Chill & Ride – Aktywny weekend w Sztokholmie

Published on: 22 kwietnia 2015

Filled Under: Podróże, W Biegu

Views: 3333

Tags: , , , ,

Podróżowanie to była chyba jedna z moich pierwszych pasji. Każda możliwość wyjechania gdzieś w nowe miejsce choćby na jeden dzień zawsze budziła we mnie ekscytację. Kiedy w moim życiu pojawiło się bieganie okazało się, że to wszystko można fajnie razem połączyć – nie ma chyba nic fajniejszego od zwiedzania nowego miejsca biegając.

image2

Uwielbiam latać samolotem – może dlatego, że sporą część dzieciństwa spędziłem na pokładach polskich samolotów, gdzie mój padre był przez ponad 47 lat szefem pokładu. Raz na jakiś czas wchodzę na strony tanich przewoźników, czy też wyszukiwarki połączeń i patrzę na dwa – trzy miesiące do przodu czy mają jakieś sensowne ceny na weekendowe bilety. Tak było w styczniu, kiedy polecieliśmy pobiegać i zrobić sobie selfie w Brukseli, tak było też i teraz kiedy 2 miesiące temu rozmawiałem z Arkiem, że gdzieś musimy wyskoczyć na wyjazd braci :) Okazało się, że na tydzień po maratonie w Wiedniu jest niezła promocja na bilety do Sztokholmu (75 zł w dwie strony …) … jak się później okazało, to, że lot jest tani, jest odwrotnie proporcjonalne do cen na miejscu.

image3

Kilka dni po kupnie biletów zarezerwowaliśmy pokój w hostelu (jak się później okazało bez okien ;-)) i w zasadzie byliśmy gotowi do podróży – bez żadnego konkretnego planu, bez nastawiania się na zwiedzanie tego i owego … wiedzieliśmy jedynie, że chcemy pobiegać po mieście i zobaczyć statek Vasa, który zatonął w siedemnastym wieku i został wyłowiony po 333 latach, a następnie w 98% odrestaurowany. Oczywiście to co było jeszcze do zrobienia to zjedzenie dobrego lokalnego jedzenia … od razu powiedzieliśmy, że pizze, burgery i inne takie odpadają … ale żeby nie odstawiać burgera na drugi plan, zjedliśmy sobie classica kiedy Arek przyjechał do mnie do Warszawy dzień przed wylotem.

image1

Tydzień po maratonie, to jest ten czas kiedy pozwalam sobie na jedzenie rzeczy, których na co dzień za często nie jadam – trochę taka nagroda za wynik w maratonie, a jednocześnie zjedzenie czegoś innego po tygodniu trzymania restrykcyjnej przed maratońskiej diety. 

image24

Do Sztokholmu – a raczej miejscowości oddalonej od miasta o 120 km przylecieliśmy w piątek około 13. Szybki transfer autokarem i o 15 byliśmy już w hostelu. Pokój był dość skromny – bez okna, z łóżkiem piętrowym, ale co nam więcej było potrzebne – i tak tam tylko spaliśmy, a cały dzień byliśmy na mieście. Zostawiliśmy tylko bagaże i usiedliśmy w hostelowej kuchni nad ulotkami i mapą, żeby zobaczyć co pójdziemy zobaczyć.

image4

W ręce rzuciła nam się reklamówka rowerów miejskich, na które od razu się zdecydowaliśmy – koszt 3 dniowego korzystania z rowerów wychodził dużo taniej od biletów na metro – a poza tym w końcu jesteśmy triathlonistami. Może szosówki to to nie były, ale sprawnie mogliśmy poruszać się po mieście, robiąc to w sposób który lubimy, a dzięki temu mogliśmy zatrzymać się w każdej chwili i zrobić zdjęcie (wiecie, że lubię robić zdjęcia :)).

image8

image9

Jako, że byliśmy trochę głodni, to punktem numer jeden w naszych głowach było zjedzenie czegoś. Pani w hostelu zaproponowała nam miejsce, gdzie na pewno znajdziemy dużo lokalnego jedzenia – był to taki jakby targ – hala z jedzeniem z różnych zakątków świata, ale przeważały ryby i owoce morza.

image6

W zasadzie nic innego mi już w Sztokholmie nie było potrzebne do szczęścia – powiedziałem jedynie do Arka, że jadłbym wszystko i , że mógłbym już stamtąd nie wychodzić do niedzieli. Zjedliśmy potężną zupę rybną – nic lepszego chyba w życiu nie jadłem – kiedyś bym nie spojrzał na taką zupę, ale to była kwintesencja jedzenia. Sporo ryby, do tego surowe krewetki i małże które gotowały się we wrzącej zupie. Wszystko okraszone masłem czosnkowo ziołowym, a do tego łyżeczka chili … ehh … rozmarzyłem się … (powiem tylko jeszcze tyle, że następnego dnia wróciliśmy na tą samą zupę, a przede mną teraz wyzwanie, żeby taką ugotować samemu).

image5

Do końca dnia pojeździliśmy jeszcze trochę na rowerach po starówce i wróciliśmy do hostelu, żeby trochę odpocząć przed wieczornym wyjściem na kolację :) Jeśli pamiętacie, jak wspominałem, że podwójnie czarna whiskey czeka na złamanie 3:20 w maratonie, to się doczekała :) Na kolacje pojechaliśmy do centrum, gdzie miała być jakaś fajna knajpka z jeszcze fajniejszym widokiem na miasto. Knajpka może i była, ale widok powiedzmy był niezły, ale dupy nie urywał, a jedzenie które zjedliśmy było chyba najgorszym jakie jadłem w życiu … Ostrygi – mówię im stanowcze NIE – smakują jak szklanka wody z morza, a do tego krewetki, krab czy homar – wszystko saute – nie przyprawione – no zawiedliśmy się i tyle w temacie.

image12

image13

W sobotę dzień nie mógł rozpocząć się inaczej jak od biegania. Arek podobnie jak ja wstaje zazwyczaj koło 5:30 – więc byliśmy gotowi na poranne wstawanie … spanie jednak w pokoju bez okien nie pomaga z pobudką z kurami … nie ważne kiedy się nie obudzisz – zawsze jest noc. Udało nam się zebrać koło 7:30 – po prostu komuś zachciało się siku – inaczej spalibyśmy dalej :)

image15

image14

W planie mieliśmy obiec jedną z wysp i plan zrealizowaliśmy. Co prawda w planie na ten dzień miałem 10km, wyszło jednak 15 ale było sporo zatrzymywania – wszędzie w końcu było ładne miejsce na zdjęcie :)

image17

image18

Zaletą spania w hostelu jest to, że można korzystać z kuchni więc ogarneliśmy (a raczej ja ogarnąłem:) śniadanie mistrzów – po co wydawać kasę na mieście, jak można samemu zrobić coś niezłego :) Fajerwerków nie było, ale jajecznica najlepiej smakuje po treningu :)

image19

image20Wsiedliśmy znów na rowery i pojechaliśmy zobaczyć nasz jedyny obowiązkowy punkt zwiedzania w mieście – statek Vasy … no powiem tak … robi wrażenie … wielkie to to i wygląda po prostu jak statek piratów z karaibów. Jeżeli macie coś zobaczyć w Sztokholmie – to to jest to! Zjechaliśmy całą wyspę i wracając do hostelu odsapnąć wstąpiliśmy na naszą zupę.

image25

image22

Na kolację zaplanowaliśmy łososia i znalezienie lokalnej rybki nie było w cale takie łatwe … zarówno na starówce jak i naszej dzielnicy wszędzie były restauracje włoskie, gdzie przy okazji był łosoś … a do tego w cenach z kosmosu :) Stwierdziliśmy, że łososia w restauracji gdzie podają pizzę … i tak wracaliśmy do domu, żeby usiąść w jakieś knajpie ze szwedzkim jedzeniem. Łoś jak to mówię na tą norweską rybkę był i znów tyłka nie urwał – powiem tak – lepszego sam robię :)

image23

Spania w ten weekend na pewno za dużo nie było, ale czego się spodziewać jak spotka się dwóch kumpli, którzy rzadko się widzą w ciągu roku … faceci też lubią pogadać – jak kto woli poplotkować :)

image11

Na niedzielę pobudka zaplanowana dość wcześnie bo na 5:30 i już nie było, że ciemno i że można spać dalej. Arek miał do zrobienia 20km, ja dyszkę i już postanowiłem nie tłuc dodatkowych kaemów, w końcu w niedzielę znów staję na linii startu orlenowskiej dychy. Pobiegaliśmy po ogrodach księżniczki i powoli wracaliśmy do Polski.

Syndrom odstawienia

Takie wyjazdy mają jednak dla mnie jeden minus. Zawsze bardzo szybko przyzwyczajam się do nowych sytuacji i po takich wyjazdach – nawet dwudniowych ciężko jest mi się przestawić do powrotu do rzeczywistości. Jakoś podświadomie jest mi dziwnie, gdy nagle nie ma ludzi z którymi byłem przez ostatnie dni 24/7. Gdy przyszedłem do pracy w poniedziałek trzy osoby zapytały co mi jest, że wyglądam na mega zdołowanego … cóż – ten typ tak ma … to jest po prostu ten dzień, gdzie tryskać energią nie będę, ale na szczęście nie trwa to zbyt długo :) W pracy koleżanki nawet mi powiedziały, że nie wolno mi być zdołowanym – że ode mnie ma zawsze bić uśmiech i energia bo to nakręca innych do działania, i kazały mi iść do domu i ma wrócić ich Łukasz :) Na szczęście we wtorek już wszystko było ok. W przeprosiny przyniosłem swojemu zespołowi po słoneczniku – jakoś kojarzy mi się z uśmiechem i jak to dziewczyny powiedziały – co to za okazja? aha – to za wczoraj :) 

1896986_10152697594087714_2843821409980737481_n

To był właśnie weekend, którego mi było trzeba. Wyjechać gdzieś na szybko – odciąć się od tego co w domu – pobiegać w nowym miejscu, zjeść lokalnego jedzenia … (eh… ta zupa rybna …). Idealne rozwiązanie na tydzień po maratonie, a przed powrotem do reżimu treningowego przed zbliżającym się debiutanckim dla mnie sezonie triathlonowym. Szczerze wszystkim polecam takie szybkie wyjazdy – to właśnie jest kwintesencja życia, a Tobie Arek dzięki jeszcze raz za wyjazd.

image16

Gdybyście kiedyś wybierali się do Sztokholmu – polecam Hostel Dalagatan.

Lokalizacja – 1 km od Terminalu do którego dojeżdżają autobusy z lotniska. Stacja rowerów miejskich oddalona o 250 metrów od hostelu, a do najbliższej stacji metra jest około 300 metrów. 
Cena – 260 za noc pokój dwu osobowy

DSC_0798

DSC_0796

DSC_0792

Klasycznie – jeśli podobał Ci się wpis, bardzo ładnie poproszę o lajka poniżej, a jeżeli masz ochotę kiedyś się wybrać razem ze mną na podobny szybki wyjazd na bieganie i jedzenie obserwuj bloga – zawsze informuję o Tym z wyprzedzeniem :) W kupie raźniej jak to mówią :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *