami.

W końcu nadszedł ten dzień … 10 grudnia – dzień próby. Po raz pierwszy nie stresowałem się… lekkie poddenerwowanie było, jednak nie tak, jak zawsze. Po głowie chodziły myśli na temat biegu – jak to będzie, na 20 … 30 kilometrze. Nie było jednak tego kłującego ścisku w żołądku …

Pobudka na 3 godziny przed startem, kanapki z miodem i herbata z cukrem – wszystko jak zawsze. Później jeszcze chwila odpoczynku – posłuchałem kilka motywujących piosenek próbując jednocześnie skupić się wyłącznie na tym co będzie mnie czekać za kilkadziesiąt minut. Na godzinę przed biegiem wyszedłem z domu, żeby potruchtać na start w ramach rozgrzewki. Biegło mi się luźno, czułem lekki wiatr, ale nie było to coś co powinno popsuć sam bieg. Jeszcze dzień wcześniej kiedy byliśmy na biegu śniadaniowym wiało bardzo mocno, i trochę się samego wiatru na biegu obawiałem …

Na 20 minut przed startem przebieram się już w ubrania startowe i na prostej po której zaraz zaczniemy biec wykonuje ostatnie przebieżki. Jest luz pod nogą, a to właśnie przebieżki przed startem pozwalają mi upewnić się czego mogę oczekiwać od biegu. Spoglądam na przystanek autobusowy, na którym termometr wskazuje 18 stopni … a tu jeszcze nie ma 9 tej. Spodziewam się, że będzie ciepło…

IMG_1295

10 minut do wystrzału i jesteśmy już w strefie startowej. Stoimy razem z Krzyśkiem w 5 lub 6 rzędzie. Teoretycznie strefa dla zawodników biegnących na wynik poniżej 3 godzin – przed nami zające na sub3, a jednak zaraz obok tabliczki 3:30, 4:00 .. no nic.

Ostatni łyk wody, oklepuję czwórki, lekko po policzkach, zakładam okulary i czekam na wystrzał…

BOOM !!!

Ruszyliśmy – na pierwszych metrach dosyć duży ścisk – jednak w naszej strefie jest sporo osób, biegnących na wynik powyżej 3 godzin. Po 400 m pierwsze rondo i tu sporo wymijania, ale udaje się trzymać zakładane tempo. Bieg po optymalnej trasie ma ułatwić nam niebieska linia namalowana wzdłuż trasy. Wiem, że pierwszy zakręt będzie w prawo, dlatego staram się trzymać jak najbliżej tej strony.

Kontroluje tempo na zegarku, jednocześnie obserwując jak wyglada bieg grupy prowadzonej na 3 godziny. Żeby złamać trójkę trzeba biec po 4:16 min/km. Założenia jakie dostałem na bieg były rozpocząć po 4:13. To daje wynik mniej więcej 2:58. Pozwala zbudować to lekki zapas, w razie gdyby po drodze były jakieś niespodzianki, jednak tempo to było też tym, czego się spodziewałem po treningach jakie biegałem.

12

Patrząc na to jak biegła grupa na połamanie trójki pomyślałem – mają fantazję. Pierwszy kilometr łapię lekko szybciej 4 min i kilka sekund, a grupka jest już kilkadziesiąt metrów przede mną. Biegnąc trzymam swoje tempo, a grupa cały czas się ode mnie oddala … Chwila zastanowienia, czy nie biegnę za wolno, ale zegarek pokazuje co innego … nawet za szybko… Pierwsze kilometry prowadzą po centrum miasta, gdzie jest jeszcze sporo kibiców i biegniemy w zacienionym i zamkniętym miejscu – jest bez wietrznie. Po około 3 kilometrach następuje pierwszy zakręt i duża niespodzianka – około 200 metrów mocniejszego podbiegu pod wiatr. Nie robi to jeszcze jakiegoś wielkiego zamętu bo wiem, że zaraz robimy nawrotkę i długi zbieg przed nami z wiatrem w plecy.

Po 5 kilometrach jestem już nad morzem, a przede mną 10 kilometrów biegu wzdłuż wybrzeża. Po chwili dołącza do mnie Magda na wielkim pomarańczowym rowerze. Biegnie mi się swobodnie – muszę się lekko hamować bo tempo na zegarku czasami zbliża się koło 4:10. Wiem, że to efekt wiejącego w plecy wiatru. Kontroluje tętno – jest wyższe niż to którego się spodziewałem – jest też ciepło, więc wnioskuję, że to z tego powodu.

IMG_8675

Na wysokości 8 kilometra czekają moi kibice – krzyczą, robią zdjęcia i pytają jak jest – pokazuje kciukiem, że ok i trzymam swoje. Znaczniki na trasie są często nieodpowiednio postawione – międzyczas jaki łapie na 8 kilometrze 4:56, wiem, jednak, że już niedaleko jest 9-ty km, którego namalowane sprayem oznaczenie pamiętam z treningów.

9-ty kilometr łapię 3:27 – uśmiecham się sam do siebie i zaraz obok latarni morskiej wbiegamy na drogę biegnącą już cały czas wzdłuż plaż Malagi. Przed nami następne 7 kilometrów leciutko pod górkę. Mijając 10 kilometr spoglądam na zegarek: 42:00 – o 10 sekund za szybko vs. założenia – czyli każdy km średnio o sekundę za szybko – to głównie zysk z pierwszego kilometra. Staram się leciutko zwolnić, żeby trzymać już zakładane 4:13 przez kolejne kilometry.

Na 12 kilometrze zdejmuje z siebie pasek do tętna, który cały czas mi lekko spada i wyrzucam do Magdy. Zaczynam już czuć operujące słońce – na każdym punkcie żywieniowym, które rozstawione są co 2.5 km łapię butelkę wody – biorę kilka łyków. Drugą polewam się, żeby się lekko schłodzić. Biegniemy wzdłuż wybrzeża – po prawej stronie plaże Malagi i wznoszące się co raz wyżej słońce. Po drugiej stronie mijamy już liderów, którzy już są dawno za nawrotką.

Nawrotką do której dobiegam na wysokości 15.5 kilometra. Wszystko idzie zgodnie z planem. Lekkie zwolnienie i nagle zaczynamy biec pod wiatr – na niektórych odcinkach bardzo mocno wieje w twarz. Krzysiek, który biegł do tej pory za moimi plecami zaczyna się powoli ode mnie oddalać. Ogląda się czy jestem za nim.  Staram się jak najbardziej trzymać tempo i walczyć z wiatrem. Kiedy mogę chowam się za biegnącą grupkę – nie umiem niestety biec na plecach – grupy mi odbiegają – tempo przez kolejne kilometry jest mocno mieszane – są te zgodnie z założeniami w okolicy 4:15, a są też te gdzie mocno wieje wiatr po 4:30.

Na 21 kilometrze melduję się z czasem 1:29:59 – o minutę wolniej od założeń, ale nadal równo w połowie wymaganego czasu na złamanie 3 godzin. Musiałbym już jednak utrzymać tempo 4 min 15 sekund na kilometr do samego końca… I tu rozpoczął się mój prawdziwy maraton …

… o którym więcej jutro.

2 Responses to Malaga Marathon – kiedy cel jest w zasięgu

  1. Krzysztof pisze:

    O nie! Jak czytelnik się rozkręca, emocje rosną, to tu taka niemiła niespodzianka :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *