Lanzarote w wodzie – RunEat Kamp cz. 1

Published on: 27 lutego 2017

Filled Under: Motywacja, Trening, Triathlon

Views: 3123

Tags: , ,

Wakacje All Inclusive zawsze kojarzyły mi się tak samo. Jedziesz do jakiegoś bardziej lub mniej wypasionego hotelu – to w zasadzie nie ma znaczenia, bo najważniejsze jest to, do której godziny bar za darmo wydaje drinki. Rano, choć to pojęcie względne, wstajesz tak, żeby jeszcze zdążyć na śniadanie, które zazwyczaj jest serwowane do 10. Jak nie zdążysz to w sumie nic się nie dzieje, bo zaraz gdzieś w barze przy basenie na pewno będą czekać jakieś frytki, burgery czy pizza. Łapiesz ręcznik i zajmujesz leżaczek na basenie. Co kilkanaście minut zmieniasz pozycję z pleców na brzuch, no i jeszcze odpowiednio ustawiasz leżak, co by odpowiednio łapać promienie słońca. W tak zwanym międzyczasie ktoś idzie do baru przynieść nową dostawę zimnego browarka i jakieś smakołyczki. Wtedy zachowywaliśmy jeszcze resztki przyzwoitości i na martini czy mocniejsze drineczki przechodziliśmy po zachodzie słońca.

Tym razem było troszeczkę inaczej …

Jadąc na dwutygodniowy wywczas na Lanzarocie wiedziałem co jest moim celem. Nie miało znaczenia jaki hotel. Przyznam szczerze, że nawet nie zajrzałem na to jak wyglądają pokoje, czy daleko jest do sklepu i takie tam. Tym zajęła się Pani Trener, do mnie należało pójść do biura i zamówić wycieczkę … (WYCIECZKĘ – jak to brzmi !!!).

Kiedy rok temu odbierałem nagrodę Bloga Roku w kategorii Pasję i Twórczość jedną z nagród był voucher do biura podróży ITAKA. Pomyślałem wtedy sobie – co ja z tym zrobię – przecież RunEat i zorganizowane wyjazdy to nie idzie w parze. W głowie był pomysł, żeby odsprzedać to komuś ze znajomych – na szczęście tego nie zrobiłem i dzięki tej nagrodzie – dzięki WAM! miałem okazję spędzić jedne z lepszych wakacji w życiu.

IMG_0871

Wiedziałem, że jadę tam trenować i to było moim głównym celem wyjazdu. Mimo, że chciałem zobaczyć wyspę, to priorytetem były treningi. Na szczęście udało się tak wszystko poukładać, że znalazł się czas na solidną treningową robotę, jak i zobaczenie Lanzaroty od tej jej turystycznej strony. Choć gdy się tak dłużej zastanowić to jednak najwięcej wrażeń i odbioru tej jednej z Kanarysjkich wysp zapamiętam z rowerowych treningów, bo czy nie najlepiej poznaje się nowe miejsca, wchodząc w najbardziej ukryte zakamarki, do których nie dojedzie, żaden turystyczny autokar?

Budzik zawsze był nastawiony na 6:30. Ktoś może pomyśleć – po jaką cholerę wstawać tak wcześnie na urlopie? Dla mnie nie jest to żaden problem, tym bardziej, że na co dzień wstaję wcześniej, a dzięki wczesnej pobudce, już o 7 mogłem być na basenie. W przypadku kiedy nie pływałem tego dnia rano, to zgadnijcie kto był pierwszy na śniadaniu? Stałem pod drzwiami zanim otwierali stołówkę.

plywanie

Pływałem prawie codziennie. W wodzie nie byłem tylko 4 razy podczas 14 dni jakie spędziłem na Lanzarocie. Zazwyczaj były to zaplanowane treningi z zadaniami, a czasami po prostu luźne pływanie – 1000-2000 m rozpływania. Należę raczej do osób, które jak przestają chodzić na pływalnie, to szybko tracą pływalność. Tu ta zasada się potwierdziła, bo dzięki częstemu kontaktowi z wodą zauważyłem spory progres.

Trenowaliśmy na olimpijskim basenie pod chmurką. To niesamowite uczucie, kiedy wchodzisz do wody, kiedy jest jeszcze ciemno – na basenie jesteś tylko Ty, kumpel i czasami zdarzy się jakiś PRO, który pokonuje dwie długości w czasie kiedy ty dopływasz dopiero do drugiego brzegu. W czasie treningu obserwujesz jak zmienia się kolor nieba, słońca powoli wschodzi i w pewnym momencie promienie słoneczne zaczynają odbijać się od okularów. Aż chce się pływać!

IMG_8074

Przyznam, że nie lubiłem nigdy pływać na długim basenie. Dość szybko się męczyłem, a psychicznie na mnie raczej dobrze nie działały czasy, które widziałem na zegarku. Każda setka na długim to kilka sekund wolniej od 25 metrowych obiektów. Tu okazało się, że zacząłem pływać szybciej niż na krótkim, a do tego przepłynięcie pełnej długości nie było już wypatrywaniem drugiego brzegu.

Przełomowym dla mnie momentem był jeden z ostatnich treningów.

200 KR + 2x(50 GB/50 ŻABA / 50 KR) + 200 (50 mocno / 50 luz) + 200 (100 mocno / 100 luz) + 200 mocno + 800 ŁAPKI

Myśląc, że po mocnych akcentach mam jeszcze płynąć 800 metrów w łapkach w głowie kłębiły się myśli, że ręce mi po prostu odpadną. Ruszyłem z kilkunasto sekundować przewagą nad Zibim, który pływa dużo lepiej ode mnie. Starałem się płynąć mocno, równo, ale i nie szarżować za bardzo bo wiedziałem, co mnie jeszcze czeka. Obstawiałem, że zajmie mi to jakieś 16 min. Wiem, że w łapkach pływa się szybciej, ale jakoś mi to nigdy do końca nie wychodziło. Płynąc cały czas widziałem, że przewaga nad Zibim z każdym basenem stopniowo maleję, ale cały czas prowadziłem. Chciałem dopłynąć pierwszy. Na ostatnie 100 metrów wiedząc, że mam jeszcze zapas zacząłem płynąć już naprawdę mocno. Zibi to zauważył i też zaczął mocniej machać rękoma. Dopłyneliśmy praktycznie równo, ale nie to się w tym momencie liczyło. To co zobaczyłem na zegarku było dla mnie największą radością. Czas zatrzymał się na 14:10, co dla mnie na długim basenie jest niesamowitym wynikiem :)

IMG_6076

To, że efekty dużej ilości pływania są, mogłem przekonać się już w minionym tygodniu. Wczoraj miałem krótki luźny trening – 400m rozpływania, 5 x 200 łapki jako zadanie główne i 200m rozpływania. Do tej pory szczytem moich możliwości było płynięcie 3:35 takich zadań. Wczoraj dwusetki pływałem po 3:14 co wydawało mi się zawsze kosmiczną wartością …

Na wyjeździe główną jednak pracę spędziłem na rowerze. Do tej pory uchodziłem raczej za rowerowego marudę – nie lubiłem wiatru, podjazdów, a jeszcze rok temu na obozie wyjście na rower powyżej 60 kilometrów było dla mnie wielką mordęgą. O tym jak było w tym roku dowiecie się już jutro …

Previous post:
Next Post:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *