Koniec Świata…

Published on: 16 grudnia 2013

Filled Under: Podróże

Views: 1870

Tags: , , , ,

Ostatnie dwa dni to definitywnie mało snu, dużo czasu w samochodzie i dwie „dyszki”. Jak o tej pierwszej mogę powiedzieć, że był to spokojny spacer, to drugie 10km na długo zostanie mi w głowie.

Aby uniknac „korków” wyruszyliśmy przed szósta z hotelu i do parku weszliśmy około 7 nad ranem. Mimo, że odległości na Sri Lance sa niewielke, średnia prędkość jaka osiagaliśmy na dość waskich dróżkach była bliska 30km/h.

Park narodowy Horton Plains zaskoczył już na samym wejściu. Wejściówka dla naszego kierowcy kosztowała 60 rupii (1.5 PLN), natomiast dla nas bilety były po 2000 rupii (50 PLN). Niezła różnica ;)

Spacer po parku wiedzie lekko górzysta ścieżka, która doprowadza do trzech punktów – Małego Końca Świata, Końca Świata i wodpospadów Bakers Falls. Sam park nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia, troche czułem się jak w Bieszczadach. Fakt – pogoda nie była za dobra – na zmianę mgły i mrzawka. Gdy dotarliśmy do punktów widokowych widzieliśmy jedno wielkie mleko. Przy dobrej widoczności ukazała by się 1km przepaść w dół.
image
image
image
image
image
image
image
Po długiej podróży dotarliśmy do podnóża Góry Adama. Tu nie wiedzac jeszcze o tym miał miejsce kluczowy dla następnych godzin moment. Obiad. Nie wygladał źle, chociaż czuć było, że tłuszcz nie był pierwszej świeżości. Cały dzień padało a wręcz lał deszcz. Byłem jednak zdeterminiwany do tego, że o 2 nad ranem wyruszam, aby pokonać 5200 schodów i około 6 znaleźć się na szczycie. Nie brałem pod uwagę innej opcji – będzie padać i tak pójdę. Po 4 godzinach snu wspólnie z Bartkiem wyruszyliśmy kilkanaście minut po 2.
image
Już wtedy nie leżało mi coś na żoładku. Dosłownie po pokonaniu kilku schodów zatrzymaliśmy się na herbatę. Zaczeło się. Nie będę wchodził w szczegóły, ale zaczeło mna troche zamiatać. Postanowiliśmy iść dalej. Szczyt znajduje się na wysokości ponad 2200 m n.p.m., wyruszaliśmy z poziomu 1200 m n.p.m.. Im wyżej znajdowaliśmy się tym gorzej się czułem. Cały czas w głowie miałem myśli, że nie mogę się poddać, że dotrę na szczyt. Mniej więcej od 1500 m n.p.m. schody robiły się bardziej strome. Mimo, że nogi nie zgłaszały bólu, i głowa chciała iść, organizm odmawiał posłuszeństwa. Praktycznie co schodek musiałem się zatrzymywać. Mniej więcej około 1800 m n.p.m. – 4:45 przysiadłem i błem się z myślami… co dalej – chciałem tam wejść, ale widziałem, że będzie tylko gorzej. A później będzie jeszcze trzeba zejść. Powiedziałem Bartkowi, żeby szedł sam na górę a ja powoli zacznę schodzić. było jeszcze gorzej – nogi mi się trzęsły, kréciło mi się w głowie. Dorwałem Cole w jednym ze straganów po drodze, dała trochę energii. Udało się zejść do pokoju około 6:15.
Bartkowi udało się dotrzeć na szczyt przed samym wschodem … wygladało to tak:
image
image
Dało mi to dużo do myślenia. Czułem się jakbym schodził z trasy biegu, nie kończac go. Mimo, że mówi się, że wszystko jest w głowie, to rozsadek wygrał. Mogłem walczyć dalej, ale mogło to tylko się źle skończyć. Nie żałuję. Gdzieś jest mały niedosyt, ale na całe szczęście udało się cało dotrzeć na dół. 9 km spacer pod górę i w dół był najcięższym treningiem w moim życiu. Na całe szczęście, jutro jest nowy dzień ;) Jesteśmy w nowym miejscu i z rana będzie biegane :)

Previous post:
Next Post:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *