USA Nationals – walka do końca!

Published on: 20 sierpnia 2018

Filled Under: Podróże, Triathlon

Views: 2996

Tags: , , , ,

„Athletes – you are now in starters hands” usłyszeliśmy na dziesięć sekund przed startem. Mimo, że podobne hasło wypowiadane było już kilkanaście razy wcześniej, to zupełnie inny jest jego odbiór, kiedy dryfujesz podtapiany przez coraz większe fale, i czekasz aż zacznie się kolejna niesamowita przygoda Twojego życia. Kiedy w głośnikach wyciszana jest muzyka, a ja zaczynałem słyszeć co raz głośniejszy odgłos bijącego serca, odliczający sekundy do startu, przez chwilę zastanawiałem się, czy do nie jest moje własne. Syrena i ruszyliśmy – nie wiedziałem jeszcze wtedy, że to będą najcięższe zawody w jakich do tej pory wziąłem udział…

Do pokonania mieliśmy 1500 metrów. Standardowo część w głąb jeziora – naprowadzały nas dwie pomarańczowe boje kierunkowe. Żółtą nawrotową mieliśmy wziąć prawą ręką – dopłynąć do kolejnej żółtej, ponowny zwrot na prawo i już do brzegu kierując się na dwie pomarańczowe – nic skomplikowanego. Nie raz już pokonywałem taki dystans, ale tym razem było inaczej.

Jezioro Erie to czwarte co do wielkości w kompleksie pięciu Wielkich Jezior Ameryki Północnej. Przez nie biegnie granica między Kanadą a Stanami. Nie widać drugiego brzegu, a fale tego dnia przypominały morze, albo i nawet ocean, ale tego na razie nie chce sobie jeszcze wyobrażać – jak duże fale są w oceanie przekonam się już za 2 tygodnie w RPA.

Ruszyliśmy ile pary w rękach – czułem się trochę, jak kilka dni wcześniej w Gdyni. Mocna paka – 10% najlepszych zawodników z USA w kategorii M35-39. Każdy ma ten sam cel – wypaść jak najlepiej. Nie byłem zblokowany, ale czuć było, że nie ma tu miejsca na odpuszczanie. Jeżeli nie chciałem, żeby ktoś po mnie przepłynął, czy dostać gonga trzeba było z całych sił walczyć o dobre miejsce w grupie. Cały czas czułem smyranie po nogach – odwdzięczałem się tym samym – świadczyło to o tym, że płyniemy razem. Próby nawigacji na nic się zdawały – każde wynurzenie głowy powodowały czy to podtopienie przez nadpływającą falę, czy kopniaka. Po jakiś 200-300 metrów grupka zaczęła się powoli rozrywać – na trzymanie nóg lepszych nie było już zbytnio dużej szansy – tym razem sam stałem się liderem w naszej grupce. Dwa, trzy metry po mojej lewej podobnie. We dwójkę staraliśmy się prowadzić stado do przodu. Aby zobaczyć pomarańczowe boje trzeba było porządnie wyciągnąć się do góry. Te nie bardzo chciały się zbliżać.

IMG_5542

Było ciężko – nie spodziewałem się, że aż tak. Starałem się zapomnieć o tym, i skupić na technice – mocne pociągnięcie i zmienić trochę tryb pracy rąk. Zamiast standardowego wysokiego łokcia, wykorzystać to co dowiedziałem się kilka dni wcześniej na szkoleniu, aby ręką poprowadzić bardziej szeroko – czy pomogło? Nie wiem :) Oddychając na prawą stronę w pewnym momencie ujrzałem przepiękny widok wschodzącego słońca, a w tle Downtown Cleveland, czyli nic innego jak wieżowce w samym centrum. Nie czas i miejsce jednak był na zwiedzanie – trzeba było cisnąć dalej do przodu.

Pierwsza nawrotowa boja – tu spory młyn – nadal było nas sporo w jednej pace. I tu można powiedzieć, że pływanie się skończyło. Do kolejnego zwrotu kierowaliśmy się cały czas pod słońce. Nie widziałem zupełnie nic, a o tym małym żółtym trójkąciku, który miał być moim celem już nie wspominam. Płynąłem trochę na oślep, starając się jednak trzymać pozostałych zawodników, licząc na farta, że choć któryś z nas wie gdzie płynie.

Zwrot przez prawą burtę i już jesteśmy na ostatniej prostej – powinno być łatwiej z falą i już tylko do brzegu. Nic bardziej mylnego. Wyjścia nie było widać – na szczęście w tle był wielki komin, który pokrywał się z naszym celem. Na niego starałem się nawigować, a to, że mieliśmy płynąć z falą to bujda. Jezioro Erie jak później się dowiedziałem charakteryzuje się sporą liczbą małych wirów i prądów, które zasysały nas do środka. Wiedziałem, że na dobry czas nie ma co liczyć i kiedy wyjdę z wody, żeby nie brać tego pod uwagę co zobaczę na zegarku. Płynąłem ile jeszcze sił, aż w końcu poczułem pod dłońmi dno. Zrobiłem kilka delfinów i z jakkolwiek wyglądającym uśmiechem na twarzy wstałem, ciesząc się, że mam już to za sobą.

34:46 – jak na olimpijke i moje możliwości – dramat, jednak jak na panujące warunki to nie wiem ;) Pierwszy raz płynąłem w takich warunkach. Co ciekawe, Polar zliczył 1850 metrów pływania, ale to czy się gubiliśmy, fale naliczały więcej, czy faktycznie było za dużo pozostanie niewiadomą do końca. Pociesza mnie jedynie fakt, że wszyscy z którymi rozmawiałem po zawodach popłynęli o około 7-8 minut gorzej od założeń…

107_3rd-2423362-DIGITAL_HIGHRES-2443_062830-19385376

Do brzegu było jeszcze jakieś 50-60 metrów – początkowo myślałem, że to świetnie, żeby urwać kilkanaście sekund, jednak kiedy wstałem to nieźle już mi się kręciło w głowie, a tym razem nie myślałem, żeby iść do toi toia się wysikać, a po prostu zwymiotować. Pływanie dało mi porządnie w kość, ale nie po to leciałem na drugi koniec świata, żeby się poddać. W miarę sprawnie zdjąłem górę pianki i wyprzedzając wszystkich idących na długim, blisko 500 metrowym piaskowym dobiegu udałem się w pogoń z upływającym czasem.

Kinia – bo tak nazwałem moją czerwoną strzałę na te zawody czekała na mnie przy samym wejściu do strefy. Można by powiedzieć, że miejsce miałem jak bym je wykupił. Nie można było się pomylić, który rząd, gdzie co i jak. Po kilku sekundach już wybiegałem ze strefy zaliczając jedną z lepszych T1 na ponad 3000 zawodników. Byłem zdeterminowany do tego by walczyć, choć czułem wypluty się jak pies Pluto.

Pierwsze 2 kilometry lekko pod górę – stojąc w blokach przedzierałem się do przodu. Nawrotka i w dół, żeby po chwili znów zaczął się długi na 2 kilometry podjazd. Jechaliśmy autostradą, która była całkowicie wyłączona z ruchu, co w przypadku zawodów w USA zdarza się rzadko. Nie miałem pomiaru mocy, więc tym razem jechałem na samopoczucie, i własne odczucie palących czwórek. Trasa z pozoru nie była zbytnio skomplikowana do ogarnięcia – dwadzieścia kilometrów w jedną stronę, nawrót i do bazy. Cały czas jechaliśmy lekko pod górę i pod wiatr, co dawało nadzieję, że powrót będzie szybszy i przyjemniejszy.

98_3rd-2423362-DIGITAL_HIGHRES-2443_042393-19385367

O ile na dzień wcześniej (notatka dla mnie: nie powtarzać w przyszłości, tylko odpoczywać) łatwo było mi się ułożyć w pozycji, to tym razem moja jazda w oreo miała z nią tyle wspólnego co zjadanie ciasteczka rozdzielając go na części. Zupełnie nie mogłem się ułożyć, a płyty z jakich budowane są autostrady i niekończące się remonty nie ułatwiały sprawy. Zaryzykuje stwierdzenie, że 70% trasy pokonałem w górnym chwycie.

Po 10 kilometrach skręciliśmy w miasto – trochę zakrętów i ruchu po drugiej stronie drogi. Trasa świetnie zabezpieczona – na każdym – słownie KAŻDYM skrzyżowaniu radiowóz i policjanci pilnujący tego, żeby na trasę nie wdarł się niepożądany gość. Tego powinniśmy się uczyć od nich. Kiedy zbliżaliśmy się na zegarku do 20 kilometra i teoretycznej nawrotki ostry zjazd w dół. Myślę sobie – o fajnie tu zawracamy i będzie lżej i na zjeździe mocno przyhamowałem, żeby łagodniej wejść w nawrót  – gucio prawda – nie wziąłem pod uwagę tego, że najpierw oddaliliśmy się od strefy o kilometr wiec nawrót będzie gdzieś na 21-22 kilometrze … tak jest jak się jedzie w nieznane …

95_3rd-2423362-DIGITAL_HIGHRES-2443_042390-19385364

Drogę powrotną Wam oszczędzę – miało być z wiatrem i z górki, a mi się w ogóle nie jechało. Nogi piekły, a ja ledwo przesuwałem się do przodu. Głowa walczyła – IDŹ DO DOMU – PO CO CI TO? Serce jednak mówiło WALCZ !!! Na kilka kilometrów przed strefą ostatni podjazd, a ja ledwo wjeżdżam pod górkę. Obok mnie jedzie techniczny rower (takich było sporo – obsługa z dętkami, kluczami itp, która pomagała w przypadku defektu). Super sprawa, tylko czemu ten koleś na ciężkim góralu z plecakiem jedzie szybciej ode mnie? To dało mi trochę kopa żeby jeszcze mocniej jechać, a zaraz wyprzedziła mnie jakaś Pani – mniej więcej K40-K50. O nie tak się nie będziemy bawić! Wymieniliśmy się na prowadzeniu i do strefy zmian dojechałem pierwszy (1:14)

Szybka strefa (z tego to chyba mógłbym wykłady prowadzić) i byle chociaż z biegu coś wyszło. Nogi nawet na początkowo niosły, ale mniej więcej po 600 metrach pierwszy podbieg. Długi na około 800 metrów – kto był w Przechlewie ten wie co mam na myśli – no nic byle do góry, tam powinno być płasko, przynajmniej tak wynikało z profilu. No było płasko – kilkaset metrów, a później znów góra dół. Szczytem był zbieg mniej więcej na 3.5 kilometra – dwieście metrów stromo w dół, żeby zrobić kółko na rondzie i wdrapać się pod górę … O ile na pierwszej pętli była na to siła, to na drugiej … eh :)

Ostatnie kilkaset metrów to zbieg – puszczam luźno nogi – tu dopinguje mnie Kasia – siostra mojej wieloletniej partnerki tanecznej, z którą razem podbijaliśmy parkietu światowego Rock and Rolla. Co ciekawe to właśnie w Cleveland narodziła się ta muzyka – przypadek?

101_3rd-2423362-DIGITAL_HIGHRES-2443_044315-19385370

Druga pętla to już walka, aby dobiec do mety. Podbiegi nie wchodzą już tak łatwo, jednak myśl, że to tylko lekko powyżej 20 minut biegu pozwala mi przezwyciężyć niemoc i nawet przyśpieszyć. Na kilometr do mety włączam opcję full gaz. Mocny zbieg i zaraz śmieszna kładka którą musieliśmy pokonać (pod nią był wybieg z wody). Tu przy zbiegu poczułem lekki skurcz, na szczęście do mety nie było dalej jak 200 metrów. Mocne przyśpieszenie i wyprzedziłem spokojnie z 15 osób na ostatnich metrach. Bieg koncze z czasem 44:35.

83_3rd-2423362-DIGITAL_HIGHRES-2443_016815-19385352

Przekraczam metę Mistrzostw Ameryki (2:39:26) na dystansie Olimpijkim. Jestem finisherem – i to się teraz liczy. W dupie mam tego dnia czas – dałem z siebie naprawdę 100% tego dnia. Wygrałem ze swoim największym przeciwnikiem – z samym sobą!!! Zaraz za metą lodowata woda, gatorade (FUUU!!!) i mokry zimny ręcznik. Pisałem o tym przy Nowym Jorku – pomysł wielkich kubłów na śmieci wypełnionych lodem i piciem robi robotę.

Odbieram worek z depozytu i siadam pod drzewem z zimnym ręcznikem na głowie. Nie mam ochoty iść jeść … Siedzę tam dobrą godzinę …

Ktoś zapytał, czy chu%#$^$ mi poszło…. Nie mi to oceniać – czas na mecie nie jest jedynym wyznacznikiem – profil, warunki – to wszystko trzeba wziąć pod uwagę. Ten start mnie porządnie przetargał, ale tego potrzebowałem. Potrzebowałem zawodów, gdzie od początku będzie ciężko, a ja będę walczyć do samego końca. Potrzebowałem tego, żeby przekonać się, że potrafię przezwyciężyć własną głowę i nie odpuścić. Za bardzo to kocham, żeby zrezygnować bo zegarek pokazuje gorszy niż bym chciał czas. W końcu byłem jedynym Polakiem tego dnia na trasie, to zwyczajnie byłoby wstyd nie ukończyć …

Po raz pierwszy po zawodach nie robiłem nic przez trzy dni … no dobra, truchtałem kilka kilometrów w dzień po, żeby pokibicować na sprincie (który de facto zamienił się w duathlon z uwagi na nasze fale dzień wcześniej…). Ten start mi dał bardzo dużo … dużo więcej niż nowa życiówka …

Cały czas mam w głowie odgłos bijącego serca na starcie i słów spikera, że oddaje nas w ręce startera. To było podobne do tego co usłyszałem rok wcześniej przed startem w Nowym Jorku. „Niech wszystkie ciężkie treningi, które robiliście teraz się Wam odpłacą …”. Do dziś powtarzam to sobie na chwilę przed każdymi zawodami. I tak będzie …! Do zobaczenia w RPA !

2 Responses to USA Nationals – walka do końca!

  1. Artiu pisze:

    Zarąbiste podejście do wyniku. „Za bardzo to kocham, żeby zrezygnować bo zegarek pokazuje gorszy niż bym chciał czas.” To jest to czego nauczyłem się od Ciebie, Bartka i Kasi. Cieszyć się z ruchu i przezwyciężania samego siebie. Jeśli coś nie poszło, zostawić za sobą i skupić się na przyszłych treningach i startach. Wynik nie jest najważniejszy tylko to ile z siebie dajemy :)

  2. Czuć emocje. Szczególnie to co się działo w wodzie. Rewelacja.
    GRATULACJE

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *