Paris Marathon oczami biegacza i kibica

Published on: 6 kwietnia 2016

Filled Under: Podróże, W Biegu

Views: 2674

Tags: , , ,

Niedziela, trzeci dzień kwietnia. Kilkanaście minut przed ósmą rano wysiadamy z metra na Polach Elizejskich. Jesteśmy w okolicy pomnika Charles de Gaul’a. Lekki chłodek, a na niebie pojedyncze małe chmurki. Ulica, z czterema pasami w jedną stronę, jest w tej chwili całkowicie pusta. Stojąc na środku z jednej strony w oddali widać Łuk Triumfalny, z drugiej, za naszymi plecami wielki diabelski młyn. Jeszcze tylko kilkadziesiąt minut będzie można podziwiać taki widok… kwadrans przed dziewiątą Champs Elysees zostaną przejęte przez blisko 53000 biegaczy…

Jeszcze rok temu, myślałem, że to będzie mój maraton. Z jednej strony jestem człowiekiem, który myśli dalekosiężnie i wszystko co planuje ma jakiś sens, z drugiej staram się żyć chwilą. Po maratonie w Wiedniu, chciałem znaleźć coś co pobiegnę na wiosnę, tak, żeby później móc cieszyć się sezonem triathlonowym. Jednak kilka miesięcy temu wiedziałem już, że tego maratonu nie ukończę… (klikamy i czytamy dlaczego)

FullSizeRender_7

Paryż, podobnie jak inne wielkie maratony ma start podzielony na fale. Kilka minut przed startem elity ruszają wózkarze. O 8:45 zaplanowany był start biegaczy, którzy walczyć będą nie tylko o medal, ale i chwałę zwycięzcy 40 już maratonu w stolicy mody. Moja fala zaplanowana była na godzinę 8:47, przy czym w strefie powinienem znaleźć się najpóźniej o 8:30. Reszta grupy start miała rozłożony w czasie. Renata np. startowała blisko godzinę po mnie. To ma naprawdę sens – dzięki falowemu rozłożeniu biegaczy, przez pewien czas na trasie można spodziewać się luzu, którego często u nas w Polsce brakuje.

FullSizeRender_5

Mimo, że pisałem, że nie żałuję, że nie ukończę tego maratonu, to jednak w momencie wchodzenia do strefy i oczekiwaniu na start zaczęły targać mną już inne uczucia. W tle lecąca muzyka z Rockyego od razu powodowała, że w oczach robiło się mokro. Zanim jednak udało mi się wejść do strefy, miałem mały problem. Zakładając, że nie biegnę całego maratonu, w domu odczepiłem chip od numeru. Nie chciałem być sklasyfikowany na liście wyników z krótkim znaczkiem DNF (did not finish). Sam już wiedziałem, że nie będzie medalu, nie będzie przekraczania linii mety i w końcu nie będzie koszulki finishera (41 708 osób ukończyło maraton). Swoją drogą to bardzo fajne, że koszulka pamiątkowa nie jest wydawana w pakiecie, a dopiero na mecie. Stewardzi wpuszczający do stref, sprawdzali numery i czy jest na nich chip. Padło podejrzenie, że mój jest podrobiony i nawet była chwila szarpaniny. Tłumaczenie po angielsku, że zejdę na dziewiętnastym kilometrze na nic się zdało. Pan albo nie rozumiał, albo nie chciał rozumieć co mówię. Na szczęście przyszedł jakiś supervisor i sprawdził, że numer jest prawdziwy … mogłem biec …

IMG_6049

Zanim więcej o biegu, cofnijmy się na chwilę do EXPO. W końcu jakoś ten pakiet trzeba było odebrać. Sam odbiór, mimo ogromnej liczby zawodników przebiega bardzo sprawnie,. Pierwszą rzeczą do zrobienia, jest weryfikacja zaświadczenia lekarskiego. Nie spotkałem się z tym wcześniej. Może i ma to sens, ale nie bardzo w Polsce gra, kiedy większość lekarzy nie chce podpisywać się pod takim czymś, na wszelki wypadek gdyby coś się komuś stało. Same targi – wielkie – chyba nawet większe niż przy okazji maratonu w Nowym Jorku Przyznam szczerze, że nie rozumiem i chyba nigdy nie zrozumiem, czym część z nas – biegaczy zachwyca się przy okazji targów. Może to i fajne, że można zobaczyć nowinki, ale kiedy sam mam następnego dnia do pokonania maraton, to raczej myślę o tym, żeby leżeć w domu z nogami na ścianie, niż chodzić po wielkiej hali, na której pewnie i tak nic nie kupię … no może pamiątkową koszulkę.

FullSizeRender_4

IMG_5851

Kilkanaście minut przed dziewiątą wyruszyłem na trasę. Startowałem ze strefy biegnącej na 3 godziny. To nie przeszkadzało, żeby razem ze mną biegły też osoby, które patrząc po tempie biegu celowały w wynik raczej w granicy powyżej 5 godzin. Przez moje pierwsze 3 kilometry rozgrzewki większość osób wyprzedzałem. Nawet zatrzymałem się na chwilę, żeby zrobić dwie fotki. Nie przeszkadzał bieg po kostce. Zakładałem, że będę biegł w okolicy 5-5:10 min/km. Noga od dwóch tygodni jednak kręci się bardzo dobrze i rozgrzewka na bardzo niskim tętnie wyszła średni po 4:55.  Szczerze mówiąc to miałem wrażenie, że truchtam. Na wysokości trzeciego kilometra zszedłem na chwilę z trasy i porozciągałem się. Trwało to 5-7 minut. Szybko wróciłem, żeby mieć luż na trasie i wykonałem trzy stu metrowe przebieżki z przerwą na sto metrów truchtu. To musiało komicznie wyglądać. Koleś robiący sprinty na zmianę w trucht. Znów na chwilę się zatrzymałem, zrobiłem jeszcze kilka przebieżek i wróciłem na trasę, żeby zrobić już główne zadanie.

IMG_6070

Łukasz na ten dzień zaplanował mi cztery, 3 kilometrowe odcinki z narastającą prędkością, które miała oddzielać trzy minutowa przerwa w truchcie. Pierwszą trójkę miałem rozpoczynać w tempie po 4:15-4:10, następną 4:10-4:05, a dwie ostatnie po 4:00. Na szczęście nie mam już stresu przed bieganiem w takim tempie, wiedziałem jednak też, że nie jest to luźne bieganie i trochę będzie trzeba się postarać. Nie była to też płaska trasa. Jak teraz analizuję profil, to tak naprawdę, prawie cały czas biegłe pod górkę. Nie było to bardzo wyczuwalne na samym biegu, aczkolwiek zbiegi rekompensowały i można było wtedy trochę się rozluźnić.

FullSizeRender_6

Pierwsza kilometr za szybko. Złapany lap wychodzi po 4:06, tętno jednak nadal jak bym był na rozbieganiu. Postanawiam troszkę zwolnić, ale nie patrzeć za często na zegarek. Chcę uczyć się samemu wyczuć kiedy biegnę odpowiednim tempem. Drugi kilometr 4:09 – nadal niezłe tętno i brak dyskomfortu. Interwał kończę trzecim kaemem znów po 4:06. Nie czuję potrzeby odpoczynku, ale fajnie jest na chwilę zwolnić i potruchtać. Średnia 4:07 powoduje, że drugą część będę chciał pobiec co najmniej po 4:05. W głowie nadal myślę o rozpędzanym treningu. To takie zadanie powodują, że przygotowujemy organizm do narastającego zmęczenia, a jednocześnie oswajamy się z prędkościami startowymi.

IMG_6978

Klepnięcie w zegarek i dzida. 4:00, 4:00, 4:03. Nieźle – tętno trochę wyższe, jednak w granicy drugiego zakresu. Jedyne co tu nie zagrało, to, że ostatni kilometr wyszedł najwolniej ze wszystkich trzech, ale zważając na to, że biegłem na wyczucie, było trochę pod górkę, i do tego wszystkiego łapałem gdzieś po drodze butelkę wody to te trzy sekundy nie mają znaczenia.

Kolejna trójka miała być po 4min/km, ale skoro poprzednia wyszła na takim poziomie, to planowałem znów przyśpieszyć o 3-5 sek/km. Tu trasa pokazała się bardziej urozmaicona. Mocne zbiegi i czasami mocniejszy podbieg. 3:51, 3:55, 3:55. Czyli tak jak chciałem, nie licząc pierwszego, ale ten był z górki więc trzeba było wykorzystać sytuację. Nie było to już bieganie na pełnym luzie. Wiedziałem, że muszę mocno pracować nad techniką i głową. Było ciepło, a mi też powoli zaczynało się chcieć pić. Zacząłem bardziej kontrolować zegarek. Po pierwsze nie chciałem pobiec za szybko, bo miałem w perspektywie jeszcze ostatni interwał. Z drugiej nie chciałem biec za wolno, żeby jednak wychodziły one narastająco. Wyszło nieźle, ale tu już z zadowoleniem truchtałem 3 minuty.

Screen Shot 2016-04-05 at 18.09.33

Ostatnia trójka rozpoczęła się mocniejszym podbiegiem. Kolejne kilometry: 3:55, 3:55 i 3:51. Średnia taka sama jak na poprzednim. Wyszło szybciej niż założenia. Byłem zadowolony, kiedy mijałem znacznik 17tego kilometra i mogłem przystąpić do truchtu. Zszedłem na chwilę się wysikać i zmierzałem już do reszty kibicującej ekipy. Mieli czekać z ciuchami na 18tym, byli jednak na 19tym, więc koniec końców – tam dotruchtałem.

Szybkie przebranie z mokrych ciuchów i można było rozpocząć najważniejsze zadanie tego dnia. Czekaliśmy na naszych, ale jednocześnie kibicowaliśmy wszystkim biegaczom. Kiedy Magda wyjęła nasz transparent mocy, dosłownie wszyscy zbiegali się do nas, żeby zabrać z kartonu kawałek mocy. Ledwo go trzymaliśmy :) Zawsze mnie zastanawia co tak działa na ludzi przy takich motywujących hasłach, ale to już chyba temat na osobny wpis.

FullSizeRender

Kiedy wszyscy nasi przebiegli, szybko poszliśmy do metra, żeby przedostać się na trzydziesty kilometr. Podróż nam trochę zajęła, ale udało się dotrzeć na czas. Tam czekaliśmy na Renate. Biegła tak szybko, że zobaczyliśmy ją dopiero od tyłu więc tu kolejna walka z czasem. Nie jest łatwo być kibicem. Trzeba mieć dobrze opracowaną trasę, jak i skąd gdzie dojechać.

FullSizeRender-17

Z trzydziestki pod wieżą Eiffela pojechaliśmy na metę. Staliśmy pod znacznikiem 42 kilometra i czekaliśmy … czekaliśmy i czekaliśmy … Czas mijał. Renia powinna już być a jej wciąż nie było. Myślałem, że już się coś stało, bo 25 minut po planowanym czasie jej wciąż nie było. Nagle telefon.

3:57 – jem pomarańcze :) 

Uff !!! Zrobiła to !!! Piękny debiut – połamać cztery godziny to nie takie hop siup. To jest trochę wyrzeczeń, ale jak widać odpowiednie przygotowanie pokazuje, że maraton można ukończyć bez przysłowiowej ściany.

FullSizeRender_1

Na mecie uczestnicy za wiele nie dostają. Są owoce, izotoniki. Jest także wspominana wcześniej koszulka, plastikowe poncho oraz medal, który przyznam szczerze, że dupy nie urywa. Jak na czterdziestą edycję tak dużego biegu, to organizatorzy mogli się trochę bardziej postarać. Ale jednak medal to medal i z pierwszego maratonu zawsze jest wyjątkowy! W ogóle każdy maraton, i każdy maratończyk to całkowicie inna historia. I to właśnie jest najfajniejsze w maratonie. To własny sukces!

FullSizeRender_3

Dzień skończyliśmy popijając szampana na polach marsowych pod wieżą Eiffela. To właśnie takie chwile – wspólne spotkania, wspólne przeżywanie sukcesów powoduje, że bieganie po różnych miejscach na świecie ma swój niepowtarzalny klimat.

12417762_10154734126484447_6234314237879995200_n

Czy warto pojechać do Paryża na maraton? Na tyle na ile widziałem go od strony biegacza i kibica – warto. Trasa jest tak ułożona, że widzimy pawie wszystkie wyjątkowe miejsca tego miasta. Na trasie jest sporo kibiców. Nie wiem, czy jest to trasa na życiówki, bo jest sporo podbiegów, ale większość biegnie się na długich prostych, co sprzyja trzymaniu tempa. Podobnie jak w Walencji, na trasie narysowana jest zielona linia, która pokazuje którędy został wymierzony atest.

Tyle na dziś o samym maratonie, na dniach Paryż od drugiej strony – tej turystycznej, ale nadal w biegowych butach :)

Previous post:
Next Post:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *