Rzeźniczek, czyli luz w d…

Published on: 24 czerwca 2014

Filled Under: Podróże, W Biegu

Views: 3605

Tags: , , , ,

11 stycznia 2014 – wesele – tańce do białego rana. Około 4 nad ranem zbieramy się do wyjścia, zabieramy ze sobą 2 osoby i zmierzamy do Warszawy. Rozwożę wszystkich i gdzieś chwilę przed szóstą udaje mi się położyć do łóżka. Normalny człowiek komórkę rzucił by w kąt i porządnie się wyspał. Ale nie… budzik nastawiam na 7:57… tak dokładnie trzy minuty przed ósmą, żeby szybko wstać, przetrzeć oczy, złapać tablet w łapę i otworzyć stronę http://www.biegrzeznika.pl
Punktualnie o ósmej rozpoczynają się zapisy na dwa górskie biegi – Rzeźnika i Rzeźniczka. Jak chcesz być szczęściarzem, któremu udaje się załapać na miejsce – musisz działać szybko. Po chwili tych miejsc już po prostu nie ma. Na szczęście udało mi się zapisać zarówno siebie jak i Adama. Tak właśnie rozpoczyna się moja historia z biegiem, który później kilka razy nazwę – A po co mi to?

Troll

Tak naprawdę to wszystko zaczęło się już rok wcześniej, w pierwszym tygodniu czerwca. Byłem wtedy w Bieszczadach na weekend Bożo Ciałowy. Mieszkaliśmy w Ustrzykach Górnych – miejscowości z jedną knajpą i jednym skrzyżowaniem, jednym sklepem i skrzynką pocztową. W miejscowości, która jest metą 80 km biegu Rzeźnika. W tym dniu wybraliśmy się do Cisnej, a dokładniej 8 km od Cisnej do Roztok Górnych. Znów powrót do lat dzieciństwa. Naście lat temu byłem tam na zimowisku harcerskim, na którym zasypało nas śniegiem. Śniegu było tyle, że schodki do schroniska, w którym wejście było tak 2 m nad ziemią nie istniały. Przyjechała wtedy też Pani z TVN zrobić z nami wywiad, jak sobie radzą harcerze z Warszawy, którzy są odcięci od świata… cóż odpowiedzieliśmy jej, że skoro do nas dojechała, to chyba jeszcze nie jest z nami, aż tak źle. Ruszyliśmy w górę i zaczęliśmy naszą wspinaczkę na Jasło poprzez Okrąglik.

Po pokonaniu 1 km znaleźliśmy się w miejscu zwanym Przełęcz nad Roztokami – miejscu, które podczas biegu Rzeźniczka jest jedynym punktem kontrolnym i punktem gdzie można złapać szklankę wody. Miejscu ważnym z punktu widzenia tego wpisu, o czym napiszę kilka akapitów dalej.

I tak spacerowaliśmy sobie, usiedliśmy zjedliśmy mielonkę, wypiliśmy piwko i dotarliśmy zmachani na Okrąglik. Zajęło nam to wtedy dobry cały dzień. Zjechaliśmy na dół i zasiedliśmy w knajpce TROLL na pizzę. Zamówiliśmy wtedy pizzę z ostrym sosem i papryczką pepperoni… była ostra – tylko czemu pamięć zawiodła i w tym roku zrobiłem dokładnie to samo? Popijając kolejne piwko patrzyłem jak z autobusu wypadają osoby, tak wypadają, bo na pewno nie były w stanie wyjść z niego o własnych siłach…

Byłem wtedy zafascynowany tym, że za kilka miesięcy pobiegnę swój pierwszy maraton. Tym, że jak wrócę z Bieszczad to dostanę swój pierwszy w życiu plan treningowy. I wtedy ktoś przy stoliku obok powiedział mi co Ci ludzie właśnie zrobili – to, że przebiegli 80km i zaczynali o 3:30 nad ranem … A ja dumnie odpowiedziałem, że będę biegł teraz maraton, a takie 80km to masakra. Na co gość powiedział, że jest też następnego dnia wersja light – 25km… na co mu odpowiedziałem, że ja już swoje 12 dzisiaj przeszedłem po górach i ledwo żyje, a co dopiero biec 25 km …

Caryńska … a raczej dwóch carów

Ustrzyki Górne – miejscowość o której już wspominałem – taka po prostu dziura w Bieszczadach – to tu rok temu z pewnego parkingu zaczynałem wspinaczkę na połoninę Caryńską. Dobrze pamiętałem, że na parkingu była drewniana chatka gdzie kupowało się bilety a następnie po drewnianych schodkach szlo się wgłąb krzaczorów, a następnie drewnianym mostkiem do stromego podejścia.

Zajechaliśmy do Cisnej przed 11tą pytając na tym jednym w miejscowości skrzyżowaniu, gdzie będzie meta biegu. Powiedzieli nam, że „tam na parkingu za mostkiem”. Toć pojechaliśmy, a na owym parkingu pustka … kolega rozkłada flagę Runner’s World, widać namiot i kucharza z niezliczoną liczbą pojemników makaronu. Ale my szukamy maty – jakiegoś zegara, czy licznika który pokaże czas jak chłopaki będą wbiegać na metę. Nic ..

IMG_1490

Parę chwil później przyjeżdża van i zaczynają rozpakowywać czujki, laptopa i te sprawy – na co mówimy, żeby się trochę pośpieszyli bo chłopaki mogą być tu lada chwila. Według mapy czas otwarcia mety to godzina 12… nam licząc z tego, że wiedzieliśmy, że 8-9km od mety opuszczali ostatni przepak o 10:15 wynikało, że będą wcześniej … I tak po 7 godzinach 54 minutach, czyli w okolicy 11:24 w krzakach zaczęło coś szeleścić i ujrzeliśmy trzymających się za rękę Kubę i Przemka – nasi :)) Dobiegli :) Pokonali 80km trudnej trasy Rzeźnika – byli pierwsi – pobili rekord trasy o prawie 15 minut :) Kibiców trochę mało, ale miałem gwizdek z Sierakowskiego TRI, a do tego Monika, Ola, Iwona, krzyczące  wniebogłosy … YEAAHHHH…. :) Później wywiady te sprawy :)

IMG_1516

Naszych Carów zostawiliśmy i pojechaliśmy coś zjeść – w końcu jutro to my mieliśmy startować w młodszym bracie Rzeźnika – w biegu po górach, do którego umówmy się, żadne z nas się nie przygotowywało. Chata Wędrowca jako stały punkt programu w Bieszczadach na jedzonko, a dalej już chill… każdy z nas się na chwilę położył i zaczęliśmy się zastanawiając co nas podkusiło, że tu przyjechaliśmy – zamiast pobiegać sobie na spokojnie w Warszawie, to zasuwaliśmy 500km, żeby biegać po górach … ktoś rzucił, że przecież robimy to dla funu, na co inny ktoś odpowiada – Ciekawe masz pojęcie funu … :) 

Luz w dupie jak mawia Ziobro

Na szybko odebraliśmy pakiety startowe i wróciliśmy do naszego Grzechowiska (świetne miejsce na bazę w Bieszczadach). Po drodze kupiliśmy sobie po piwku – w końcu jutro jakiś takie krótki bieg po płaskim mamy zrobić. Wszyscy mieliśmy to samo podejście i w jednym byliśmy zgodni – nigdy przed żadnym biegiem nie byliśmy tak wyluzowani. Trawka, słoneczko, piwko, i rozmowy o wszystkim i o niczym – czyli z cyklu co dzieje się w Grzechowisku zostaje w Grzechowisku. Zrobiliśmy sobie jeszcze makaron, tak na wszelki wypadek, bo węglowodanów nigdy nie za mało i koło 21 stwierdziliśmy, że może jednak dobrze by było się położyć spać…

IMG_1567

Następnego poranka wesoły autobus wyruszył w ostatnią drogę z Wetliny do Cisnej. Wyruszył na rzeź. W głowie i nie tylko były piosenki patriotyczne, które Panna Anna nam zaczęła nucić…. Wiecie jak to jest, jak ktoś wam zacznie śpiewać .. Legiony to żołnierska nuta…. to później siedzi w głowie.

Wszyscy mamy źle w głowach, bo biegniemy 

Dojechaliśmy, zaparkowaliśmy i wszyscy dostali głupawki – Wszyscy mamy źle w głowach, bo biegniemy śpiewaliśmy sobie idąc do Bieszczadzkiej kolejki wąskotorowej. Miała nas wywieźć na miejsce startu. Kto był w kolejce ten wie, kto nie był to niech sobie wyobrazi – odsłonięte wagony z siedzenie – uczucie mieliśmy trochę jak by nas ktoś wywoził do komory … może kiepskie porównanie, ale takie dziwne uczucie strachu – jedziemy gdzieś przez 40 minut nie wiemy gdzie.

IMG_1655

Przejechaliśmy koło czegoś co przypominało start i nawet ktoś strzelił z pistoletu, ale nasza kolejka nie miała ochoty się zatrzymać – pojechaliśmy dalej. Jakieś 2-3 km i się zatrzymaliśmy :) Okazało się, że za daleko :) Wszystkim chce się sikać, zimno a my stoimy i nie wiadomo co robić. W pociągu śmiechy, że w sumie to już możemy te 30km pobiec… ciekawe żarty co :) ? Jednak okazało się, że kolejka potrafi się też cofać … ufff… dowiozła nas ponownie na miejsce startu – wyskoczyliśmy w krzaki gdzie czuć było zapach mięty…

Przez megafon było tylko słychać, że worki na pakę białego samochodu, i żeby się już ustawić na start bo za 5 min ruszamy… A GDZIE ROZGRZEWKA JA SIĘ PYTAM ???

A dokąd? A dokąd? A dokąd? Na wprost!

Ruszyła maszyna po szynach ospale – pierwszy kilometr lekko pod górkę ale po utwardzonej nawierzchni, tempo nawet przyzwoite – to tu miał się utworzyć peleton, a stawka miała się rozciągnąć. 500 osób jednak nie miało takiego zamiaru i grzecznie jak kaczki gęsiego skręciły już na ścieżkę w las… I tak przez kolejnych kilka kilometrów… jeden za drugim, powoli pod górkę. Dominik gdzieś już był na 5 kilometrze pewnie, jak my na drugim, ale nadal z bananem :)

Nieśmiałe zapytałem, czy to już pora żeby narzekać – dostałem disa, że dopiero narzekać będzie można jak zostanie nam 10km do końca, i że wtedy zaczną się też rozmowy o seksie. Zamknąłem paszczę więc i dalej biegliśmy na zmianę ze wspinaczką, co jakiś czas wymijając ludzi :) Podobno padało, ale to musiał być taki przyjemny deszczyk, który po prostu nas chłodził :) Kilometry mijały dość szybko i tak zbliżaliśmy się do 14 kilometra, czyli do Przełęczy nad Roztokami gdzie miało być picie i postój (przynajmniej tak mi się wydawało, że tam się zatrzymamy na chwilę (nie wspominając, że chciało mi się siku). Dobiegliśmy, ale Ania ani nie myślała, żeby się zatrzymać i ostro weszła w zakręt biegnąc dalej…

IMG_1684

O k…. teraz to się dopiero zacznie

W tym momencie przypomniało mi się jak rok temu w tym miejscu zaczynaliśmy. Przypomniało się, że będzie stromo pod górę, i to już jest ten moment gdzie będziemy zdobywać Okrąglik, który rok wcześniej wydawał się mi się nie zdobycia. Zaraz za punktem kontrolnym spotkałem Przemka – pisał na blogu wcześniej, czy nie mógłby z nami razem biec bo będzie na trasie sam. Przez jakąś część biegliśmy razem, potem Przemo dał dyla do przodu. Zanim się obejrzeliśmy zdobyliśmy Okrąglik – szybki filmik i fotka na szczycie – jest zajebiście – biegniemy dalej – już teraz miało być z górki ;)

IMG_1695

Ale nie nie nie, jeszcze Jasło o którym wszyscy zapominają, gdzie też trzeba się trochę wspiąć, a teraz trasa biegnie przez błoto… znów minęło dość szybko … spotkaliśmy turystę, który mówi, że jeszcze tylko 6km … patrzymy na zegarek – kurde, jak się zepniemy to złamiemy 3:30 …. ciśniemy :) 2 km dalej, znów spotykamy turystów – mówią to samo, że za 6km będziemy na miejscu. Jakoś tym bardziej uwierzyłem :)

IMG_1706

Tu się rozłączyliśmy – a miały być już od kilku kilometrów przecież rozmowy o seksie :) Ale mi włączył się motorek – przyśpieszyłem, i cały czas kogoś wymijałem :) Biegło się super, mimo, że ostro w dół – zbiegi jednak są dużo trudniejsze niż wbiegi :) Biegnę Biegnę, w oddali słyszę już muzykę z mety, ale kontrolnie patrzę na zegarek, że to jeszcze trochę…

IMG_1709

Wtem słyszę Kubę – zwycięzcę z poprzedniego dnia, który do kogoś coś krzyczy, biegnę dalej i widzę go jak wchodzi pod górkę… krzyknąłem do niego siema, on do mnie, że jeszcze 8 minut i, że mam zgrzać co najmniej 5 osób. Ja nie wiem co Ci trenerzy mają z tym zgrzaniem ludzi, ale wziąłem sobie do serca i przyśpieszyłem jeszcze bardziej :) Przegoniłem 10 osób doleciałem do potoku – wpadłem w wodę i widzę, że muszę wspiąć się na nasyp kolejowy – a tam jedzie pociąg – poczekałem, aż przejedzie i wyrwałem jako pierwszy z oczekujących i swobodnie sobie truchtałem za pociągiem. Ostatni zakręt i mocny skręt do mety.

Na miejscu tłumy – krzyczą, biją brawo, ktoś krzyczy – uciekaj – goni cię…  no to jeszcze przyśpieszam :) mijam metę :) Udało się – pierwszy bieg górski za mną… :)

To już po?

Na mecie czekała Iwona – znaliśmy się wcześniej z fejsa, ale fejs to fejs to poznaliśmy się dopiero w Bieszczadach. Chyba nigdy nie miałem takiego przywitania na mecie. Podała szklankę wody, przytuliła pogratulowała, strzeliła fotę, dała znać kto już jest na mecie, i zapytała gdzie reszta naszych…. Pojawiły się łzy w oczach :)

IMG_1725

To był jeden z lepszych biegów w jakim brałem udział. Zero spięcia – bieg dla biegu, bez żadnych założeń – po prostu byle do mety.

Fakt pod koniec włączyła się rywalizacja – wyprzedzanie ludzi dawało niezłego kopa – aż nie chciało się zatrzymywać.

Szczerze? To spodziewałem się, że będzie dużo gorzej – ciężej… że będą jakieś kryzysy, że tak naprawdę to będziemy sobie robić co chwila postoje – a tu zero … null … cały czas w biegu czy marszu.

Na trasie się śmialiśmy, że nigdy w życiu Rzeźnika. Na mecie mieliśmy to potwierdzić. Osobiście na pewno za rok wrócę do Cisnej, żeby pobiec jeszcze raz Rzeźniczka – teraz już wiem jak to się je i chętnie za rok spróbuję pobiec szybciej, powalczyć z czasem :) Ale póki co na 80 km to się nie pisze :) Bieganie po górach jest fajne, ale …

Asfalt

Zaraz po zakończeniu biegu rozmawiałem z Marcinem, który kilka tygodni wcześniej biegł w tatrach w biegu druha Marduły – jeszcze cięższy bieg jak Rzeźniczek – więcej wspinaczki. Zapytał mnie czy mi się podobało – mówię, że tak – fajne doświadczenie… W tym momencie Marcin dodał – czyli wybierasz asfalt… to tak jak ja :)

IMG_1734

Bardzo chętnie pobiegam co jakiś czas po górkach – jako element treningu, ale póki co zostaje na twardym. Mam tu jeszcze trochę do zrobienia. A za jakiś czas? Kto wie :)

Wam też polecam spróbować kiedyś Rzeźniczka – nie jest taki straszny jak o nim mówią i nazwa dobrze odpowiada :) Jest imitacją Rzeźnika, ale do zrobienia. Limit czasu jest dość spory, i w momencie, jeżeli ktoś jest obiegany i ma kondycję to jst w stanie go pokonać. Warto – dla doświadczenia, dla klimatu, dla Bieszczad i dla samych siebie :)

PS. Pytaliście o sprzęt w jakim biegłem – na dniach osobny wpis na blogu z recenzją :)

 

2 Responses to Rzeźniczek, czyli luz w d…

  1. drproctor pisze:

    Rzeźni(cze)k z Ciebie ;-)

  2. […] Więcej o Rzeźniczku możecie przeczytać w relacji, którą pisałem po biegu – Luz w D…. […]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *