Trochę technologii i biegacz głupieje

Published on: 10 maja 2015

Filled Under: Triathlon, W Biegu

Views: 2813

Tags: , , , , ,

Z niektórymi tekstami jest tak, że zanim zostaną opublikowane to musi minąć trochę czasu, żeby nabrały mocy. Do napisania tego siadałem już kilka razy, ale jakoś nie składało się, żebym przysiadł, dokończył i był zadowolony z kontentu :) Do tego wszystkiego to ostatnie dwa tygodnie były tak zakręcone, że na nic nie było czasu, – w domu to w zasadzie tylko spałem. Ale nie o tym dzisiaj :) W sumie dobrze, że nie napisałem tego zaraz po orlenowskiej dyszcze, bo pierwszo majowy start w duathlonie pomógł mi wyrobić spojrzenie na biegową technologię jeszcze bardziej.

image4

Za gapowe się płaci

Jak wiecie (Ci co uważniej śledzą), albo i nie, gdzieś w głowie chodziła mi chodziło mi przez myśl rozmienienie (jak to mówi treneiro) 40 minut na dyszkę. Niby sprawa nie wydaje się zbytnio skomplikowana – trzeba biec po 4:00 na kilometr, a to tylko (a może aż) o 4 sekundy na każdym kilometrze szybciej niż moja poprzednia życiówka (zdobyta w marcu w poznaniu). Konkretnych założeń nawet nie precyzowaliśmy na ten bieg – po prostu miałem biec po 3:59-4:00 przez pierwszą połowę biegu, a później przyśpieszyć. Cel był, żeby na 5tym kilometrze mieć międzyczas 19:55 … proste prawda :)?

Nie będę mówić, że nie – bo to było proste do zrobienia. Co prawda gdzieś między trzecim, a czwartym kilometrem był podbieg i wiadomo było, że tam trochę się straci, ale było to do odrobienia – jak nie w pierwszej części biegu, to na pewno w drugiej połowie.

Nauczony przez trenera na biegach „łapię” międzyczasy na znacznikach organizatora. To powinno pozwolić ocenić czy biegnę zgodnie z założeniami czy nie. Na dzień przed, sprawdzając informacje dotyczące biegu okazuje się, że trasa będzie oznaczona jedynie na piątym kilometrze – decyduje się więc biec na wskazania zegarka. W garminie włączony autolap, czyli każdy kilometr będzie się zapisywać zgodnie ze wskazaniami GPSa. Zaczynam zgodnie z założeniami – po 3:59. Kiedy zegarek łapie pierwszy kilometr jest 4:01 – nie ma co płakać, odrobię na finishu :)

Tu zaczyna się jednak pies pogrzebany – okazuje się, że jakieś 2-3 sekundy dalej jest znacznik pierwszego kilometra – i tu już okazuje się, że jestem jakieś 4 sekundy w plecy. Sytuacja powtarza się na 2-gim i kolejnych kilometrach. Staram się biec szybciej jak 3:59 (według GPSa), ale coś w głowie jednak podpowiada – nie szarżuj – nie stać cię jeszcze na bieganie poniżej 4:00 (bzdura … :/). Później przychodzi podbieg, na którym tracę jednak tylko 12 sekund, co powinno być do odrobienia na samym końcu biegu, gdyby nie gapiostwo na pozostałych czterech kilometrach pierwszej piątki i bezgraniczne ufanie zegarkowi. Na półmetku okazuje się, że czas pierwszej 5tki to 20:30.

orlen-out_mor15d_01_rkl_20150426_095146_1.jpg-22449

Tu trzeba się mocno spiąć, żeby w ogóle dobiec na życiówkę – oznacza nic innego, że drugą piątkę muszę pobiec minimum w 20:10 – czyli po 4:02 … W takich momentach, każda sekunda zaczyna mieć znaczenia. Skończyły się już czasy, gdy z życiówek urywało się po kilka minut – teraz 10-20 sekund to sukces … Po 5tym kilometrze przestaje patrzeć na zegarek – biegnę swoje, a na ósmym decyduje się już biec ile fabryka dała.

Linię mety mijam po 40 minutach 25 sekundach. Zabrakło cholernych 26 sekund – tych sekund, które straciłem w pierwszej połowie biegu, przez to, że święcie byłem przekonany, że zegarek prawdę Ci powie. Ba … patrząc na garminka okazuje się, że połamałem te 40 minut, bo moja średnia prędkość to 3:59 …, tylko jednak przebiegłem 10 kilometrów i 100 metrów …

image2

I w tych stu metrach tkwi cały szkopuł. Po pierwsze primo, trasa biegu zawsze wyznaczana optymalnie jeden metr od krawędzi ulicy. Po drugie primo, nikt z nas nigdy w tłumie nie biegnie optymalnie. A po trzecie primo ultimo – GPS się gubi i w mieście pomiędzy blokami po prostu nie jest dokładny. I tu w zasadzie można by skończyć rozważania :) Zegarek ma być pomocą a nie wyznacznikiem … a on przez swoją niedokładność po prostu nas źle prowadzi.

Na samopoczucie

Z takim podejściem postanowiłem wystartować w Brudzeinu w Duathlonie. Zawody rozpoczynały się od pięcio kilometrowego biegu. Wiedziałem, że powinienem biec coś około 4:00-4:05 na kilometr. To kameralne zawody – nie żadne wielkie na 5000 ludzi – na starcie stanęło ponad sto osób. Bieg to pięć okrążeń po szkolnym parku – dużo zakrętów, raz zbieg, raz podbieg. Nie było żadnych oznaczeń – bo po co :) Wiadomo, że pętla miała kilometr. Zacząłem biec swoje i po 20-30 sekundach spojrzałem po prostu na zegarek, czy jestem w okolicy zakładanego tempa. Okazało się, że tak i na tym skończyła się moja współpraca z zegarkiem. Wiedziałem już jakim tempem mam biec i po prostu starałem się trzymać cały czas to samo tempo. Oczywiście przy podbiegu trochę zwalniałem, ale później na asfaltowym zbiegu przyśpieszałem. Nie patrzyłem już na zegarek – po raz pierwszy biegłem na samopoczucie.

11210171_803178053101163_440060959_n-2

Po drugim – rowerowym – etapie ponownie trzeba było wyjść na bieg – tym razem na trzy pętle. Tu nawet nie było czasu na zastanawianie się jakim tempem biegnę. Po dość dobrym pierwszym biegu, chyba całą przewagę jaką miałem nad innymi straciłem na rowerze – nie dość, że jechałem cały czas sam, to jeszcze wiał dość silny wiatr. Trzeba było biec ile sił w nogach i zacząć odrabiać to co się straciło. Muszę przyznać, że jak jestem daleki od rywalizowania z innymi, to niezłego kopa dawało mi to, że zaczynam wyprzedzać wszystkie te osoby, które zostawiały mnie w tyle na rowerze. Drugą część znów udało się pobiec w okolicy 4 min na kilometr. Tym razem ani razu nie sprawdziłem zegarka, bo po prostu przez przypadek go wyłączyłem wychodząc ze strefy zmian.

11136889_803178203101148_2003277459_n-2

To pozwoliło mi zrozumieć, że nie muszę kontrolować się przez cały czas z zegarkiem. Wystarczy odpowiednio się rozpędzić, a później już biec swoje i kontrolować się na znacznikach organizatora. Jak wyjdzie za wolno to lekko przyśpieszyć – jak za szybko to lekko zwolnić, a to co już zyskaliśmy to nasza przewaga.

Jeden procent

Dodatkowo to co przyszło mi do głowy, to to, że trzeba trochę oszukiwać zegarek. Jeśli moim zakładanym tempem na bieg jest 3:59 to na zegarku powinienem kontrolować się pod tempo o 1% szybsze – czyli jakieś 3:56 – dzięki temu mam buffor na to co nabiegam więcej niż standardowa trasa. Czemu o 1%? A jakoś tak, wychodzi mi ze średnich biegów – Orlenowskie 10km, garmin pokazał 10km 100metrów. Wiedeński maraton garmin wskazał 42,600 czyli też o 1% więcej – w przypadku maratonu to prawie dwie minuty zysku.

IMG_9291

Z takim podejściem zamierzam teraz startować w biegowych zawodach – po pierwsze biegam na znaczniki organizatora i wyłączam głowę, że biegnę za szybko – to tylko głowa – po drugie jak kontroluje się na zegarku to na 1% szybszym tempie.

Pamiętajmy, że zegarki to tylko technologia – to co przepracowaliśmy na treningach jest w nogach a nie zamknięte w małej kopercie na ręce. Trzeba biec swoje i na mecie cieszyć się z nowego wyniku, a nie psioczyć, że trasa była za długa czy coś :)

Z tego wszystkiego to ciesze się, że teraz będzie więcej triathlonu – tu trochę mniej można bazować na założeniach – trzeba po prostu robić swoje i tyle :) Sam bardzo długo ufałem zegarkowi – błąd – jeśli też tak robisz, to nie powielaj mojego błędu – zacznij uczyć się swojego tempa, a zegarek traktuj jedynie jako pomoc – zobaczysz, że szybko będziesz zadowolony – zadowolona :)

Trzymam kciuki :)

Previous post:
Next Post:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *