Kiedy All Inclusive nabiera nowego znaczenia

Published on: 7 marca 2016

Filled Under: Motywacja, Podróże, Trening, W Biegu

Views: 4894

Tags: , , , ,

Gdyby sięgnąć pamięcią kilkanaście lat wstecz, wakacje kojarzyły mi się z wyjazdem do jakiegoś ciepłego kurortu, z ogromnym basenem, hotelem blisko plaży i obowiązkowo opcją All Inclusive. Plan dnia nie był zbyt napięty – wstajesz tak, żeby zdążyć przed końcem serwowania śniadania, później na basen, ewentualnie na leżaczek na plażę. O dwunastej na szczęście zaczynają otwierać bary z darmowym piwkiem, czy cin-cinem. Kilka drinków, i można było iść na lunch – pizza, frytki, hamburgery – to wszystko było za darmo (w końcu opcja All – Inn). Krótka drzemka na leżaku, kolejne piwko i o 17 można było zbierać się do hotelu, żeby ogarnąć się na wieczór. Kolacja i na miasto. Powrót z klubu w środku nocy, i tak w kółko…

Na ten wyjazd czekałem jak nigdy wcześniej. No może tak samo odliczałem dni do wyjazdu na maraton w Nowym Jorku. Z jednej strony cieszyłem się na wspólnie spędzony czas z bratem i kumplami, gdzie w ciągu roku widzimy się dość rzadko, a z drugiej wyjeżdżałem do mojej ulubionej Barcelony, gdzie na każdym rogu można spotkać tapas bary.

Sytuacja dosyć ciekawa. Piątek wieczór – do Warszawy zjeżdża trzech chłopa. Czekam na nich na dworcu i co pięć minut piszę do Arka, czy długo jeszcze. Pakujemy się w samochód i jedziemy do knajpy. Kelner pyta, co do picia, a każdy z nas zamawia wodę. Mina pana w białej koszuli z zaczesaną na czoło grzywką bezcenna – oczekiwał raczej browarków, które będą jeden po drugim wjeżdżać na stół – w końcu na alko w knajpach ma najlepszą marżę.

IMG_0530

Po całkiem niezłym tatarku pojechaliśmy do domu. Na wieczór postanowiliśmy zrobić jeszcze jakieś małe zakupy. Musieliśmy naprawdę śmiesznie wyglądać przy kasie w sklepie o 21, gdzie czterech chłopa kupuje zgrzewkę wody, kiść bananów i do tego wafle ryżowe. A gdzie wódka, chipsy i zapojka?

Dzień wylotu do Hiszpanii zaczeliśmy aktywnie – o 7 byliśmy już na skraju Lasu Kabackiego, z którego prosto pobiegliśmy na basen. Wszystko było rozliczone prawie co do minuty. O 11 chcieliśmy być już po śniadaniu, tak żebyśmy mogli obejrzeć na żywo triathlonowe zawody w Abu Dhabi :)

IMG_0539

Do Barcelony dolecieliśmy dość późno – w hotelu byliśmy koło 21. Szybka kolacja w Tapas Barze. Szczerze polecam – opcja 1 EURO za kanapeczki z pysznymi dodatkami naprawdę robią robotę. Podchodzisz do baru, jesz co chcesz, a na koniec rozliczasz się ilością wykałaczek. Szkoda, że w Polsce taka opcja nie miała by miejsca – wiadomo, nasz naród potrafi kombinować, więc obstawiam, że dość szybko owe wykałaczki zaczęły by tajemniczo znikać. Na tym skończyło się nasze nocne imprezowanie i dość szybko padliśmy :)

aas

W niedzielę budzik zadzwonił 5 minut przed szóstą. Szybkie przebranie i już z Arkiem byliśmy gotowi do biegu. To właśnie pasja, powoduje, że człowiek, nie ma najmniejszego problemu, z tym, żeby w niedzielę, podczas urlopu, wstać kiedy reszta jeszcze sobie smacznie śpi.

IMG_0712

W Hiszpanii słońce wstaję godzinę później jak w Polsce. Kiedy wybiegaliśmy, na zewnątrz było jeszcze ciemno, a my wymienialiśmy się na ulicach z kończącymi właśnie imprezę hiszpanami. Miałem deja vu. Dwa lata temu tą samą trasą biegliśmy z Dorotą rozbieganie przed półmaratonem w Barcelonie. Zrobiliśmy z Arkiem 16km bieganko wzdłuż wybrzeża, a przy tym udało nam się zaliczyć wschód słońca. Widoki naprawdę KOZAK !

IMG_0851

Po południu w niedzielę dojechaliśmy do Llorete de Mar – miejsca, w którym spędzimy najbliższe 8 dni. Wszystko jest jak kiedyś – w hotelu jest basen, są animacje, jedzenia tyle, jak w opcji All Inclusive. Jedyne co się zmienia to nasze plany. To będzie osiem dni przekraczania granic (kto nie czytał – KLIK KLIK), osiem dni kręcenia rowerkiem po przepięknych, ale i wymagających trasach. To wszystko przeplatane treningami na basenie i bieganiem wzdłuż wybrzeża. Jednym słowem – nie ma opierdalania.

IMG_0880

Zrobiliśmy też kilka postanowień. Po pierwsze primo – nie jemy słodyczy. Gdyby nie oni, to ja bym już w ciągu tych dwóch dni kilka razy kupił sobie, jakieś ciasteczko czekoladowe, czy batonika. Po drugie primo, po każdym treningu robimy serię ćwiczeń – brzuszki, pompki i deseczka. Po trzecie primo ultimo – trzymamy wagę. Za każdy kilogram obywatela więcej po powrocie do wspólnej skarbonki ląduje kasa, którą przekażemy na szczytny cel.

IMG_1084

Życie się zmienia, to co kiedyś wydawało się wakacjami idealnymi teraz może odejść w nie pamięć. Nie wyobrażam sobie teraz innego urlopu jak właśnie poprzez aktywnie spędzanie czasu. Czy można lepiej poznać miejsce, jak przemierzać rowerem trasy z pięknymi widokami, czy biegiem wzdłuż wybrzeża?

To nadal będą wakcje All Inclusive, tylko w zupełnie nowym wydaniu :) All Inclusive oznacza nic innego, jak móc odpoczywać psychicznie od pracy, a czas spędzać robiąc to co się lubi :) All Inclusive to buty biegowe, rower, woda, a do tego dobra ekipa, pyszne jedzenie i przepiękne widoki :)

Po pierwszym dniu już jestem w siódmym niebie, a na najbliższe dni jaram się jak dziecko :)

6 Responses to Kiedy All Inclusive nabiera nowego znaczenia

  1. Barbara pisze:

    Wszystko ładnie pięknie, tylko skąd wy wszyscy bierzecie na te eskapady pieniądze? W dzisiejszych czasach bieganie nie jest tanie, jest mega popyt a ceny zamiast maleć, rosną. Też staram się robić podobne wypady, jednak na takie rowery, ciuchy czy inne cuda trzeba mieć sponsora bo to wszystko jest drogie. Blogerów jest na pęczki, nie wierzę, że wszyscy dostają ciuszki w ramach reklamy. Myślę, że niektóre zawody ułatwiają – informatycy – czas i kasa nieporównywalnie bardziej przyjazna wariatom biegowym. Statystyczny Polak (taki szarak) może się załamać już na samym początku patrząc na te wszystkie kolorowe twarze. Ba, nawet jest w stanie stwierdzić, że taki styl życia jest tylko dla dziwaków i kasiastych. Może ktoś pokaże, że to wszysto można robić w skromnych – również funkcyjnych – ciuchach i niekoniecznie po Skandynawiach, Barcelonach i innych wspaniałych lecz dalekich miejscach, a w jakże pięknych zakątkach Polski.
    Proszę nie traktować komentarza jako zazdrość, skandynawię i hiszpanię również odwiedziłam i tam trenowałam ale tak sobie myślę, że to dla niektórych coś nie do przeskoczenia, coś co może niszczyć a nie rozwijać skrzydła.
    Zacznijmy promować Polskę i niekoniecznie bieganie z szyldami, każdy ma swój team, blog itp. Pokażcie skromnym ludziom, że oni też mogą. Wyjść w dresach i koszulce funkcyjnej – niekoniecznie z czyimś super logo.

    • RunEat pisze:

      Oczywiscie, tak jest, ze nie kazdy moze sobie na to pozwolic. Ja np. wszystko co zarabiam przeznaczam na wyjazdy, a przez to nie mam oszczednosci, ale wole zyc chwila. Oczywiscie, czasami blogerom jest latwiej bo w ramach wspolpracy dostana wsparcie sprzetowe, ale nie jest tak zawsze. Polska tez jest ladna i ja tez odwiedzam – caly sezon triathlonowy spedzam wyjezdzajac po roznych mniejszych miejscosociach – raz w roku staram tez sie odwiedzic piekne Bieszczady. Wszystko jest kwestia priorytetow i mozliwosci. Triathlon sam w sobie nie jest tani, ale mozna tez pobawic sie w niego nisko kosztowo. A jesli mam przyznac, to wyjazd do Hiszpanii kosztuje nas taniej niz w Polsce. Za dzien w hotelu z pelnym jedzeniem placimy 20 EUR co jest mocno porownywalne z kosztami w Polsce, a warunki do trenowania na ta pore roku duzo lepsze jak w naszej jesieni.
      Pozdrawiam :)
      PS. Koszulki, ktore mamy nie sa od zadnego sponsora :)

  2. Czytelnik pisze:

    Fajnie jest jak się ma kasę i nie ma się rodziny :) już to widzę jak 4 facetów z żonami i dziecmi jedzie trenować i wydaje wszystko co zarabia :) :) :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *