Stracić dużo – ZYSKAĆ jeszcze więcej !!!

Published on: 2 sierpnia 2017

Filled Under: Podróże, Trening, Triathlon

Views: 3178

Tags: , , , , ,

To miał być trening jak każdy. Słowo trening jest tu chyba nawet trochę nad wyrost, bo zwyczajnie kiedy jestem na „wakacjach” staram się być aktywny tak jak na co dzień – „trenować”, ale jednocześnie nie mam też zupełnie żadnej spiny na jakieś cyferki, czy założenia. Nie mam konkretnego planu treningowego – raz idę na rower, innego dnia pobiegać. Robię tyle kilometrów na ile mam danego dnia ochotę i na ile mam czas. Kiedy chcę, po prostu się zatrzymuje – czasem siadam na 5 – 10 minut i patrzę przed siebie. Podziwiam to co jest dane mi od życia, bez wiszącego nade mną widma planu treningowego.

Jednocześnie będąc blogerem łączącym pasję sportu z podróżami bardzo chcę, a jednocześnie czuje w obowiązku dzielenia się z Wami tym co przeżywam. Tego dnia byliśmy w regionie winnic – NAPA i SONOMA w Kalifornii. Już dojeżdżając samochodem poprzedniego dnia, mijając setki winnic, które pokrywały okoliczne wzgórza cieszyłem się na możliwość pojeżdżenia rowerem. Wszechobecne winnice wydawały się idealnym miejscem na przejażdżkę nazajutrz. Plan na ten dzień był napięty (zresztą jak na każdy) – o 10 musiałem już byś po oddaniu roweru do wypożyczalni – pół godziny później wyruszaliśmy w całodzienną podróż pociągiem po krainie wina, łącznie z poznawaniem winnic no i rzecz najważniejsza z testowaniem :)

Moja winnica :) 🍷🍷🍷 #wine #napa #drone #spark #djispark #selfie #photooftheday #california #roadtrip #dream

A post shared by Lukasz Remisiewicz 👻RunEat.pl (@runeat.pl) on

Wschód słońca kilkanaście minut przed szóstą. Budzik nastawiony na 5tą – wszystkie potrzebne rzeczy ułożone grzecznie koło roweru, czekające, żeby jak najszybciej i po cichu wyjść na rower. Do zabrania karta kredytowa, komórka, power bank i kamera. Tyle fajnych miejsc na pewno będzie do zrobienia fotek. Chciałem zrobić jakieś 80 kilometrów, ale gdybym zrobił 50 to też by nic się nie stało. Wszystko zależało od tego ile czasu zejdzie mi na trzaskaniu foteczek, a uwierzcie – zrobienie tej jednej idealnej, czasami zajmuje trochę czasu. Licząc, że najpóźniej muszę wrócić o 9:30, żeby szybko wziąć prysznic, złapać kawę dla Zosieńki, a dla mnie śniadanie w Starbuniu, miałem około 4 godzin na kręcenie na lowelo. Mapy mówiły, że w tyle powinienem przejechać właśnie planowaną osiemdziesiątkę, ale wiadomo – to co mówi mapa to trzeba przez dwa podzielić – w końcu nie jestem typowym turystą na górskim bajku. Wypożyczyłem niezłą szosę, dzień wcześniej zaplanowałem trasę przy winku i lodach – bylem gotowy do podboju winnic!

IMG_8949

Obudziłem się przed budzikiem – szybko się ogarnąłem i jeszcze przy lekkiej ciemności wyruszyłem. Na początek było kilka kilometrów mil (w końcu jesteśmy w USA) wyjazdu z miasta. Za mną zostawiałem wschodzące słońce, które powoli malowało swoim purpurowo czerwonym kolorem niebo. Cieszyłem się, że zaraz skręcę w lewo i liczyłem na to, że gdzieś pojawi się wielkie pole krzewów winogron, a za nimi powoli będzie unosić się ku górze wielka gorąca żółta kula. Nie trzeba było długo czekać – po 6 milach (10 km) byłem już w miejscu z cudownym widokiem, gdzie słońce powoli wyłaniało się zza horyzontu. Czekałem na ten moment, kiedy znajdzie się na czubkach drzew i zrobiłem wyczekiwane zdjęcie. Można było jechać dalej…

IMG_8994

Teraz dopiero zaczęła się poezja na niebie … Jednocześnie zaczęło robić się też już gorąco. Niesamowite jest, że dopóki słońce spało to temperatura wynosiła około 6-7 stopni, kiedy tylko pojawiło się na niebie to szybko rosła do blisko dwudziestu. Z uśmiechem jechałem przed siebie, czekając na kolejny „punkt widokowy”, co by porobić nowe zdjęcia. Długi podjazd, puste drogi, na końcu słońce – ja i rower – czego chcieć więcej od poranka? Zaraz po skręcie ujrzałem kolejne miejsce, gdzie chciałem zrobić fotkę. Wyjmuję kamerę, ale coś jednocześnie mi nie pasuje w kieszeniach. Przy telefonie powinny być dwie plastikowe karty – jedna do hotelowego pokoju i druga moja do konta dolarowego. BOOM – nie ma! I to nie tej od pokoju, ale tej płatniczej! Na dodatek, dopiero co zrobiłem przewalutowanie i doładowałem kartę na trochę zielonych. Jeszcze raz sprawdziłem dokładnie kieszenie i upewniwszy się, że jej naprawdę nie ma ruszyłem w poszukiwania. Prawdopodobnie musiała mi wypaść w którymś z momentów, kiedy wyjmowałem jadąc kamerę (a wiedziałem, że powinna być w innej kieszeni!). Nie licząc na za wiele uznałem, że te 3 mile (5km) do miejsca gdzie ostatnio ją czułem, to dystans do pokonania i poszukiwań. Jechałem pod prąd (ale i tak nic poza jednym beczkowozem z winem nie jechało). W sumie to wyszedł z tego niezły trening bo przejechałem te 5km ze średnią 37km/h :). Na jakieś pięćset metrów przed miejscem gdzie robiłem pierwszą fotkę, leżał sobie na środku drogi mały kawały plastiku. JEST !!! RunEat uratowany – będzie za co przeżyć dalszą część wyjazdu. Karta była lekko nadłamana, ale działała idealnie.

DSC07862

Uradowany, że już nic tego dnia gorszego nie może się wydarzyć wróciłem na planowaną trasę. Kilka mil dalej skręt w długą prostą wiodącą przez niekończące się winnice. Obok samotnie stojąca amerykańska skrzynka pocztowa. O! Ale fajne miejsce na focie !!! Ustawiłem kamerkę, sprawdziłem na telefonie podgląd i wiedziałem, że to będzie fajne foczitsu. Teraz tylko zabrać rower ustawić się i CYK CYK. Biorąc rower, który opierał się o miejsca na którym stała kamera stało się. Kamerka postanowiła sprawdzić jak działa przyciąganie ziemskie i poleciała na ziemię (nie pierwszy i nie ostatni raz)! Myślę, sobie, ja to mam jednak szczęście, że ona tak spada i nic jej się nie dzieje. Tym razem się zadziało – soczewka rozbiła się na drobny maczek (już po raz drugi!). Spakowałem zabawki i jechałem dalej wkurzony, że nie mogę robić fajnych zdjęć …

IMG_9113

Po kilometrze, czy dwóch stało się coś niesamowitego. Moje myślenie o braku kamery zamieniło się w doświadczanie tego co mnie otacza dookoła. Puste drogi, piękne widoki, prażące słońce i w tym wszystkim ja. Chłopak, który kiedyś nie cierpiał ruchu – w szkole unikał WFu, na obozach harcerskich wybierał warty o porannych godzinach, żeby nie musieć iść biegać podczas porannej rozgrzewki, jest właśnie na drugim końcu świata i o wschodzie słońca jeździ sobie na rowerze. Czy naprawdę jest to moment, żeby wkurzać się na rzeczy materialne? Dosłownie w kilka sekund zapomniałem o braku kamery, nie myślałem nawet o tym, żeby wyjmować iphona do robienia zdjęć. Postanowiłem korzystać z chwili. Jak to mówią amerykanie ENJOY THE MOMENT. Było tyle pięknych miejsc do zrobienia zdjęć, ale ja nawet nie zatrzymywałem się już … Jechałem przed siebie, śmiejąc się wewnętrznie do siebie i myśląc – CHŁOPAKU !!! TO JEST TO!!! TO JEST CHWILA DLA CIEBIE !!! KORZYSTAJ Z NIEJ I CIESZ SIĘ ŻYCIEM !!! Jechałem i jechałem i jedyne co miałem na końcu głowy, to kiedy złapię gumę …

DSC07846

Zrobiłem 80 kilometrów – tak jak chciałem. Piękne krajobrazy, długie i wymagające podjazdy, cudowny czas spędzony sam ze sobą – bez planu treningowego, bez kamery – moje 3 godziny !!! Do hotelu udało mi się wrócić wcześniej niż planowałem. Szybka analiza i w okolicy był sklep gdzie można było kupić nową kamerkę. Zbiła się? OK !!! To tylko rzecz materialna. Nie oszukujmy się – takie ryzyko zawodowe – jak kładę kamerę w miejscach, na których ledwo stoi to prędzej czy później coś takiego musiało się stać. Kupiłem na szybkości w dobrej cenie GO PRO, spakowaliśmy rzeczy do samochodu i ruszyliśmy w dalszą drogę … wsiedliśmy do pociągu aby podziwiać winnice od środka – od serca, gdzie powstaje pyszne wino!

20258029_10156482137039447_743652162176979595_n

Kilka dni później, kiedy pakowałem się już na wyjazd do Polski, okazało się, że nie mam jednego buta kolarskiego … Nie no – nie możliwe – jeszcze podczas tego „treningu” zgubiłem buta? Karta, Kamera i jeszcze but … no ładne rzeczy … Zaraz zawody, a ja nie mam w czym jechać … Po powrocie trzeba było szybko kupić nowe – nie był to planowy zakup – myślałem, o nowych, ale dopiero w przyszłym sezonie. A tak zrobiłem sobie nagrodę za dobry wynik w Nowym Jorku (cz 1 / cz 2 / cz 3 KLIK KLIK)

To było 80 kilometrów, które materialnie kosztowało dużo, ale jednocześnie zyskałem życiowo tak wiele. Spędziłem blisko 3 godziny z pięknem przyrody, własnymi myślami … cudowne trzy godziny… To była kolejna lekcja tego, żeby cieszyć się życiem niezależnie od tego co się dzieje. Lekcja tego, żeby CIESZYĆ SIĘ KAŻDĄ CHWILĄ – tego wam życzę, a już jutro pierwsza część relacji z ROAD TRIP …

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *