Ten trzeci (maraton) – najfajniejszy

Published on: 22 listopada 2014

Filled Under: Podróże, W Biegu

Views: 4772

Tags: , , ,

Mówi, się, że do trzech razy sztuka – I tak właśnie jest z maratonem – każdy jest inny, na swój sposób wyjątkowy, długo wyczekiwany, ale też jasno można te pierwsze trzy podsumować jednym słowem :)

Ten pierwszy – debiut – jest najfajniejszy – jest czymś nowym – znasz go tylko z opowieści. Jest czymś co wyjątkowo ekscytuje. Te 42 km to droga w nieznane. Pierwsze przekroczenie mety to pełnia szczęścia na mecie, że udało się osiągnąć coś co jeszcze kilka godzin wcześniej wydawało się nie osiągalne.

Ten drugi jest zazwyczaj najcięższy. Swój pierwszy raz masz za sobą, i teraz już dobrze wiesz co cię czeka, wiesz, że nie będzie łatwo – masz w sobie coś czego często brakuje przy debiucie – masz pokorę do maratonu. W rozgrywce maraton : biegacz to zazwyczaj on rozdaje karty, ale to my finalnie decydujemy o tym jaki będzie wynik tej gry  :)

I jest w końcu ten trzeci. NAJLEPSZY …

O maratonie w Walencji dowiedziałem się na początku tego roku. Zapisałem się pierwszego dnia zapisów jeszcze w styczniu, a tak naprawdę miałem jeszcze przed sobą Kraków (ten najcięższy …). Był to też trzeci bieg w Hiszpanii w tym roku. W Lutym półmaraton w Barcelonie, dwa miesiące później kolejna połówka w Madrycie no i w końcu maraton w Walencji.

image12

Na ten dzień czekałem dość długo. Główny cel w tym biegowym sezonie. Trasa płaska jak stół, bieganie na poziomie morza, cudowne widoki, no i w końcu ta meta. Ostatnie 195 metrów to bieg po specjalnie wybudownaym pomoście – po wodzie. Do tego wszystkiego kolega, który namówiał nas na ten bieg zapewniał, że w połowie listopada to już są idealne warunki pogodowe jak na maraton – około 12 stopni… tia …

Kilka miesięcy przed wyjazdem pomyślałem sobie, że fajnie było by pojechać na bieg większą ekipą. Szybka decyzja i założenie wydarzenia na funpage’u i od razu pojawiły się głosy na tak. To pewnie zdjęcie z mety wszystkich przyciągało, bo widok naprawdę jest kozacki. Pierwszy był Jacek, za chwile napisał do mnie Bartek. I tak co chwila ktoś dołączał. Zebrało się nas w sumie ponad 20 osób i wszyscy odliczali dni do wylotu…

image2

Kierownik Wycieczki

Zawsze lubiłem organizować różnego rodzaju wyjazdy. Tak było i tym razem. Kilka dni szperania po internecie, aby znaleźć loty i miejscówki do spania to coś co bardzo lubię robić. Do Walencji niestety nie lata nic bezpośrednio z Polski, a loty przesiadkowe były stosunkowo drogie, dlatego zdecydowaliśmy sie na lot do Barcelony i dalej w jakiś szybki sposób trzeba było przedostać się do punktu docelowego. Do wyboru mieliśmy pociąg, wynajęcie autokaru oraz wypożyczenie samochodów. Pociąg odpadł z uwagi na dość długi czas przejazdu, autokar wychodził trochę drożej, tak więc wypożyczyliśmy samochody i po przylocie wybraliśmy sie w 350 km drogę do Walencji. Oczywiście na lotnisku trzeba było coś zjeść na szybko, a domowe naleśniki się do tego idealnie nadawały :) Na miejsce dojechaliśmy około 23, a termometry wskazywały 19 stopni (to tak apropo idealnych warunków pogodowych na maraton :)

image4

image5

Pierwsza rzecz jaka rzuciła mi się w oczy to to, że większość ulic byla jednokierunkowa, i skręt w lewo lub prawo często graniczy z cudem. I tak odległość 300 metrów jaka dzieliła nasze apartamenty od siebie pokonaliśmy w 15 minut jeżdząc w tą i z powrotem szukając możliwości skręcenia w odpowiednią ulicę. Jeżdzenie i rozpakowywanie się pomiędzy apartamentami trochę nam zajęło, tak, że spać poszliśmy dopiero po 1 w nocy, co na dzień przed maratonem nie jest najlepszym pomysłem. Tutaj wniosek i rada na przyszłość dla Was, żeby jadąc gdzieś na maraton przyjechać ze 2 dni wcześniej. Pozwoli to odpocząć po podróży i jednocześnie zaaklimatyzować się w nowym miejscu. Tymbardziej, jeżeli jedziecie gdzieś, gdzie temperatura różni się znacząco od tej, którą obecnie mamy w domu. No ale widok z rana szybko rekompensuje trudy podróży…

image6

Ostatnie odliczanie

Mimo późnego pójście spać obudziliśmy się dość wcześnie i poszliśmy z Marcinem znaleźć w okolicy sklep co by móc zjeść śniadanie – nie wiem jak Wy, ale ja przed maratonem to jestem zawsze głodny – nie ważne ile już zjadłem – jeść mi się chce cały czas no i też sikać :) Jacek śmiał się ze mnie całą droge, że co chwila latam do kibla popijając vitargo.

Z tym sklepem to jest też tak, że jak nie chcecie wydać fortuny na jedzenie to warto po prostu samemu sobię gotować w apartamencie. Jaka jest różnica? W knajpie, którą po pierwsze nie jest tak łatwo znaleźć za makaron zapłacicie 20 euro, a robiąc to samemu wyjdzie po 5 euro na łba i zjecie nie dość, że dobrze (w końcu gotwaliśmy razem z Marcinem), ale i będziecie wiedzieć co jecie :) czyli smacznie, tanio i dużo.

image9

image7

Po śniadaniu poszliśmy rozruszać trochę nogi i zrobić krótki rozruch. Wszystko było by super – w końcu bieganie po plaży, ciepełko i do tego słoneczko, tylko wiało tak mocno, że czasem zatrzymywało nas w miejscu, a prognozy mówiły, że w niedzielę miało być jeszcze gorzej. 6 km truchtania w bajecznych okolicznościach, do tego kilka przebieżek w alejce wśród palm i można było iśc po pakiet.

image1

EXPO

Nie wiem jak Wy, ale ja jakoś nie podniecam się targami, a mam takich znajomych, dla których najważniejsze na biegu są targi. Stoisko jak stoisko – produk jak produkt I to jeszcze droższy niż normalnie, a do tego, kto po co komu kupowanie nowych butów czy koszulki na kilka godzin przed startem? No, ale tradycji musie się stać zadość i pochodzić po sklepach trochę trzeba. Ba, nawet kupiłem sobie daszek IRONMANa, ale o triatlonie to w następnym poście :)

DSC_0247

Miasteczko biegowe mieściło sie w miasteczku nauki, tam, gdzie za kilka godzin wszyscy mieliśmy w planie wbiec na metę :) Idąc po pakiety zauważliśmy gigantyczną kolejkę i już myśleliśmy, że czeka nas kilka godzin stania – jak się okazało, to nie kolejka po pakiety, ale po jedzenie :) W Hiszpanii nie ma popularnych na całym świecie pasta party – tam jest paella party – czyli ryż z dodatkami. Przepis na moją paelle znajdziecie na blogu – PAELLA

DSC_0248

Jak na bieg w którym bieganie 13000 maratończyków I do tego około 25000 biegaczy na 10km, to odbiór pakietów poszedł nam dość sprawnie. Nie staliśmy w żadnej kolejce, a do tego obsługa była bardzo pomocna – o dziwo nawet mówili po angielsku .

Sam pakiet też pozytywnie zaskoczył. Standardowo numer, koszulka techniczna firmy Brooks, worek startowy, solanka (bardzo fajny pomysł – ciekawe, czy w Polsce kiedyś tak będzie …), masa ulotek a do tego chipsy ryżowe :) Całkiem niezłe :) W porównaniu do Amsterdamu to trzeba powiedzieć, że pakiet na bogato – bo w Amsterdamie nie było nic poza numerem :) Nawet jedenej ulotki ;-)

image10

3 … 2 … 1…. START

Do miejsca startu mieliśmy jakieś niecałe 2 km, więc nie tak źle – część przeszliśmy, część przetruchatliśmy, żeby wspólnie rozgrzać się przy mecie. Ostatnie słowa otuchy i każdy poszedł ustawić się w swojej strefie startowej. Nie wiem jak to zrobiłem, ale udało mi się wejść do strefy elity, tak więc startowałem prawie z pierwszej linii :) To co mnie dziwiło, to to, że w tym samym miejscu znajdowały się też baloniki na 4:00, 3:15 I 3:45, no ale każdy biegnie swoje – nie ważne skąd zaczyna ;)

image13

image3

Bieg wystartował punktualnie o 9, ale sam moment startu mnie trochę zawiódł. Nie było żadnego odliczania, tylko nagle usłyszałem wystrzał pistoletu no i poszli … Pierwsze 2 km miałem wrażenie, że truchtam w miejscu, a do tego nie było widać oznaczeń kilometrów. Na 2 udało mi się złapać czas i okazało się, że biegnę trochę za wolno, ale trzymałem swoje tempo i na 5km byłem 10 sekund przed czasem z założeń. To co pamiętam jeszcze z 5km to tabliczka na rondzie z temperaturą. Była godzina 9:23 a termometr pokazywał 21 stopni… nie zapowiadało się to dobrze. Samego uczucia gorąca nie było, tylko potwornie chciało się cały czas pić. Już na samym starcie powoli zaczynałem mieć sucho w buzi, ale stres robi swoje i tak czasami jest.

image5

image14

Biegło sie super, zero oznak zmęczenia, a zważając na to, że ostatni miesiąc przed maratonem miałem wrażenie, że forma jak była to postanowiła też pojechać na wakację tylko w inne miejsce jak ja, to naprawde byłem zaskoczony. Miałem zaczynać po 4:45, a tu każda piątka była co raz szybsza : 4:43, 4:42 :4:41 … idealny negative split… do czasu :)

Pustynia (w buzi)

Przez te pierwsze 20 km jedynym problemem jaki miałem to była chęć picia. Nie czułem żadnego zmęczenia, oddech spokojny – tętno nie mam pojęcia jakie, bo postanowiłem biec bez paska – raz, żeby w takiej temperaturze nie narażać się na otarcia, a dwa, żeby nie patrzeć na tętno tylko biec na wyczucie. Problemem było to, że picie było co 5km, a im dłużej biegliśmy tym robiło się cieplej. Woda na punktach była podawana w małych buteleczkach, co było dość dużym plusem, bo można było przepłukać sobię usta, część wylać na siebię no i oczywiście się napić. Nie chciałem jednak pić za dużo, żeby nie obciążać się za bardzo. I tak wszystko było ok przez każde 2km po punkcie z wodą I później znów suchota w buzi. Fajnie by było jak by punkty były co 2.5km, wówczas stale można było by się odpowiednio nawadaniąć cały czas. Mogłem w sumię biec też z butelką, ale jakoś tego nie lubię i mogło by to trochę wpływać na ekonomię biegu.

rt20x30-MARQ2102

Coś jest za dobrze…

Jedynym kibicem jakiego znałem była Dorota, która stała gdzieś na 25km. Nadal biegło mi się super i cały czas coraz szybciej. Krzyknałem do niej tylko, że coś jest za dobrze i wtedy się skończyło to bycie dobrze :)

Pierwszy zakręt za Dorotą i patrzę, że tempo zaczyna powoli spadać – nic nie bolało, nie było zmęczenia, ale każdy kilometr robił się o kilka sekund wolniejszy niż założenia. Patrząc z perspektywy czasu wiem, że wpłyneły na to dwie rzeczy. Pierwsza to to, że brakowało mi picia i odwodnienie dawało się we znaki. Druga to to, że te pierwsze kilometry, które biegłem szybciej jak założenia też trochę mogły się odwdzięczyć w końcówce. Klasyczny błąd nowicjusza, no ale czasami warto ryzykować :)

image8

Trasa maratonu w Walencji jest bardzo sprzyjająca do szybkich wyników. Cały czas prosto, tylko jeden podbieg na 30km. Jedyne co przeszkadza to dość duża liczba zakrętów. Bardzo fajną rzeczą, z którą spoktałem się po raz pierwszy była niebieska linia na całej trasie maratonu. Była to linia, która pokazywała optymalną trasę po jakiej mierzona była odległość, tak więc wiadomo było gdzie biec. O dziwo mimo, że bieglem cały czas po niej to zegarek pokazał mi 42.55km, ale jako, że bigenie się sporo w mieście to całkiem możliwe, że gdzies się gubił. Z tego też wynika fakt, że niektóre kilometry były za wolne, skoro kontrolowałem się razem z zegarkiem.

Kibice

To nie tylko biegacze zawładneli miastem tego dnia. Kibice na trasię to coś zego nie widziałem jeszcze nigdzie na żadnym biegu. Jasne w Warszawie jest sporo kibiców w różnych miejscach, ale to co się działo w Walencji jest nie do opisania. Przez całe 42km trasa maratonu była obstawiona kibicami – ale to dosłownie cała. Ludzie krzyczący vamos vamos Luka … Kibiców było tak dużo, że ostatnie kilometry były dość ciasne do biegnięcia i mimo, że próbowałem coś przyśpieszać to ciężko było wymijać ludzi.

Od 30km biegłem już dużo wolniej jak założenia, część ludzi mnie wyprzedzała, chłopak w fioletowej koszulce, z który trzymałem się całą drogę powoli się oddalał, ale jakoś nie łapałem złości, ani wkurzenia. Wiedziałem, że cel się oddala, nawet ten cel minimum – 3:20, ale kibice sprawiali to, że cieszyłem się tym maratonem. Cieszyłem się, że biegnę w super miejscu. Przybijanie piąteczek dzieciakom na ostatnich kilometrach nigdy nie było tak fajne :)

Ostatnie metry

Jedyne do czego można się przyczepić do organizatorów to oznaczenia kilometrów. Naprawdę były słabo widoczne – małe pachołki na wysokości kolana – sprawiały to, że po porstu nie było ich widać. Ostatni jaki zobaczyłem był 40 i mocno wypatrywałem 41km, żeby już dać z siebie wszystko i przycisnąc na koniec. Znaku nie widziałem, ale zobaczyłem w oddali budynek, koło którego była meta. Cały czas myślałem, że to jeszcze nie pora na przyśpieszanie, bo ubzdurałem sobie, że budynek trzeba okrążyć I tak nagle zbliżając się do niego okazało się, że do mety zostało mi tylko 200 metrów. Na szybkości wyjałem flagę i jak na biegacza przystało czas na finish. Trochę za krótki, ale te ostatnie metry po niebieskim pomoście były naprawde szybkie.

rt20x30-MARH1751

Życiówka zrobiona, co prawda czas poniżej oczekiwań, ale tym razem nie było złości. Jak to mówi trenejro – życiówki są, ale mamy pełen niedosyt. Może to i dobrze? Cały czas jest z czego ucinać na kolejnych maratonach, a Walencja to nie było moje ostatnie spotkanie z maratonem :)

image15

image6

wyniki11

Viva Espania !!!

Przekroczenie lini mety, zakończyło pewien etap wyprawy do Hiszpanii. Mimo, że to maraton był głównym celem tego wyjazdu to, teraz przyszedł czas na świętowanie. Przyszedł czas na kosztowanie lokalnych smakółyków, czas na wypicie wina I odpoczynek, ale o tym w następnym wpisie na blogu :)

image7

 

 

4 Responses to Ten trzeci (maraton) – najfajniejszy

  1. Krasus pisze:

    Joj, jaka długa i jaka fajna! relacja:) Przede wszystkim, to gratuluję życiówki. Jak na te warunki pogodowe (dla mnie hardcorowe, za ciepło o 10-12 stopni!) to naprawdę mega.

    Z tymi trzema maratonami to bym jednak polemizował… ;) Trzeci mój maraton oznaczał wizytę w tojku, kolejne 10-12 km z kurewskim bólem brzucha i czas poniżej oczekiwań. Czwarty był świetny, piąty super, a szósty to spełnienie marzeń i realizacja celu, o jakim kiedyś nie marzyłem:) Na pierwszych dwóch płaciłem frycowe, na trzecim nie dopisał żołądek, a potem było już coraz lepiej, życzę Ci, by i u Ciebie było z górki!

  2. Martin pisze:

    Hej! Nie wiem czy jako biegacz amator moge sie tu wypowiadac no ale.. :) W kazdym razie gratuluje wyniku ale przede wszystkim relacji. Bardzo fajnie sie czyta (i oglada) takie historie, motywują na zasadzie „ja tez tak chcę” :). Moze na wasz maraton pogoda się aż nazbyt udała, ale ja bym nie narzekał bo w u mnie w Madrycie od 2 tygodni w zimowej kurtce trzeba chodzić hehe. Sam bym się chetnie przebiegl w takich warunkach i w takim otoczeniu, moze tylko dystans krotszy. Czekam na wiecej relacji i zycze samych pozytywnych wynikow.

    PS
    Nie wiem czy znasz stronę corriendovoy.com, tam z reguły umieszczają videa z biegów. Na pewno znajdziesz tam twój maraton.

    • RunEat pisze:

      to wlasnie dla nas jest :) tez jestem amatorem przeciez :) Madryt wspominam bardzo fajnie jako miasto – bieg tez, tylko strasznie duzo u Was gorek :))) ale pomysl, moze z nami gdzies na bieg pojedziesz :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *